W tej drugiej grupie byłem i ja. Czekaliśmy na te furmanki od północy do rana w jakiejś wiejskiej chałupie. Tymczasem rano przyszli Moskale, bo legioniści w nocy się wycofali, nas pozostawiając. Moskale byli dla nas rannych życzliwi. Powiedzieli, że później przyjdą saniteci (sanitariusze) i nas zabiorą. Kto potrafił jako tako chodzić, ten uciekał, gdzie mógł. Ja i jeszcze jeden kolega
z Rzeszowa skierowaliśmy się w nasze strony.
Podróż była powolna i męcząca, bo kuleliśmy na nogi. Przez Wisłę przewiózł nas jakiś poczciwy Polak z Królestwa. I tak po miesięcznej wojaczce powróciłem do domu leczyć rany.

Wojska austriackie nie wytrzymywały nawały moskiewskiej i w szybkim tempie wycofywały się. Od grudnia trwała próba sforsowania Karpat przez wojska rosyjskie i dotarcia na Węgry. Ta ofensywa załamała się dopiero w kwietniu przyszłego roku. Przed postępującymi armiami rosyjskimi ustępowały nie tylko wojska austriackie, ale i ludność cywilna. Ludzie panicznie bali się kozaków.
Uciekali niektórzy nauczyciele, księża (nasz proboszcz też wyjechał), bogacze, panowie dworscy i żydzi.

Pewnej niedzieli, po wyjściu z kościoła, zobaczyliśmy koło karczmy parę furmanek a na nich kobiety i dzieci. Byli to Rusini (Ukraińcy), których władze wojskowe przesiedlały z terenów frontowych pod Przemyślem, w obawie przed szpiegostwem na rzecz Rosji.
Przemyśl był mocno ufortyfikowaną twierdzą austriacką. Otoczony on był  z zachodu, aż po Radymno, ze wschodu po Medykę, trzema kręgami mocno uzbrojonych fortów. Oprócz tego sam Przemyśl otoczony był drutami kolczastymi po prądem.
Wojsko austriackie było w totalnym odwrocie. Oddziały szły w rozsypce. Potraciły kuchnie. Wojsko musiało zdobywać żywność na własną rękę. Wykopywało ludności  ziemniaki w polach. Wieczorami widać było błyskające ogniska, przy których żołnierze piekli je i coś tam sobie gotowali.

Podstawową przyczyną klęski wojsk austriackich, dobrze uzbrojonych, dobrze wyszkolonych, mających świetnych oficerów i najlepszą w Europie artylerię, był brak ducha walki – co mam nadzieję dowodnie przedstawić, na dalszych kartach mych wspomnień.
W wielonarodowościowej monarchii habsburskiej działała skomplikowana struktura wewnętrzna, istniały dwie armie. Pierwsza, stanowiąca wspólną c.k. armię liniową miała najlepsze uzbrojenie i wyposażenie oraz najlepszych oficerów.
Druga, to armia drugiej linii, obrona krajowa (niem. Landsturm a na Węgrzech honwedzi) była znacznie gorzej wyposażona (za wyjątkiem Węgrów). Oficerowie byli jakby drugiego sortu, nie mieli możności awansów, dostania się do wyższych szkół oficerskich, Sztabu Generalnego. Morale wielonarodowościowego wojska monarchii nie było zbyt wysokie.  Obywatel, uciskany przez administrację obcego państwa, jakim była dla niego Austria, następnie przemieniony w żołnierza nie miał ochoty za nią walczyć i ginąć. Stąd też niemal od początku wojny zdarzały się na froncie wschodnim liczne poddania do niewoli i dezercje.

Do kampanii przeciw Rosji wyruszyło 900 000, po kilku tygodniach zza Sanu wracało już tylko 600 000 żołnierzy. A była to tylko część drogi ich odwrotu. Wyprzedzając fakty powiem, że odwrót Austriaków zakończył się za Dunajcem gdzie już dotarło tylko 400 000 zmęczonych i zdemoralizowanych żołnierzy. Tu Austriacy zaczęli przygotowywać kontrofensywę.

Z siostrami przesiadywałem wieczorami u Maryśki, było jej raźniej. W dzień dawało się jakoś wytrzymać. Skoro przyszedł wieczór robił się natłok wojska, podwód, artylerii. Każdy żołnierz chciał się ulokować pod dachem. A woźnice, artylerzyści i kawalerzyści starali się również ukryć przed jesiennymi deszczami swe konie.
Była bardzo słotna jesień. Deszcze prawie nie przestawały padać. Ludzie przemoczeni chcieli się co nieco osuszyć, ale nie było sposobu. Spali  w przemoczonych mundurach. Na gościńcu zrobiło się rzadkie błoto. Piechurzy brodzili w nim po kolana.

