Kuchnia była wojskowa. Raz dziennie dostawaliśmy bochenek chleba (komiśniak) na trzech. Rano czarna kawa, na obiad rosół, mięso z ziemniakami lub kukurydzianka. Na wieczór kawa lub jakaś zupa, przeważnie kminkowa.
Wstawaliśmy o szóstej. Po umyciu – kawa i ćwiczenia.
Ubrali nas w stare spodnie i bluzy, wydali bieliznę.
Pobraliśmy karabiny. Na ćwiczenia wychodziliśmy poza teren fortu.

W pierwszej kolejności ćwiczyliśmy musztrę po żołniersku zwaną klojzybuk (niem. Gelezübug). Komendy były niemieckie i wydawano je w języku niemieckim. Nasz kapral był żydem. Uczył nas, jak trzeba stać na habtacht (baczność), w tył zwrot,  deppelrein reks um (w czwórki w prawo wstąp), Bei Fus (do nogi broń) itp. Mnie ta musztra szła dobrze, bo rozumiałem niemieckie komendy, ćwiczyli mnie w gimnazjum.

Dużo śmiechu było, gdy rekruci uczyli się chodzić. Trzeba było chodzić wymachując rękoma. Lewa noga – prawa ręka, prawa noga – lewa ręka. Gdy padała komenda maszerować, chłopcy baranieli. Prawa noga – prawa ręka, lewa noga – lewa ręka. Gdy instruktor zwracał uwagę na błędy używając przy tym wojskowych wyrazów związanych z „macią”, zmieniali ruchy rąk. Lewa noga naprzód – obie ręce do przodu, prawa noga naprzód – obie ręce do przodu, a niektórzy w tył.
Długo musieli chodzić, zanim nabrali wprawy. Najwięcej trudu kosztowało maszerowanie na „baczność”. Wtenczas to popełniano najwięcej błędów.

Instruktor nasz, żyd, nie umiał wymawiać prawidłowo komend. Wymawiał je w jakimś żargonie żydowsko-niemiecko-polskim, np. habaś, kierdajś. Mnie to bardzo śmieszyło, bo znałem poprawnie język niemiecki, a oprócz tego miałem jeszcze dziecinne nawyki. Frajter się zdenerwował i zapisał mnie do raportu karnego.
Raport odbierał zawsze oficer. U nas w forcie najstarszy stopniem był kapral. Jako pierwszy z naszej grupy doczekałem się raportu przed kapralem.

Raport. Freiter melduje o mojej niesubordynacji, że śmiałem się po komendzie „baczność”. Kapral, poważny i mądry człowiek, zapytał mnie, dlaczego się śmiałem. Odpowiedziałem, że rozśmieszyła mnie wymowa pana freitra. Tłumaczę, że nie wymawia się habajś, czy kierdojś. Kapral zapytał jak się powinno wymawiać prawidłowo te słowa, więc tłumaczę. To ma być kierdeich – „w tył zwrot”. Kapral zapytał mnie, kto ja jestem. Odpowiedziałem, że przed zmobilizowaniem byłem studentem. Pomyślał, zawołał freitra i powiedział do niego:
–  Ty pamiętaj, to jest chłopak uczony. Jak się wojna skończy, on będzie  sędzią i będzie cię sądził. Może będzie adwokatem, to będzie cię bronił. A jak zostanie doktorem, to będzie cię leczył. On ciebie może jeszcze dużo nauczyć.
Od tego czasu miałem wielkie poważanie u wszystkich. Korzystałem też ze specjalnych względów. Kapral nawet zezwolił mi spać koło siebie. Pisałem jemu i innym żołnierzom listy do domów.

Jeżeli oddział nie wykonał prawidłowo komendy lub ćwiczenia, za karę musiał wykonać karne nieder (padnij), auf (powstań) i tak kilkanaście razy na przemian. W czasie takich karnych padnij-powstań mnie freiter rozkazywał antretten (wystąp) z szeregu i nie wykonywać tych ćwiczeń.
Później, w czasie ćwiczeń, strzygłem chłopaków maszynką do strzyżenia włosów. Na rozkaz kaprala, każdy, kto podchodził do strzyżenia, meldował się:
– Panie starszy, szeregowiec (taki a taki) melduje się, że przyszedł do strzyżenia.
Z tym strzyżeniem, to ja miałem obijaczkę przez tydzień.

