Rosjanie odnosili się do nas życzliwie. Oficerowie byli ludźmi kulturalnymi. Ludzie rosyjscy okazywali się być dobrodusznymi i szczerymi. Naród nie narzekał na tę okupację.
Biedę mieli tylko c.k urzędnicy państwowi. Nie funkcjonowały urzędy, nie uczono w szkołach, to też nie płacono pensji. Kiedy front się wycofał, pracownikom państwowym rząd austriacki wypłacił kilkumiesięczną pensję.

W tak wielkiej armii znajdowali się i przestępcy, ale tych bywało niewielu. Ścigała ich żandarmeria polowa (o ile nie była z nimi w zmowie). Wojsko chodziło po domach i rekwirowało krowy na mięso do kuchni, konie do zaprzęgów, żywność, siano, owies. Przestępcy, niby to rekwirując dla wojska, w najzwyczajniejszy sposób kradli. Zabierali krowy, konie i sprzedawali w dalszej okolicy.

Chowaliśmy krowy i jednego konia w polu. Jednego małego konika zostawialiśmy, bo oni też nie byli głupi i po nawozie poznawali, że w gospodarstwie jest  koń.  To był  ten konik,  co go przyprowadziłem z Ujazdów.
Rekwirujące wojska pozostawiały tylko jedną, dwie krowy, w zależności od ilości ludzi w gospodarstwie lub liczby dzieci. Dwie krowy  trzymaliśmy w stajni,  a  dwie były  schowane  w  stodole i zastawione słomą. Dosyć długo udawało się.
Pewnego razu przyszło dwóch Moskali. Popatrzyli do stajni i poszli prosto do schowka. Odwalili słomę i znaleźli dwie krowy. Przy tych krowach stała siostra Józia i pilnowała, by krowy nie  zaryczały  ani  nie  uderzały  rogami w obudowę schowka. Bardzo się nieboga przestraszyła, by jej ze złości nie przebili bagnetami. Oni całkiem spokojnie wyprowadzili jedną krowę i popędzili ją do Baryczy. Oznajmili by iść z nimi po zapłatę. Poszła Józia i przyniosła 60 rubli. Poza tym zabrali nam dosyć dużo siana.

Pewnej nocy zapukał znajomy z wieścią, że rano mają chodzić za owsem. U nas owsa było dużo. Mieliśmy takie miejsce pod strzechą nad wypustą, gdzie w jesieni gromadziło się nagrabione w lesie rybnickim liście na podściółkę dla bydła. Liście zwiększały ilość obornika.
Rzuciliśmy się wszyscy do roboty. Tatusia posadziliśmy, by trzymał światło, ja z siostrami wybieraliśmy dół w liściach. Tam włożyliśmy dużą skrzynię i przenosili do niej owies z komory. Mamusia stała na straży, czy ktoś nie nadchodzi lub czy nie śledzi. Do rana robota była skończona i skrzynia przysypana liśćmi. Jednak za owsem wtenczas nie chodzili.

Na Wyrębach, leżących przy głównym trakcie przemarszu wojsk nie było już nic do brania. Maryśka miała jeszcze dwie krowy. Bała się, by ich nie zabrali jej, więc jedną oddała do nas na przechowanie.
Póki u nas nie wykryli schowka, wszystko było w porządku. Kiedy nam już zabrali jedną krowę, obawialiśmy się, że mogą wrócić, a my nie mamy innego schowka. Uzgodniliśmy, że ona weźmie tą krowę z powrotem. Zrobiłem jej kryjówkę w komorze. Odsunąłem skrzynię tak, że krowa mogła wygodnie się pomieścić. Gdy się podniosło wieko skrzyni, nie można było się domyśleć, że za nią coś się znajduje.

Ale jak i kiedy tą krowę przeprowadzić, gdy gościńcem bez przerwy ciągnie wojsko. Na przeprowadzkę wybraliśmy ciemną noc. Krowa była ciemnej maści więc nakryliśmy ją białą płachtą, by nie była widoczna na śniegu. Jako zwiadowca, na znaczną odległość poprzedzałem ten przemarsz.
Tak doszliśmy do Bani i zobaczyliśmy, jak drogą harendarską (droga harendarska prowadziła z Ujazdów do Wesołej  i krzyżowała się z drogą wsiową  koło harendy – stąd nazwa) coś długiego sunie. Kiedy to się nieco przybliżyło, poznaliśmy, że to dwu Moskali pędzi w stronę Wesołej stado kilkunastu krów.
Uchroniła nas ciemna noc. Schować się nie było gdzie, a staliśmy niedaleko drogi. Schowaliśmy się za krowę, by nas nie było widać. Krowę głaskaliśmy by była cicho. Moskale nie mieli czasu oglądać się po przestrzeni, bo byli zajęci uganianiem się za swoimi krowami. One wyglądały na bardzo zmęczone i nie chciały dalej iść.
Transport przeszedł, a my ruszyliśmy dalej w drogę.  Weszliśmy  w las i lasem doszliśmy, aż do Maryśki. Krowę schowaliśmy do kryjówki. Długo się ona nie ostała. Pewnego razu przyszło dwóch Moskali. Weszli do komory, a krowa w tym czasie  szturchnęła w coś rogami. To ją zdradziło. Znaleźli i zabrali.

