Ale pewnego razu wystraszyłem się bardzo. Coś biegało po strychu i tak tupało, aż powała dudniła, to znów jęczało niesamowicie. Ze wstrzymanym oddechem czekałem kiedy to coś, zacznie się dobijać do izby. Drzwi izby były zamknięte tylko na haczyk. Krzyczałem do babki, że ktoś po górze chodzi. Babka była głucha. Darłem się co sił, aby babka usłyszała, w co zresztą nie wierzyłem. Ważniejszym było by to coś na strychu usłyszało, że na dole nie śpią i czuwają. Babka jakoś się rozbudziła i powiedziała:
– Niech chodzi, a ty śpij.
Na wszelki wypadek przeniosłem się ze spaniem z zapiecka na przypiecek. Było to przezorność na wypadek, gdyby powała pod tym czymś się zawaliła. Nie było by dla mnie ratunku, bo leżałem tuż pod powałą. Ale ważniejsze było to, że z przypiecka było już bliżej do babki. Był marzec i to koty tak hałasowały.

Babka była zadowolona, że zamieszkałem u niej i że ma koło siebie kogoś i nie jest samotna. Bardzo dbała o mnie. Gdy wracałem ze szkoły zawsze czekało na mnie ciepłe jedzenie. Śniadania przygotowywała mi ze świeżutkim mlekiem prosto od swej krowy.
Babka powiada do mnie:
– Ignaś, dziś będziemy jedli kapłona.
– Co to takiego? – pytam.
– Zobaczysz – odpowiada.
Do miski nakroiła czarnego razowego chleba, do tego wkroiła cebuli czy czosnku, dołożyła łyżkę masła, posoliła i dobrze popieprzyła. Zalała to wszystko wrzątkiem. To był kapłon.
Dała mi łyżkę i musiałem razem z nią z tej miski jeść. Wcale mi to nie smakowało, ale nie miałem odwagi odmówić poczęstunku.

Babka sprzedawała mleko kierownikowi szkoły. Ja codziennie wracając ze szkoły zabierałem dzbanek od kierownika. Na drugi dzień rano, idąc do szkoły, przynosiłem mu mleko. Nieraz okropnie marzłem w rękę, bo rękawiczek nie miałem, a mleko nosiłem nawet w największe mrozy.
Pomagałem babce w gospodarstwie. Pasłem z nią krowę, ziemniaki okopywałem, rąbałem i przynosiłem do domu drwa na opał.

Swego czasu krowa miała się ocielić. Razem z babką nocami czuwaliśmy w stajni. Babka siedziała na stołku do dojenia, a ja spałem na kojcu, w którym kury znosiły jajka. Tak czuwaliśmy całe noce, a nad ranem szliśmy do izby. Ja jeszcze trochę dosypiałem, a babka szykowała mi śniadanie, po zjedzeniu którego szedłem do szkoły. Pewnego wieczora siedzieliśmy w stajni prawie do północy. Babce się to już uprzykrzyło i powiada:
– Ignac, chodźwa do izby spać. Krowa leży spokojnie, to do rana cielęcia jeszcze nie będzie.
Jeszcze w najlepsze rano spałem, gdy babka zaczęła mnie tarmosić, aby rozbudzić z głębokiego snu.
– Chodź Ignaś, coś ci pokażę – i babka aż się zachodziła od śmiechu. Pokazuje mi cielę, które już chodziło po stajni. To my tak pilnie pilnowali przez tydzień, chodzili niewyspani. Tylko jednej nocy opuściliśmy naszą wartę, a tu jest gotowe cielę.
Na śniadanie babka ugotowała świeżej siary z pierwszego udojonego po ocieleniu krowiego mleka.

Synowie babki byli masarzami. W środy kupowali na targu świnie i zabijali je na wyroby masarskie. Czasami babka wysyłała mnie do nich z workiem po wnętrzności świńskie. Przynosiłem te flaki do domu, a że były ciężkie, musiałem parę razy spoczywać po drodze.
W domu razem z babką braliśmy się do ich czyszczenia. Od kiszek oddzielaliśmy sadło i składali do garnuszka. Następnie babka kroiła je na małe kawałeczki i smażyła na skwarki. Żołądek i kiszki czyściliśmy z zwartości i płukali. Kiszki babka nadziewała tartymi na tarce ziemniakami zmieszanymi z krupami pszenicznymi. Do tej masy wlewała trochę tłuszczu ze skwarkami wytopionymi z sadła. Te kiszki najpierw gotowała, a potem zapiekała w piecu.

Kiszka była bardzo smaczna. Gdy się w tym specjale rozsmakowałem, to po flaki do babcynych synów chodziłem na własną rękę. Babka swarzyła na mnie, po co chodziłem, gdy ona mi nie kazała. Kłamałem, że Wielgos kazał przyjść. Wielgos był zięciem babki i pracował u Rząsów. Oczywiście on mnie nigdy nie zapraszał, ale ja sam widziałem, że się smalec kończy i bez pytania babki o zgodę szedłem tam. Potem babka mówiła, iż się od razu domyśliła, że ja poszedłem po flaki, bo mnie nigdzie nie mogła znaleźć, a dziś wypadła właśnie środa.

