Wracam do przerwanego wątku.
Z nadejściem naszych wojsk zaczęły się nowe powinności. Pierwszym obowiązkiem było dostarczenie podwód. Na ten forszpan poszedł od nas jeden koń i pół wozu. Pojechał Maciek Wrona, który musiał dać drugiego konia i drugie pół wozu. Po jakimś czasie Wrona wrócił, ale bez koni. Wolał pozostawić konie i nie tłuc się z nimi po froncie.

Zarządzono asenterunki (pobory) do wojska. Wszyscy mężczyźni w wieku od 19 do 40 lat zostali wezwani do asenterunku. Każdy musiał wziąć ze sobą żywności na 5 dni.
Gdy tylko okazał się zdolnym do służby wojskowej, do domu już nie wracał. Składał przysięgę wojskową i był odtransportowywany do pułku. Zwalniani byli tylko ludzie z ewidentnym kalectwem. Zdarzały się przypadki zwolnienia, ale tylko celem dożywienia, i to tylko wtedy, gdy rekrut wyglądał na skrajnie wycieńczonego. Było to tylko odroczenie, gdyż zabierano go przy następnym poborze. We wsi pozostali tylko chłopcy poniżej 19 lat  i mężczyźni powyżej czterdziestki.

Aby uchronić się od wojska, chłopi używali najróżniejszych trucizn. Byli tacy, co jedli tytoń. Inni się okaleczali. Ale to do czasu, bo albo się komisja poborowa zorientowała i wcielała mimo wszystko delikwenta do wojska, albo się rzeczywiście otruł i zmarł przed czasem.

Przyszedł i na mnie czas.
Na kancelarii we wsi ukazało się ogłoszenie, że mężczyźni urodzeni w roku 1897 mają się zgłosić do przeglądu w Brzozowie dnia 6 czerwca 1915 roku o godzinie 8-ej rano.
W domu powszechny płacz. Kobiety płakały w głos. Ojciec, stary żołnierz, weteran bitew pod Sadową i Könitzbergiem chodził milczący.
Zaczęły się przygotowania do odprowadzenia mnie do wojska. Byłem zdrów i nie mogło być nawet cienia wątpliwości, że nie zostanę powołany od służby wojskowej.

W ogłoszeniu była mowa o przygotowaniu żywności na pięć dni. Antoszka zaniosła trochę pszenicy do zmielenia w młynie wodnym, gdzie po zmieleniu ziarna odsiewano grys, przez co mąka stawała się bielsza. Mama z tej mąki upiekła duże dwa bochenki chleba. Ojciec, doświadczony wojak, doradzał co jeszcze wziąć z ekwipunku. Te rady nie na wiele się zdawały, bo od jego czasów w armiach wiele się zmieniło i unowocześniło.

W okresie wyczekiwania na termin mało co przebywałem w domu. Nie mogłem patrzeć na rozpaczającą rodzinę. Przed wieczorem wyszedłem pod Banię przejść się ostatni raz. Mama z innymi kobietami robiła coś przy kapuście. Gdy mnie zobaczyła, rozpłakała się. Żałowałem, że poszedłem w pole.
Wieczór był bardzo smutny. Wszyscy mało mówili, często wzdychali. Nikt nie mógł dospać do rana.

Rano, skoro świt, zebrałem się do wyjścia. Mama przygotowała śniadanie. Jadłem dużo, jak na daleką podróż. Pożegnawszy się  z rodzicami i siostrami wyszedłem z domu. Wszyscy wyszli za mną na dwór. Niewidomy ojciec trzymając się ścian mówił:
– Niech cię Bóg prowadzi, obyś zdrów powrócił.
To mnie podniosło na duchu, wierzyłem w błogosławieństwo rodziców. Błogosławieństwo takie ma wielkie znaczenie w życiu. Nawet przez chwilę nie wątpiłem, że wrócę cały i zdrów. Miałem stale w myśli błogosławieństwo ojca, bogobojnego staruszka.

Z domu się wyrwałem. Pierwsze kilkadziesiąt kroków prawie biegłem. Jak się później zorientowałem, większość poborowych zachowała się podobnie. Po drodze ze łzami żegnały mnie sąsiadki. Byłem dla nich uczynny i pomagałem w pracach polowych, a oprócz tego lubiły mnie naprawdę.