Po jakimś czasie przeniesiono nas do koszar. Dużo wojska odeszło na front i uwolniło się nieco miejsca na strychu. Po całym strychu porozkładane były sienniki, na których nas rozlokowano. W izbach żołnierskich nie było jeszcze miejsca.
Lato było pogodne i upalne. Przez cały dzień słońce rozgrzewało dachówki, które w nocy buchały wprost żarem. Na strychu było jak w piecu. Wymęczeni ćwiczeniami żołnierze pragnęli wypoczynku, a tu upał i duchota.
Jednej nocy coś mnie obudziło. Czuję, że leży na mnie człowiek, drży i coś bełkocze. Leżał na mnie plecami. Nastraszyłem się i narobiłem krzyku. Przybiegł dyżurny kapral. Widząc co się dzieje ściągnął ze mnie tego drugiego, ale on już był sztywny. Zrobiło się nieswojo. Nieboszczyk!? Okazało się, że ten kolega miał chorobę św. Wita (padaczkę) i w czasie ataku wyrzuciło go na mnie. Biedak, ten atak go zabił.

Na ćwiczenia chodziliśmy codziennie. Ćwiczyliśmy musztrę, ruchy z karabinem i rozwijanie Schwarmlinii (tyraliery).
Dostałem list od rodziców. Między wiadomościami rodzinnymi było trochę wymyślania. Będąc jeszcze na wakacjach zapoznałem się z Maryną, dziewczyną która przypadła mi do serca. Z osamotnienia  w wojsku napisałem do niej list. Przecież każdy wojak pisał listy do swej dziewczyny, dlaczego i ja nie mógłbym napisać? Rodzice zabraniali mi znajomości z nią, bo ona była latawica i jak mówili – nie przystoi naszej rodzinie. Posłuchałem wymówek i przestałem pisać.

Ze strychu przenieśli nas do baraków opróżnionych przez marszbatalion (batalion marszowy), który wyjechał na front.
Tu dopiero zaczęli z nas robić prawdziwych żołnierzy. Teraz trzeba było pełnić dyżury, stać na warcie, utrzymywać porządek w barakach; czyścić mundur, buty i karabin. Do tej pory nie było warunków ku temu.
Punkt dziesiąta trąbiono na capstrzyk. Starsi żołnierze, będący na przepustce po usłyszeniu trąbki pośpiesznie wracali do koszar. Myśmy musieli w tym czasie być już w baraku.
Przed spaniem należało oczyścić mundur i buty. Buty czyściło się  szwarcem (czernidłem). Szwarc pakowano w drewniane pudełka. Był bardzo gęsty, a wręcz suchy. Rozrabiało się go paroma kroplami wody. Najlepiej było popluć przed każdym zamoczeniem mazaka (szczotka do rozmazywania). But szwarcowany miał mocny połysk, lepszy niż po paście. Dlatego w wojsku używano szwarcu.

Nim  się buty wyczyściło, nadchodziła godzina dziesiąta. Zdarzało się, że przełożony izby (barak był podzielony na izby) chciał sobie użyć na biednych żołnierzach. Bywało tak, gdy powracał z miasta pijany. Wydawał rozkaz:
Antretten (stanąć z butami).
Wszyscy musieli w momencie zerwać się z łóżek i stanąć w szeregu z butami w ręku.

Przełożonym sali był kapral.  Żołnierze podchodzili do niego kolejno. Brał on od podchodzącego buty, oglądał, coś mruczał i rzucał na jeden stos. Potem rozkazywał, że gdy doliczy do dziesięciu każdy winien mieć swoje buty przy łóżku a sam leżeć na nim  nakryty. Można sobie wyobrazić co się działo. Jeżeli w tych dziesięciu sekundach nie wykonaliśmy tego, powtarzało się od początku.
Wykonywaliśmy tak długo te ćwiczenia, aż wpadliśmy na pomysł. Każdy chwytał dwa pierwsze lepsze buty i gnał do łóżka. Rozkaz był wykonany na czas. Ale kapral, doświadczony przez lata, znał te sposoby. Wobec tego kontynuował musztrowanie. Gdy wszyscy już leżeli zadowoleni z wykonania rozkazu przed czasem, on zarządzał zbiórkę w butach w glidzie (w szeregu). Teraz się okazywało, że jeden ma dwa buty lewe, inny ma jeden but za mały, drugi za duży, jeszcze innemu zza małego buta wystaje cała pięta. Kapral ryczał niby to zdenerwowany:
– To niesubordynacja, bagatelizowanie przełożonych. Kto to widział  tak buty ubierać? Czy ja się znalazłem wśród wariatów? Popatrzcie jak  wy wyglądacie. To ma być wojsko?