Pasąc krowy na Dziale usłyszałem jakiś szum i strzelaninę. Zobaczyłem samolot. Pierwszy samolot użyty w wojnie na naszym terenie. I ja go widziałem. Krowy też zadarły  łby i na widok lecącego olbrzyma pognały w pola z zadartymi ogonami.
Do tego samolotu strzelano z armat ustawionych na Wyrębach. Wokół aeroplanu, jak wówczas zwano samolot, pojawiły się dymki z rozrywających się szrapneli. To było wielkie dziwowisko na długie lata dla ludzi z Wesołej i okolic. Długie lata opowiadali o tym. Za szczęśliwców uważano tych, co to widzieli.

Rozeszła się pogłoska, że kozacy wszystkich rżną. Poszedłem na Ujazdy zobaczyć co się dzieje. Kozaków nie było, ale wojsko austriackie jechało bez przerwy. Poboczami pędzili stada bydła. Uprawy na jakieś dwieście metrów po obu stronach drogi były kompletnie stratowane. Fosami (rowami), poboczami i ścieżkami szło wojsko. Gościńcem szerokim na 12 metrów, w czterech rzędach jechały armaty i podwody, kawaleria,  czasami samochód osobowy.
Po wielu dniach deszczowych zrobiła się upalna pogoda. Zabrakło wody w studniach i potokach – została  dosłownie wypita przez ludzi  i zwierzęta. Do ogrodu Maryśki spędzono ze 100 krów, same dojne. Mleko samo ściekało im z wymion. Wszystkie krowy były jednej rasy, dworskie były. Dziedzic uciekając na Węgry sprzedał je wojsku. Wynosiliśmy do gościńca mleko i chleb i sprzedawali żołnierzom.
W rowach leżało pełno połamanych wozów i zdechłych koni. Po polach wałęsały się bezpańskie konie. Żołnierze pozostawiali je, bo z głodu nie miały już siły iść. Takiego skrajnie osłabionego konia za bezcen kupiłem od żołnierza. Odkarmiłem go i miałem do pary, ale był on znacznie mniejszy od domowego.

Maryśka przychodziła do nas po radę, co ma robić, bo przyjdzie jej wraz z dziećmi zginąć z głodu. Wojsko wszystko jej zabrało i zniszczyło. Nie ma co jeść. Zabrali dla koni zboże jeszcze nie młócone. Zabrali też ziarno przeznaczone na siew. Bydło zabrali na mięso. Nie było na to rady. Pomagaliśmy,  wytrzymała ten przemarsz wojsk.

Jednej niedzieli poszedłem na Ujazdy z ciekawości. Cisza dookoła, wojska już przeszły. Od czasu do czasu przegalopował patrol konny. Wtem widzę, że od Błażowej galopem pędzi około 20 konnych. Koło karczmy na Ujazdach stała furmanka z uciekinierami. Zatrzymali się, by dać odetchnienie koniom. Jeden z kawalerzystów odłączył się od oddziału i zeskoczył z konia koło wozu.
Jadące na wozie kobiety i dzieci przestraszyły się. Ten, nic nie mówiąc, odprzęgł od wozu jednego konia, tego lepszego, ściągnął z niego uprząż i osiodłał go siodłem ze swego konia. Swego konia zostawił, a na zabranym pogalopował za towarzyszami. Krzyknął nam, że ścigają ich kozacy.
My, a było nas kilku,  pognaliśmy z tą wiadomością do Wesołej. Rano już cała wieś mówiła, że gościńcem przez  Ujazdy ciągną Rosjanie. Po południu we wsi popłoch. Ludzie z drugiej strony wsi zobaczyli,  że od Ujazdów drogami i polami nadciągają kozacy. Ktoś widział nadciągające z południa konne patrole austriackie.

We wsi będzie bitwa. Nie wiadomo, gdzie uciekać. Od naszych pól słychać strzelaninę. To Rosjanie wypatrzyli naszych ułanów i strzelają do nich. Ułani pochowali się między chałupami, zresztą odległość była znaczna.
Strzelanina trwała aż do wieczora. Kule świstały nad naszą chałupą. Zdawało się, że lada chwila któraś  nas trafi.  Ale one leciały ponad nami. Wieczorem wszystko ucichło. Ani Austriaków, ani Moskali. Wszyscy się wycofali. Nadszedł moment denerwującego wyczekiwania, kto wejdzie do wsi?

Tego dnia, wieczorem, przyszli do nas dwaj żołnierze austriaccy, Niemcy. Myśmy ich nie przyjęli, radząc ukryć się w lesie, bo tam są prawdopodobnie nasze wojska. Tu zaś lada chwila mogą przyjść kozacy i wyrżną nas wszystkich. Tłumaczyłem im po niemiecku na tyle, na ile umiałem się wtedy wysłowić. Nie wiem, czy dużo z tego zrozumieli, ale odeszli. Poszli do sąsiadów i tam przenocowali. Myśmy bali się, że Moskale ukarzą nas za przetrzymywanie Austriaków.
Późno rano znów panika. Na „onej” stronie, jak nazywano tę część wsi, ludzie biegają od chałupy do chałupy, coś krzyczą. Niektórzy z dziećmi, tobołkami, krowami uciekają z domów w pola, byle bliżej do lasu. Padają głosy, że chmara kozaków jedzie z góry drogami i polami od Ujazdów. Już są „nad” wsią (tzn. jadą z góry). Przestraszyłem się nie na żarty. Niech no tylko ktoś się wygada, że byłem przy legionach, to natychmiast posiekają mnie szablami.

