Przed poddaniem twierdzy Austriacy przez trzy noce wywozili do Sanu resztki żywności, amunicję i inne dobra. Palili kancelarię armijną i ogromnej wartości pieniądze austriackie. Na błoniach wystrzelano prawie 5.000 koni pozostałych jeszcze przy życiu, minowali wszystkie ważniejsze obiekty. Przed poddaniem wysadzono je, by nie dostały się w ręce Rosjan. Powiadali, że Przemyśl poddał się z głodu. Mówiono też o zdradzie.
Komendant twierdzy, generał von Kusmanek ze swymi oficerami poszedł do niewoli. Car Mikołaj II nakazał wszystkim wziętym do niewoli oficerom pozostawić broń boczną i zalecił honorowe ich traktowanie.

Teraz, zwolniona od oblegania Przemyśla, armia rosyjska pomaszerowała na zachód. Została na południu zatrzymana przez wojska austro-węgierskie w dwunastodniowej zwycięskiej bitwie pod Limanową na tydzień przed Bożym Narodzeniem 1914 roku. Wojska rosyjskie cofnęły się. Bitwa ta dała początek wyniszczającym obie strony walkom pozycyjnym.
Straciliśmy nadzieję na zwycięstwo Austrii, której znaczna część wojsk znalazła się w niewoli rosyjskiej.

Nadeszła wiosna. Trzeba było rozpocząć roboty w polu. Orałem u siebie i u ludzi. Padałem z nóg, ale pomagać musiałem, bo brakowało mężczyzn, a kobiety jeszcze się nie wciągnęły do prac męskich.
Kiedyś po powrocie z pola zastałem prawie umierającego ojca, dusił się. Wyszedł do stajni i z odoru zaczęła go dusić astma. Pobiegłem zaraz w nocy po Maryśkę. Rano przyjechał ksiądz. Te astmatyczne ataki jeszcze wiele razy się powtarzały.

Kończył się kwiecień i nadchodził maj.
Gościńcem przez Ujazdy zaczęły ciągnąć podwody rosyjskie. Czasami przejechał niewielki oddziałek kawaleryjski. Od zachodu dawał się słyszeć pomruk armat. Z dnia na dzień miało się wrażenie, jakby się przybliżał. U nas była cisza.
Kto to mógł wtedy wiedzieć, że 1 maja 1915 roku pod Gorlicami rozpoczęło się przełamywanie frontu rosyjskiego. To, co widzieliśmy na Ujazdach, było pierwszym zwiastunem odwrotu armii rosyjskiej z Galicji, Bukowiny i Podkarpacia.

Bitwa, która przeszła do historii  trwała do 22 maja.  Po drodze został wyzwolony Przemyśl (3.VI), Stanisławów (8.VI) i Lwów (22.VI). W dalszych walkach obronnych armie rosyjskie cofały się na froncie galicyjskim, aż po Zbrucz.  Tu na dłuższy czas nastąpiła stabilizacja frontu.
Na całej linii od Bukowiny aż do Bałtyku rozpoczęły się walki pozycyjne, trwające aż do czasu rozpoczęcia wielkiej ofensywy Brusiłowa 4 czerwca 1916 r. Zada on duże straty Austriakom, ponad sześćset tys. zabitych, rannych i zaginionych i ustali front, który  utrzyma się bez większych zmian , aż do czasów rewolucji lutowej 1917 r.
Ale to wszystko jeszcze przed nami.

Tymczasem u nas, mimo panującego spokoju, wyczuwało się jakąś wiszącą w powietrzu grozę, bo dziwnym się wydawało, że ptaki o tej porze masowo leciały z zachodu na wschód. To było nieznane zjawisko. Ludzie, którzy  z jakichś tam powodów podróżowali powiadali, że na zachód od nas nie widać w ogóle ludzi w polu.

Ja nie zdawałem sobie nawet sprawy z powagi nadchodzących czasów. Spokojnie jeździłem w pole.
Kiedyś jadąc w pole spotkałem się na drodze z rosyjskim oficerem na koniu. Z trudem wyminął mnie, bo droga była wąska i biegła wąwozem. Trochę się obawiałem, że może mnie przeciągnąć nahajką. Ten jednak przemówił do mnie, bym więcej nie jechał w pole, bo nadciągają Austriacy i mogą do mnie strzelać. Tak mi coś wyglądało, że chyba ten oficer był Polakiem z Królestwa Kongresowego. W pole więcej nie pojechałem.