Pewnego dnia wrócił do wsi Franek Wrona,  zabrany do wojska w czasie mobilizacji. Był na froncie pod Krakowem i dostał się do niewoli rosyjskiej. Gdy prowadzono ich jako jeńców spod Krakowa udało mu się uciec. Opowiadał straszne historie o bitwie.
We wsi było więcej takich uciekinierów. Kiedy tak siedziałem u Franka, słuchając jego opowieści o wojnie i froncie, wpadł ktoś do domu i mówi:
– Dudka zabili!

Dudek był to gospodarz, mieszkający może dziesięć domów od nas. Prowadził kowalstwo. Nie był on dobrym człowiekiem. Był dokuczliwy i mściwy. Sąsiadom dokuczał na różne sposoby. Miał i takie żarty: jak chciał, komuś dokuczyć, to namawiał go by ten przyniósł jakąś robotę do kuźni. Mogło to być na przykład naostrzenie pługa, lub sierpa. Gdy się taki chętny z robotą zjawił, Dudek zabierał go do kuźni i zamykał drzwi. Przyniesioną robotę wyrzucał na dwór, a klienta dotkliwie bił bez opamiętania.
Toteż sąsiedzi, Sowy (im najbardziej dokuczał), postanowili z nim skończyć. Onego wieczoru Dudek poszedł do Dańka starego, sąsiada, z którym się jeszcze jako tako znosił. Kiedy miał już się żegnać, powiada:
– Tak mi się nie chce iść do chałupy – jakby coś przeczuwał.

Dańko zaproponował mu nocleg, ale Dudek odpowiedział, że nie wypada nocować parę kroków od własnej chałupy. Zaledwie wyszedł z chałupy, ktoś zaczajony uderzył go drągiem w tył głowy. Gdy ten upadł, zaczęto go bić kołkami, gdzie popadło, po plecach,  po brzuchu, po piersiach i głowie.
Po usłyszeniu wiadomości, wypadliśmy z chałupy Franka by się  dowiedzieć, co się stało. Oni  go właśnie kończyli bić. Dudniło jakby walił w pustą beczkę. Napastnicy usłyszeli, że gromadzą się ludzie i ruszyli uzbrojoną gromadą na nas. Mimo, że to byli dobrzy znajomi woleliśmy uciec i nie mieszać się do ich porachunków.
Dudkowa zabrała męża do domu, ale do rana umarł. Policja rosyjska zabrała zabójców i osadziła  w areszcie w Dynowie.

Dnie wlokły się wolno, jeden podobny do drugiego.
Z Antoszką i Józią młóciłem cepami na boisku, woziłem obornik w pole dla siebie i dla sąsiadów. Wieczorami uczyłem syna poczciarki, która się ukryła w Wesołej. Uczyłem go z programu  trzeciej klasy gimnazjum.
Każdy wierzył w rychły koniec wojny i powrót Austrii.
Do Moskali ludzie przyzwyczaili się. Przed rekwizycjami nauczono się zabezpieczać. Na przykład, w sieni szkoły były ukrywane cztery krowy księdza proboszcza.

Ludzie korzystali ze swobody poruszania się bez żadnych dokumentów. Prowadzono handel, pozakładano sklepiki. U nas w Wesołej założono trzy „handelki”. Po towar jeżdżono do Jarosławia. Tam sklepy prowadzili już rosyjscy kupcy. Kto miał pieniądze, ten mógł wszystko kupić.
Pewnego zimowego dnia przyszła z Ujazdów kobieta z prośbą, bym podwiózł księdza do jej umierającego syna. Nikt nie chciał jechać, bo się bano Moskali. Tym bardziej się bano, że chałupa stała przy samym gościńcu. Pojechałem z księdzem. Nie spotkała mnie żadna przykrość ze strony okupantów.
Ksiądz wikary, którego uciekający proboszcz, jako dobry pasterz, zostawił dla udzielania pociechy duchowej pozostałej owczarni, jeździł odwiedzać okolicznych księży. Na te wyjazdy ksiądz wynajmował u nas „pod wierzch” właśnie mego ułańskiego konika.