Znalazłem się na punkcie zbornym koło karczmy. Stały tam już forszpany, które miały nas odwieźć do Brzozowa. Pomału schodzili się rówieśnicy, bo wszyscy starsi już dawno zostali zmobilizowani.
Za mną przyszła mama i siostra Antoszka, która niosła mój worek z chlebem. Z worka tego był sporządzony plecak. W rogach worka włożono po ziemniaku, co tworzyło „guz”. Te „guzy” obwiązywano sznurkami, które zakładało się na ramiona. Na punkt zborny przyszedł też pan wójt, Stanisław Synowiec. Dla niego była przeznaczona osobna furmanka. Wsiedliśmy na furmanki. Rozległ się lament kobiet, przecież zabierano im dzieci i braci.

Ruszyliśmy w drogę zajmując po kilku jedną podwodę. Koledzy żyjący w większej zażyłości i przyjaźni zapraszali się na jedną podwodę, aby jeszcze ten krótki czas spędzić razem. Potem ich rozłączą i nie wiadomo kiedy znów się zobaczą. Po drodze z rzadka śpiewaliśmy jakieś piosenki ludowe, ot zwyczajnie jak rekruci odjeżdżający do wojska. Tylko, że nasz śpiew różnił się od tamtego. Nasze śpiewanie było smutne, myśmy jechali na wojnę.

Zajechaliśmy do Brzozowa i zatrzymali na rynku. Stało tam dużo wozów z rekrutami, a dalsze jeszcze się zjeżdżały. Był to pobór z całego powiatu. Gdyśmy dojechali odbywał się już asenterunek z tych wsi, które znajdowały się bliżej miasta.
Myśmy czekali na naszego wójta. Nadjechał, a z nim na wozie… moja mama! Ogromnie się  ucieszyłem z jej widoku, ale radość moja przygasła na wspomnienie porannego pożegnania. Powitałem ją nerwowo:
–  Mamusia, przyjechaliście?!
– A przyjechałam – odpowiedziała mamusia – poprosiłam wójta aby  mnie zabrał. Siadłam i przyjechałam. Szkoda, Ignaś, że nie wzięliśmy swoich koni.
Wójt poszedł załatwiać formalności, a potem przyszedł po nas. Wszystkich chłopców z Wesołej było 17-tu. Podszedł do nas nasz proboszcz, by nas pożegnać. Wracał on właśnie z ucieczki, dopatrzył się asenterunku i przyszedł pożegnać swych parafian.
Wójt zaprowadził nas do lokalu gdzie urzędowała komisja poborowa. Pożegnałem się z mamą jeszcze raz, zarzuciłem worek z chlebem na plecy i poszedłem za innymi.

Swoje rzeczy musieliśmy mieć przy sobie, bo jak któregoś uznali za zdolnego, już go nigdzie nie puścili.
Rozbieraliśmy się do naga i stawali przed komisją. Niewiele tam badali, a wydawali orzeczenie tauglich (zdolny). Za niezdolnych uznali tylko dwóch chłopaków. Jeden miał bielmo na oku, a drugi był okropnie dychawiczny, że oddychać nie mógł. Miał zaawansowaną gruźlicę. Ten chłopak, Franuś od Wilków,  był święcie przekonany, że go do wojska wcielą. Aby jako tako się odżywiać, jako jeden jedyny z naszej grupy wziął aż trzy bochenki chleba, kwartę masła i duży ser. Nieborak umarł, zanim wróciliśmy z wojny.

Asenterunek odbywał się szybko i sprawnie. Lekarze nie mieli najmniejszych trudności. O godzinie trzeciej byliśmy gotowi.
Zaprowadzili nas na plac przykościelny, ogrodzony żelaznymi sztachetami. Ustawili czwórkami. Moja mama  i rodzice innych  poborowych patrzyli na nas zza sztachet.
Oficerowie sprawdzili listę, potem kazali zdjąć czapki i podnieść dwa palce prawej ręki do przysięgi. Poczułem się jakoś nieswojo, że przy rodzicach robią z nas automaty na rozkazy.