Na gościńcu wzmógł się ruch wojsk rosyjskich. Żołnierze odnosili się do nas życzliwie, dzieciom dawali cukier.
W niedzielę po południu przyszedł do nas zmęczony oficer rosyjski. Mamusia dała mu jeść co było w domu: mleka, chleba i sera. Poprosił by pozwolono mu przespać się. Położył się w mundurze na łóżku i zasnął. Już późnym popołudniem obudził się i szykował do odejścia. Chciał kupić konia, bo jego mu przepadł. Obawialiśmy się, że ktoś może nas oskarżyć przed Austriakami o pomoc Rosjanom.
Ten oficer był Polakiem z Warszawy. W toku rozmowy wyszło na jaw, że miał by zamiar wziąć wóz z koniem. Powiedział,  że zapłaci za wóz i konia, a drugiego konia dokupi gdzie indziej. Zaproponował mi, bym pojechał z nim jako wozczik  (wozak, furman). Nabrałem ochoty jechać. W domu mieli narobić gwałtu, że mnie i konia Rosjanie przemocą zabrali.
Tymczasem nadszedł jeszcze jeden oficer, coś ze sobą porozmawiali i ten pierwszy powiedział, że rezygnuje ze wszystkiego i idą dalej, bo Austriacy zachodzą im drogę.
Takim to sposobem zostałem. Co bym zyskał jadąc z Rosjanami?

Było do przewidzenia, że skoro nadejdą Austriacy, to zabiorą mnie do wojska.  Już jesienią ubiegłego roku zaasenterowali do wojska rocznik o rok starszy od mojego, a ja byłem z rocznika 1897. Pojechawszy z Rosjanami, może ominąłbym front? Zresztą, kto to przewidzi swoje losy? Nie pojechałem i już.

Następnej nocy przez wieś przejeżdżała artyleria, jakieś ładowne wozy, trochę piechoty. Od strony południowej, od  Brzozowa, słychać było strzały armatnie i karabinowe, widać było łunę. To za górą, we wsi Przysietnica, toczyła się bitwa. Spłonęło pół wsi.
Razem z Tomkiem, opłotkami, dotarliśmy do karczmy. Tu rozlokowała się artyleria, parę wozów  i kilku żołnierzy z piechoty. Artylerzyści  rozmawiali z nami przyjaźnie. Nie wiedzieli, gdzie się udać. Czy jechać w stronę Ujazdów? Czy wsiami do Dynowa? Nam jednakowo dobrzy byli Rosjanie jak i Austriacy, toteż odnieśliśmy się do nich też po przyjacielsku radząc im jechać w stronę Dynowa. W którą stronę odjechali, nie wiemy, a zebrało się nas kilku ciekawskich. Wróciliśmy do domów, bo się o nas niepokojono. Cicho wszędzie. Poszliśmy spać.

Rano wstajemy, a tu wszędzie pełno wojska austriackiego.  Na Jasnej Górze, za kościołem, dalej z południa na północ ciągnęły się świeżo wykopane okopy. Linie telefoniczne rozciągnięte były na wszystkie strony.
Około 300 metrów od okopów i niedaleko mojej bratowej rozlokowała się komenda wojskowa; tu skupiały się linie telefoniczne. Telefony brzęczały bez przerwy. Moskali nie było widać.
Ludzie z Dolnej Wesołej opowiadali, że w nocy słyszeli krzyki i jęki.

Pobiegłem na Wyręby zobaczyć, co się dzieje u Maryśki. Przed Ujazdami zobaczyłem zabitego Rosjanina. Był to starszy już mężczyzna. Żal mi się go zrobiło. Może osierocił żonę i dzieci?
Na samej górze, na Ujazdach, stała artyleria gotowa do strzelania. Konie były odprzodkowane i stały opodal, a artylerzyści spali pod armatami. Oficer siedział przy telefonie.
Poszedłem dalej, bo chciałem dojść do Maryśki, na Wyręby. Koło gościńca, na poboczach, w rowach i po polach leżały trupy żołnierzy austriackich. Wiele z nich było poprzebijanych bagnetami. Leżeli tam też tacy, co jeszcze żyli. Niektórzy ranni próbowali się poruszać. Odmawiali na głos modlitwy i różaniec. Słychać było jęki. Wokół poniewierał się porozrzucany sprzęt żołnierski. Wszystko zbroczone było krwią. Odór krwi unosił się w powietrzu. Padło około sześćdziesięciu ludzi.