Była u nas pod wypustą (przybudówką) koło boiska (klepisko w stodole, na którym się młóciło) głęboka jama (dół) do przechowywania rzepy. A to na wypadek, gdyby we wsi była bitwa i chałupa się spaliła, to zawsze by coś pozostało do jedzenia.
Na razie jama była pusta. Wlazłem do niej, a siostra Antoszka nakryła mnie słomą i przysypała ziemią. Ledwie skończyła, nadjechali kozacy. Uciekła do domu. Oni przywiązali konie do wypusty. Słyszałem, jak konie wyciągają słomę i chrupią ją. Cierpłem ze strachu. Kozacy nie szukali Austriaków, tylko zdobyczy. W domu dali im chleba, mleka, sera. Najedli się, zabrali konie i pojechali dalej.

Tatuś był niewidomy i wciąż się dopytywał, jaka sytuacja i gdzie ja się podziałem. Tatuś wspominał, że widział jeszcze Moskali w czasie gdy szli na pomoc Austriakom przeciwko Węgrom. Antoszka wyszła pytać, czy żyję. Krzyczałem spod ziemi, by mnie odkopała i niech się dzieje co chce. Nie chcę być żywcem zagrzebany.
Z czasem do wsi najechało się więcej Moskali. Pomyślałem sobie, że gdy się będę ukrywał, to będzie wyglądało podejrzanie. Wylazłem z jamy, chodziłem koło domu i oglądałem kozaków. Kozaków było dużo. Rozjechali się po całej wsi. Zgonili z pól i lasów ukrywającą się tam ludność. Wśród cywilów ukrywali się żołnierze austriaccy. Kozacy oddzielili żołnierzy i zabrali ich do niewoli, a ludność cywilną nagonili  z powrotem do domów. Tak przejechali wieś i pojechali dalej za górę. Nastał spokój i cisza.

Zaczęła się rosyjska okupacja.
Rosjanie nie mieszali się do  życia prywatnego ludności. Nie interesowało ich co kto mówi, zadowolony, czy nie. Do ludności odnosili się przyjaźnie.
Gościńcem bez ustanku szły na zachód wojska rosyjskie.
W okresie świąt Bożego Narodzenia zjechała na postój do naszej wsi cała dywizja. Na terenie szkolnym rozlokowała się  artyleria  z podwodami. Rozciągnęli sznury i przywiązali do nich konie. U nas w mieszkaniu spali artylerzyści, w stodole piechota. Koniuchy podkradli się do stodoły i zanim spostrzegliśmy się, podkradli dużo słomy na podesłanie koniom. Więcej nie daliśmy tej słomy, posłuchali i więcej nie brali.
Artylerzyści byli bardzo gościnni. Gościli  nas czajem (herbatą)  i sacharem (cukrem). Myśmy dawali im za to co innego.

Nie zmrużyliśmy oka przez całą noc, bo mogła przepaść krowa, lub żołnierze mogli zaprószyć ogień. Ogniska do gotowania strawy rozpalali pod strzechami zabudowań.
Artylerzyści całą noc grali w „oczko” na pieniądze. Z Antoszką siedzieliśmy koło nich przy stole. Jeden z grających zarządził, że kto wygra, ten musi odłożyć rubla dla bariszni (panienki). Przestrzegali tego ustalenia, lecz jeden z nich, jakiś sknera chyba, nie dawał tego rubla. Gdy grający upominali go, kłócił się z nimi. W efekcie, na koniec gry, „sknera” wygrał masę pieniędzy. Ten co rozkazał by po rublu dawać momentalnie dwoma rękami nakrył całą pulę. Wziął oburącz prawie wszystkie pieniądze, niewiele pozostało,  i dał Antoszce. Powiedział:
– Schowaj i nie dawaj.
„Sknera” się wściekł i omal nie doszło do bijatyki. Potem położyli się spać. Spali nie długo, bo ich zaraz zbudzili do odmarszu.

Przysiadł się do mnie na ławie jakiś Moskal i zaczął mnie rozpytywać ile mam lat itp. Odszedł i za chwilę powrócił. Miałem wrażenie, że chce mnie ze sobą zabrać.  Cichaczem  wymknąłem  się z domu i uciekłem w pola. Długo siedział ten Moskal w domu. Już oddział był w marszu  a on jeszcze wyczekiwał na mnie. W końcu poszedł za oddziałem.  Nie wiadomo co chciał ten Moskal. Może nie chciał wracać na front i chciał się ukryć?