Przysięgaliśmy, że będziemy bronić Austrii i Cesarza na lądzie, morzu i w powietrzu. Po usłyszeniu tych słów, jakby nas nieco przytkało. Nie za wyraźnie powtarzaliśmy te słowa. Może dlatego, że tam było „za Austrię”, choć świadomość polskości nie była w nas aż tak głęboko zakorzeniona. Moment zawahania był chyba spowodowany tym, iż każdy sobie uświadomił, że za tymi słowami kryje się cierpienie, czyha śmierć.
Po przysiędze mama chciała do mnie podejść i pomóc mi nieść mój worek. Ale wyprowadzono nas z kościoła inną bramą tak, byśmy się już nie spotkali z rodzicami. Zrazu prowadzono nas bardzo szybkim marszem, co mogło wyglądać na ucieczkę z miejsca, gdzie przysięgaliśmy oddać nasze młode lata w służbę Jego Cesarskiej Mości.
W bramie podwórca kościelnego w Brzozowie rozpoczęła się moja droga wojenna.

Do stacji w Sanoku prowadziło nas dwóch żołnierzy.
W nocy nadjechał pociąg. Załadowali nas do wagonów. W przedziałach nie było miejsca do leżenia, jednak poukładaliśmy się, jak kto mógł i natychmiast ze zmęczenia pousypiali. Ja wystawiłem nogi za okno.
Zbudziło mnie jakieś bicie po nogach, zerwałem się i wyglądnąłem przez okno. Stojący tam kolejarz  powiedział bym nie robił tak, bo mijający nas pociąg może zaczepić i nogi mi urwać.
Jadąc ze Stróży do Tarnowa widzieliśmy okopy linii frontu zachodniego i okropne zniszczenia. Były to pozostałości bitwy, słynnego przełamania gorlickiego sprzed paru dni.
W Tarnowie wykąpali nas w łaźni urządzonej w wagonie i w nocy dojechaliśmy do Krakowa. Nie wszyscy z Brzozowa trafili do Krakowa. Niektórych chłopaków poprzydzielano do innych pułków.

W tym miejscy chciałbym z góry wyjaśnić sprawę używanego słownictwa. W wojsku austro-węgierskim w jednej kompani znajdowali się żołnierze kilkunastu narodowości. Byli to Polacy, Ukraińcy, Czesi, Węgrzy, Słowacy, Niemcy, żydzi z wszystkich tych krajów, Cyganie i wielu innych. Stworzyli oni dziwny język.
W pułkach, gdzie była przewaga żołnierzy pochodzenia słowiańskiego stosowano „Armeeslavisch” tj. „słowiańszczyznę wojskową”. To był paskudny żargon, ale oficerowie – Niemcy byli przekonani, że to swoiste esperanto będzie zrozumiałe dla wszystkich. Niestety, rodziło wiele zgrzytów i sytuacji humorystycznych, a czasami wręcz dramatycznych nieporozumień. Będę starał się używać (z pewnością niezbyt dokładnie, bo po tylu, tylu latach i to z pamięci) tych zwrotów, by choć w drobnej cząstce przybliżyć czytelnikowi klimat tamtych czasów. Obok używanych zwrotów postaram się podawać choć przybliżone ich znaczenie.

W Krakowie rozlokowano nas na podwórzu kasarni (koszar-Kaserne). Było ciepło i pogodnie.
Rano każdego rekruta wpisano do ewidencji i wydano pierwsze wojskowe śniadanie. Po obiedzie, czyli menażu odprowadzili nas za miasto do fortu.
Fort był cały w ziemi. Z wierzchu widoczne było niewielkie wzniesienie porośnięte trawą, krzewami i drzewami. Pod ziemią były pomieszczenia dla wojska i sprzętu. Do fortu wprowadzono nas przez bramę w murze.
Wewnątrz fortu  był okrągły dziedziniec zwany Hofem. Z dziedzińca promieniście rozchodziły się wejścia do pomieszczeń. Rozdzielili nas na dwie izby, raczej wozownie na armaty lub stajnie dla koni.

Do wnętrza wchodziło się przez szeroką bramę; okien nie było, tylko otwory strzelnicze do wystawiania luf armatnich i karabinowych. Przywieziono dwa wozy słomy. Rozścieliliśmy ją na ceglanej posadzce. Następnie wyfasowaliśmy (pobrali) po dwa koce. Do podścielania nie dano nic.

Ustawili nas w czwórki według wzrostu, od najwyższego do najmniejszego. Podzielili na dwie połowy – dwie izby. Tak nam kazali spać, w takim porządku stawać do menażu i tak stawać na ćwiczenia.
Dowódcą naszej grupy został kapral, starszy mężczyzna, który po wyleczeniu w szpitalu ran odniesionych na polu walki, został przydzielony do szkolenia rekrutów. Do pomocy przydzielono mu freitra (starszego szeregowego), który także przeszedł front.