Wyjaśniło się, że to była bitwa między dwoma oddziałami austriackimi, które się w ciemnościach nie rozpoznały.  Jeden oddział wyszedł z Kąkolówki i szedł na wschód; drugi przeszedł bokiem wsi  i szedł na północ. Ten oddział zabił Moskala. Oddział z Kąkolówki pomyślał o tym drugim, że to Moskale zatrzymali się na postój i zaatakował ich  bagnetami. Tamci zaś pomyśleli, że atakują ich Moskale, bronili się rozpaczliwie. Była nadzwyczaj ciemna noc. Zanim się zorientowano, że to swoi i przerwano bratobójczą walkę już padło ze 60 ludzi, a wielu było rannych. Poległych pochowano w ogrodzie Wolana i usypano wysoki kopiec na mogile. W 1922 roku ekshumowano prochy i pochowano na cmentarzu w Wesołej.

Wojska rosyjskie wycofywały się pośpiesznie. Próbowały utrzymać się w Przemyślu. Bój o Przemyśl toczył się długo. Rosjanie od czasów zdobycia miasta starali się doprowadzić go do stanu obronności. Niemniej musieli odstąpić. Przed odejściem zniszczyli zapasy oraz  dokończyli zniszczenia fortów, których Austriacy pierwotnie nie zniszczyli.

Przytoczę tu powszechnie znaną, lecz nie do końca dowiedzioną historię. W Warszawie kilku oficerów wspominało historie wojenne:
Było to w roku 1920 (?). Jeden z oficerów służył w kwatermistrzostwie armii carskiej i zaopatrywał garnizon w Przemyślu. W jednym ze zniszczonych fortów zgromadził duże zapasy wszelkich dóbr potrzebnych wojsku do życia fortecznego na wypadek konieczności długotrwałej obrony. Było tam wszystko od umundurowania, koców, poprzez suchary i konserwy aż do dużej ilości świec, potrzebnych do rozświetlania fortecznych ciemności. W wyniku rozkazu o wycofaniu się z Przemyśla fort zaminowano i wysadzono, by zapasy nie dostały się w ręce Austriaków. Było to w pierwszych dniach czerwca.

Już po uzyskaniu niepodległości zapasami tymi zainteresowały się polskie władze wojskowe i zleciły temu oficerowi odnalezienie tego fortu. Do pracy przystąpił z kilkoma żołnierzami. Dokopali się do muru  z cegieł, który następnie przebili.
Jeden z żołnierzy wszedł do środka, ale natychmiast zaczął wzywać pomocy i żądał wyciągnięcia na zewnątrz. Roztrzęsiony opowiadał, że zobaczył diabła, całego zarośniętego. Nie bardzo rozumiejąc żołnierza, sam oficer wszedł do środka i zobaczył siedzącą z karabinem postać. Mimo, że również poczuł się nieswojo, polecił żołnierzom wyciągnąć „diabła”. Gdy osobnik ten znalazł się na powierzchni, światło go poraziło tak, że oślepł. Trzeba mu było mocno przyciemnianych okularów by się oswoił ze światłem.

Co opowiadał ten człowiek? Bo to jednak był człowiek.
Był to żołnierz rosyjski. W czasie wysadzania fortu on wraz z oficerem znajdował się wewnątrz. Jedynie oni nie zdążyli wyjść na czas i zostali zasypani. Próbowali się wydostać, ale nie było sposobu. Strzelali z myślą, że może ktoś usłyszy strzały, niestety na darmo. Przez jakąś szparę przesączało się światło. Według niego liczyli dnie, świecili bez przerwy świeczki. Gdy jeden spał, drugi pilnował światła. Ze stopionych świeczek uskładała się wcale pokaźna kupa wosku. Bielizny mieli dostatek, toteż przebierali się co tydzień. W kącie uskładała się góra brudnej bielizny. Jeść mieli co. Były konserwy i suchary. Wody nie brakowało. Pozostało im jedynie czekać na szczęście, że może władze się zdecydują na odbudowę fortu i ktoś ich odkryje.
Pewnego razu zasnęli i świeczka się wypaliła. Zapałek, ani krzesiwa nie mieli. Zapanowały ciemności. To ich wyprowadziło z równowagi. Oficer nie wytrzymał nerwowo i zastrzelił się mimo, że żołnierz błagał go, by tego nie czynił  i wytrzymał. Bał się zostać sam. Raźniej jest we dwóch czekać na wybawienie. Został jednak sam. Jedynie szczury towarzyszyły mu. Do ciemności się przyzwyczaił, ale otępiał i nie rozróżniał  czasu. Tracił już nadzieję na wybawienie z tego grobu. I przyszło wybawienie.
Historię tej treści słyszałem wiele razy i w różnych wersjach.
Jak było, kto to dzisiaj dojdzie prawdy?