Po skończonym strzelaniu prowadzącego ćwiczenia oficera zastąpił niejaki Biskup. Dał rozkaz:
Vergatterung.
Trochę wcześniej podeszła do nas jakaś przekupka i przyniosła placki kukurydziane. Chłopcy obstąpili ją, bo chcieli kupić tych placków, by coś przekąsić. Toteż rozkaz zbiórki wykonywali dosyć opieszale. Biskup wściekł się dosłownie i ryknął:
Vergaterung!
Ustawił nas w dwuszeregu i dał komendę:
Nieder!
My poglądamy na to błoto pod nogami, następnie jeden na drugiego. Czy on myśli poważnie, ten nieder? W to rzadkie błoto? Ten wyciągnął szablę i pieniąc się ze złości, że nie słuchamy rozkazu, natarł na nas:
Nieder!!!
Widzimy, że to nie przelewki, zaczęliśmy się kłaść w to błoto.

Na rozkaz nieder żołnierz powinien bez namysłu paść na ziemię tam, gdzie stoi, a my pokładaliśmy się powoli. Niektórzy szukali suchszych miejsc. W końcu pokładliśmy się, ale nie całkiem na brzuchu, lecz wsparci na karabinach, rękach i czubkach butów. Biskup już nie wytrzymał. Zaczął deptać nam po plecach, wciskając w błoto. Chodził po nas jak po jakichś pniakach. Na upartym stał dłużej, a nawet podskakiwał tak długo, aż go złamał i ten opadł w błoto. Gdy już wszystkich przylepił do błota zeszedł na drogę i patrzył czy prawidłowo leżymy. Rozkaz:
–  Auf.

Podnosiliśmy się opieszale. Zezłościło go to ponownie. Auf powinno się było odbyć na  tempa. Drugi raz:
–  Nieder.
Już nie zastanawiając się, zrezygnowani runęliśmy ławą w błoto, ale jakoś tak feralnie, że ktoś z padających w kałużę obryzgał od stóp po głowę stojącego opodal Ofizirostelfertretera.
Ten już się wściekł zupełnie. Odstąpił od nas jeszcze dalej i zrobił nam kilkanaście razy nieder-auf. Wreszcie zrobił zbiórkę do odmarszu ze strzelnicy. Maszerujemy do koszar. Biskup każe śpiewać. My wyczerpani nie możemy  głosu z siebie wydobyć. Daje rozkaz:
–  Laufschritt (biegiem marsz).
Pobiegliśmy kawałek. Ten daje rozkaz:
–  Kehrt euch (nasze: kierdejch – w tył zwrot).
Obróciliśmy się na pięcie i biegiem do niego. On znowu wydał rozkaz:
–  Kehrt euch.
To my zwrot i biegiem na przód od niego. On znowu:
Kehrt euch.
Ale my już nie zwracamy uwagi na ten rozkaz i resztkami sił pędzimy dalej. To on:
–  Halt!
My niby nie słyszymy i biegniemy dalej. Ten powtarza rozkaz:
–  Halt!
A my dobywając resztek sił jeszcze biegniemy, ale już coraz wolniej tak, że on nas dogonił i wysforował się na przód. Tu zasapany krzyknął:
Halt!!!
Stanęliśmy. Pada rozkaz:
Nieder.
Tutaj błoto było innego rodzaju. Poprawiano drogę i nieudany asfalt zmieszał się z gliną tworząc brudno szarą maź. Runęliśmy  w to błoto tak jak staliśmy.
Auf.

Błoto przylgnęło do mundurów, nie skapywało jak poprzednie. Biskup przyjrzał się nam dokładniej i doszedł do wniosku, że nie może nas w takim stanie poprowadzić przez miasto. Poszliśmy koło błoń ćwiczebnych. Na prawo, dość daleko, ciągnął się usypany wysoki wał przeciwpowodziowy. U podnóża wału było nieznaczne obniżenie terenu, w którym zbierała się woda. Biskupowi prawdopodobnie przyszedł do głowy szczęśliwy pomysł wykąpania, a może tylko opłukania nas w tej wodzie. Podał nam rozkaz:
–  Kawaleria nieprzyjaciela z prawej, rozsypać się w tyralierę i okopać  na  wałach.
Rozbiegliśmy się w tyralierę i pędzimy na wał krzycząc:  huraaa !!!
Po dotarciu do wody zatrzymaliśmy się, ale widząc,  że kilku weszło do wody po pas, rzuciliśmy się ławą do forsowania tej przeszkody wodnej. Po jej przebyciu pokładliśmy się na mokrym wale do odpoczynku. Biskup zza wody woła:
Vergatterung.

Dobrze nam się leżało, toteż zaczęliśmy się zbierać do powrotu dość opieszale. Ten Biskup biegał za wodą jak kura, której kaczęta wejdą do wody. Znaleźliśmy suche przejście, bo już przez wodę nie chciało się nam brnąć i z błonia przeszliśmy na ulicę i do koszar.
Ostatnie błoto nie dało się zmyć, bo było ze smołą. Maszerowaliśmy przez miasto.
Z naprzeciwka nadchodził major. Biskup wydał komendę:
–  W prawo patrz – i maszeruje przed siebie.