Takie maltretowanie trwało do północy. Dyżurny oficer batalionu zobaczył światło w naszej izbie. Zaszedł i zobaczył co się dzieje. Kazał nam iść spać, a kapralowi zameldować się rano do raportu.
Innym razem kapral znów przyszedł  pijany. Leżeliśmy już w łóżkach. Kapral kazał dyżurnemu przynieść szaflik z wodą. Ustawił nas z butami w ręku na baczność. Każdą parę niby to skrupulatnie oglądał. Potem groźnie oznajmił:
–  Wy s….syny. Za to, że przez was musiałem stawać do raportu, ja wam dzisiaj pokażę.
Niektórym kwestionował czystość butów i te wrzucał do wody. Mnie się jakoś udało. Wyglądało na to, że on już sobie upatrzył ofiary do maltretowania.
Po całym przeglądzie ci, co mieli buty „czyste” szli spać, a ci co mieli w szafliku wyciągali je i szli na korytarz czyścić. Musieli biedacy tak mocno i szybko trzeć szczotkami, aż pod wpływem tarcia skóra się rozgrzała i schła. Pot się z nich lał strumieniami. But do przeglądu miał mieć czystą podeszwę, podkuwka musiała świecić się a skóra błyszczeć jak lustro. Ponieważ nie wiedziano, kiedy może nastąpić kontrola, buty czyszczono  zawsze solidnie.

Menażki, zwane szalkami, myliśmy pod studnią w zimnej wodzie. Kontrolowano też czystość menażek. Gdy napotkano brudną, wyrzucano do wychodka. I to dopiero było mycie.

Pobudka była o godzinie 6 rano. Trębacz trąbił na wstawanie. Kapral inspekcyjny wchodził na salę i krzyczał:
Auf (wstawać).
Wszyscy jak za pociągnięciem sznurka siadali na łóżku i ubierali się. Później mycie pod studnią i czarna kawa na śniadanie. Następnie:
–  Fergaterung ( poprawnie: Vergatterung – zbiórka).

I wymaszerowywaliśmy na ćwiczenia na Błonia pod Kopcem Kościuszki. Tam ganiano nas ile wlazło. Czasami przyjeżdżał Oberst (pułkownik) na inspekcję. Wtedy podkomendni musieli pokazać nasze wyszkolenie: rozwinięcie tyraliery, atak, defilada.
Jeśli defilada nie udała się, tzn. nie szliśmy równo w rozwiniętej na dwa plutony linii, to po odjeździe Obersta prowadzący ćwiczenia mścił się na nas. Kazał nam biegać do oddalonego punktu tam i z powrotem. To niby nie było za karę, to był niby trening. Za lada usterkę kilkanaście razy „padnij-powstań”.

Nadszedł czas byśmy ostrzelali się, tj. ćwiczenia w strzelaniu.
Pobudka o godzinie 5, do godziny 6 było już po myciu i śniadaniu. Następował wymarsz na strzelnicę. Droga była daleka.
Na strzelnicy ustawiono kilka platform, coś w rodzaju stołów, na które kładliśmy się i strzelali. Była to nauka strzelania w pozycji leżącej, gdyż na froncie przeważnie w takiej pozycji się strzela.
W odległości 120 kroków ustawiono figury – popiersia, do których oddawaliśmy po trzy strzały. Dostawaliśmy po 5 naboi ostrych. Po wystrzeleniu w pierwszej serii 3 naboi następowała zmiana figur i wystrzeliwaliśmy pozostałe dwa.
Nie trafiłem do żadnej figury. Pociski szły za wysoko i w prawo. Karabiny mieliśmy starego typu i to jeszcze w dodatku zdezelowane, stare. Strzelanie trwało do południa. Bardzo zgłodnieliśmy, a do koszar daleko. Pogoda paskudna. Lało od rana.