Mimo panującego spokoju, dochodziły do nas odgłosy wojny. Dzień i noc dudniły armaty, widać było łuny,  w nocy niebo rozświetlały  rakiety świetlne. To toczyła się bitwa o twierdzę w Przemyślu.
Przemyśl otoczony fortami, zasiekami z drutu kolczastego pod napięciem był atakowany przez Rosjan. Broniła się tam silna  armia austriacka. Rosjanie byli pędzeni do ataku. Ginęli masowo, kto nie został trafiony, ten ginął na drutach. Dowództwo rosyjskie pchało wciąż nowe oddziały, nie licząc się ze stratami. Ludzie mówili, że Przemyśl jest nie do zdobycia.
Rosjanie otaczali miasto szczelnym pierścieniem. Przypuszczali szturm za szturmem, ale twierdza trzymała się. Po trzydniowym szturmie, Rosjanie wycofali się z zajmowanych pozycji. Straty mieli ogromne. Źródła austriackie podawały, że Rosjanie stracili 40 000 ludzi w zabitych, rannych i wziętych do niewoli.

Mimo przerwania oblężenia Przemyśla, sytuacja na frontach nie była pomyślna dla Austriaków. Tak samo było ciężko na północy Niemcom. W bitwie pod Dęblinem stracili 50 000 żołnierzy.
Doszło do ponownego oblężenia Przemyśla, ale tym razem szczelniejszego. Armia rosyjska wyciągnęła wnioski z poprzedniego oblężenia. Załoga twierdzy musiała się przygotować do zimowania w okrążeniu.
Na skutek uniemożliwienia dostaw, do twierdzy zakradł się głód. Austriacy postanowili przebić się z okrążenia
i połączyć z frontem południowym w Bieszczadach. Front bieszczadzki także próbował połączyć się z Przemyślem.
Moskale rozszyfrowali zamiary Austriaków i rzucili znaczne siły między Przemyśl a Bieszczady.
Front południowy wzdłuż Karpat, Bieszczad i Beskidu Wschodniego utrzymywał się całą zimę.
Całą zimę dochodziło do nas z południowego wschodu dudnienie armat, aż szyby drżały.
Front zachodni zamykał się za Duklą, Stróżami, Starym Sączem. Sięgał aż gdzieś pod Bochnię.

W dniu 22 marca 1915 roku ksiądz wikary poprosił mnie, bym pojechał z nim do Błażowej. Miał pomagać miejscowemu księdzu przy spowiedzi wielkanocnej. Nikt nie chciał jechać. Bano się, by spotkani Moskale nie zabrali koni na forszpan.  Wczesnym rankiem przygotowałem wóz do jazdy. Wtem usłyszałem głuche detonacje, dochodzące z oddali. Jadąc do Błażowej słyszeliśmy te odgłosy. Czasami miało się wrażenie, że aż ziemia jęknęła po takim grzmocie.
O wschodzie słońca od strony Przemyśla ukazał się samolot, leciał na zachód.

Gdy przyjechaliśmy do Błażowej, ludzie nie mogli się nadziwić, że w tak niepewny czas wyruszyliśmy w drogę. Miałem wielki kłopot z ulokowaniem koni. Gospodarstwo proboszcza z Błażowej było splądrowane. Stajnie i stodoły ziały pustką. Cały zaprząg schowałem pod jakąś strzechę. Na obiad księża zaprosili mnie do stołu. Księży było kilku. Posadzili obok siebie, traktowali poufale, chyba za to, że odważyłem się w taki czas jechać.
Przy obiedzie dużo mówiono o wojnie. Wyrażano tęsknotę za Austrią i Cesarzem Franciszkiem Józefem I-szym. Zresztą z Austrią nie było nam tak źle. Moskale też nie byli Polakami, obce państwo jak i Austria. Drwili sobie księża z Moskali, że nie zdobędą Przemyśla. Powiadali, że pod murami twierdzy ginie tak wielu Rosjan, że nie nadążają kopać grobów, a zwłoki wrzucają do rowów i studni. O strzelaninie mówili, że to pewnie Austriacy się połączyli z frontem południowym.

Późno wieczorem wróciliśmy do Wesołej. Od strony Przemyśla nie słychać było strzałów ani nie widać rakiet oświetlających.

Na trzeci dzień nadeszły wieści z Przemyśla. Wróciło paru mężczyzn, którzy, mimo, że byli cywilami, służyli przy podwodach. Byli okropnie zmizerowani z głodu i wymęczenia. Zjedli już swoje własne, zdechłe z braku paszy konie. Powiadali, że Przemyśl upadł i Rosjanie zabrali do niewoli wszystkie wojska, jakie tam były. Wielka armia austriacka poszła do niewoli. Te wybuchy, cośmy słyszeli, to było wysadzanie fortów, magazynów, mostów.