Gdy ostatnia czwórka zrównała się z majorem, ten odwrócił się i przyłączył do maszerujących wypytując, skąd wracamy i dlaczego jesteśmy tacy ubłoceni i czy jesteśmy już po obiedzie (a było po czwartej). Koledzy opowiedzieli majorowi przebieg wydarzeń.
Ja szedłem w pierwszej czwórce, toteż mogłem widzieć jedynie tylko zdarzenia na przedzie kolumny. Major zatrzymał Biskupa, coś mu powiedział, Biskup poczerwieniał.
Znaleźliśmy się wreszcie w swoim baraku. Jeść nie wolno było, dopóki się nie odczyścimy. Każdy siadł, gdzie popadło i szczotką gładził płaszcz, który od tej smoły zaczął błyszczeć jak szwarcowany but.
Jednak ktoś się nad nami zlitował i kazał iść po menaż. Ale to nie była litość nad zmordowanym żołnierzem, tylko kucharze upominali się o opróżnienie kotłów, bo chcieli przygotowywać kawę na kolację. Po tym obiedzie przynieśli nam nafty do czyszczenia mundurów. Mimo tego, nie do końca je doczyściliśmy.
Biskupa więcej w naszym pułku nie widzieliśmy. Prawdopodobnie major zajął się tym. Chłopcy już poprzysięgali sobie, że jeśli pójdzie z nami na front, to pierwszej nocy kropną go.

Na front odszedł nowy batalion marszowy. Koszary opróżniły się. Przenieśli nas do nich. Pluton rozdzielono pomiędzy dwie sale. Spałem w ostatniej sali na lewo w  korytarzu na I-ym piętrze, trzecie łóżko od okna, w lewym rzędzie. Na sąsiednim łóżku spał kolega, który był pomocnikiem Zugsführera (plutonowego). Zugsführer spał na pierwszym łóżku od ściany.

I tu nie obeszło się bez maltretowania. Plutonowy, dosyć poczciwy starszy człowiek, oddał nas do tresury swemu zastępcy, śpiącemu na pierwszym łóżku w prawym rzędzie. Tu też stosowano szykany z butami.
Pewnej nocy przy szybkim, a wręcz błyskawicznym rozchwytywaniu butów chwyciłem dwa lewe, i to w dodatku za małe. Kapral kazał się obuć. Baczność, nie wolno drgnąć. Lewego buta na lewą nogę jakoś wcisnąłem, ale z drugim lewym na prawą nogę było znacznie gorzej. Ze strachu i tą nogę wtłoczyłem do buta. Wykręciło mi boleśnie stopę. Inni, w takiej jak moja sytuacji, tylko część stopy wsuwali do buta.
Kapral lustrował nas, kpiąc z naszego obuwia. Dla większej zabawy kazał nam maszerować i biegać lekkim truchtem wokół sali. Mnie prawa noga zdrętwiała i nie mogłem się ruszać. Skakałem na lewej nodze, ale później i prawa się rozruszała. Chłopcy, biegnąc, gubili po drodze buty źle ubrane.
Kiedy kapral nabawił się nami, kazał iść spać.

Z cebrzykiem i wodą też było praktykowane.
Przegląd butów to stara tradycja wojskowa maltretowania żołnierzy. Moje buty też pan kapral wrzucił do wody. Nie miałem doczyszczonych podkówek. Znalazło się odrobina błota między gwoździami zerownikami,  którymi były nabite podeszwy. Gwoździe te miały na celu ochronę podeszew przed ścieraniem się w czasie chodzenia po bruku. Koło którejś główki gwoździa, mimo dokładnego czyszczenia, zachowała się odrobina błota. Musiałem ją jakoś przegapić. Teraz za niedbalstwo czyściłem, aż pot się ze mnie lał. Chciało mi się płakać z powodu bezmyślnych szykan.

Spadła na nas nowa kara. Pan kapral rano wstał w złym humorze, Mówiąc po naszemu: do góry tyłkiem. Wszystko mu było wykonane źle, niedokładnie, wszędzie niesubordynacja. Tak przynajmniej twierdził pan kapral.
Po obiedzie, w czasie przeznaczonym na odpoczynek ustawił nas na baczność i zaczął wymyślać, że żyjemy w brudzie i z tego jakaś cholera może wyniknąć; że podłoga nie zamieciona (a na niej pyłku nie dopatrzył by się).
Kazał nam wziąć szczoteczki do zębów i pozamiatać nimi podłogę. Powłaziliśmy pod łóżka i zamiatali. Co było robić? Rozkaz. Subordynacja.
Powtarzało się to nieraz. Zamiatanie takie zabierało wiele czasu, że nie było nawet kiedy zjeść.

Ubranie należało składać równiuteńko w kostkę. Jeżeli panu kapralowi się nie podobało, to porozrzucał i zwalił wszystko na jedną kupę. Zrywaliśmy się z łóżek i w kupie wyszukiwali części swego umundurowania.

Odcinek poprzedni – cz. V
Odcinek następny – cz. VII