Babka pilnowała mnie bardzo. Bez opowiedzenia się nie wolno mi było nigdzie się oddalać. W sąsiedztwie, u organisty Grochmalnickiego, był chłopak w moim wieku. Podczas pieczenia opłatków w okresie przedbożonarodzeniowym przesiadywałem u nich i objadałem się obcinkami od upieczonych opłatków. Pewnego razu bawiliśmy się na targowicy. Łaziliśmy po chlewach, w których handlarze przetrzymywali świnie przeznaczone do sprzedaży. Na tej zabawie zastał nas wieczór. Babka wcześnie wieczór zamykała dom i szła spać. W lecie nawet lampy nie zapalała.
Spóźniłem się. Pukałem, ale nie wpuszczała mnie. Znalazłem drogę na strych przez stajnię. Stąd chciałem zejść do sieni po drabinie, ale gdzieś się przeliczyłem. Na strychu było złożone siano aż pod sam dach. Zeskoczyłem na nie i przeleciałem aż do samych desek powały, bo siano było narzucone luźno, czego nie mogłem przewidzieć. Zrobił się okropny rumor, aż babka dosłyszała. Wyszła do sieni i zaczęła dopytywać się, kto tam jest. Nie mogła się zorientować czy to ktoś miota się na strychu, czy też dobija do drzwi. Szybciutko zszedłem po drabinie i przycupnąłem czekając momentu, gdy babka będzie zajęta otwieraniem drzwi z sieni na pole. Chciałem wykorzystać ten moment, wsmyknąć się do domu, wyleźć na piec i udawać dawno śpiącego. Ale babka dojrzała mnie. Nakrzyczała na mnie za to, że po strychu łażę. Nic groźnego, ale poskarżyła mamusi, że ja wieczorami gdzieś znikam.

Złodzieje przychodzili w nocy do sadu i kradli owoce. Babka postanowiła, że będziemy spać w sadzie i pilnować. Nanieśliśmy do sadu słomy; babka nakryła ją płachtą, przyniosła pierzynę i pokładaliśmy się spać. Wieczorem babka jakoś wymacała w trawie opadniętą gruszkę i dała mi zjeść. Gruszka była słodka i nalazło do niej pełno mrówek. Było ciemno i nic nie widziałem, dopiero zorientowałem się jak mnie zaczął piec język i wargi – to mrówki mnie pogryzły. Wymyślałem babce, że mi taką gruszkę dała a ona się śmiała. A że babka była głucha musieliśmy rozmawiać bardzo głośno, tak więc wszyscy dookoła zorientowali się, że my śpimy w ogrodzie w celu pilnowania. Zasypiając nakryłem głowę poduszką by mnie kto nie zdzielił pałą w czasie snu. Rano babka głośno śmiejąc się zbudziła mnie. Wkoło nas, na pierzynie, na poduszce pełno pestek ze śliwek, ogryzków z jabłek i gruszek. Więcej sadu nie pilnowaliśmy.

Pewnego razu, późno nocą w zimie, nie mogłem zasnąć. Leżałem na przypiecku i wpatrywałem się w okno. Zobaczyłem łunę świecącą za górą w kierunku Wesołej, wprost na nasz dom. Wywnioskowałem, że to pali się nasz dom. Odległość między naszym domem a Błażową wynosiła 9 kilometrów. Dom babki stał u podnóża wzgórza o łagodnie nachylonym stoku. Pola na tym stoku były uprawiane. Za tym wzgórzem było jeszcze jedno, ale znacznie wyższe i bardziej strome, i dopiero za nim w dolinie leżała Wesoła i nasz dom. Na dobrą sprawę w żadnym wypadku ewentualny pożar jednej chałupy w Wesołej nie mógł być widziany w Błażowej.
Widząc tą łunę, wpadłem w przerażenie, tym bardziej, że poprzedniej nocy śniły mi się osy, a to już udowodnione, że osy to pożar. Wyskoczyłem z izby boso, jedynie w koszuli i bez czapki. Pognałem w stronę szczytu wzgórza. Miejscami zapadałem się w śnieg po pas. Wzniesienie ciągnęło się na przestrzeni przynajmniej jednego kilometra. Dobiegłem do połowy wzgórza, nieco ochłonąłem i rozglądam się. Co widzę? Duży księżyc w pełni, który właśnie zaczął wschodzić za wzgórzem na kierunku weselskim. Pognałem z powrotem i na piec. Przeniknęło mnie miłe ciepło. Nawet nie dostałem kataru.

U babki w komorze masarze przechowywali nieraz przeznaczoną na sprzedaż słoninę i rusztowania na krowy.
Pewnego wczesnego zimowego ranka, gdy było jeszcze ciemno, do drzwi zapukał jeden z masarzy. Przyszedł on po swój towar. Babka zaświeciła lampę, bo było jeszcze całkiem ciemno i poszliśmy razem otwierać drzwi. Babka miała otwierać a ja miałem przeznaczoną inną rolę.

Miała babka stary, spiżowy garnek do którego w zimowe noce chodziła się obustronnie załatwiać. Garnek przykrywała starym talerzykiem. Ja także korzystałem z tego garnka, bo bałem się w nocy wychodzić na dwór. Czasami garnek był już przepełniony a ja mimo tego dolewałem do niego. Akt to był jedynie symboliczny. Było to tylko samousprawiedliwieniem się, bo tak na podłogę wprost nie bardzo wypadało. W efekcie, przepełnienie swoje robiło. Tak i tym razem garnek był przepełniony, a babcyne twardości pływały po wierzchu. Babka idąc ze mną drzwi otwierać powiedziała, że ona poniesie lampę, bo ja mógłbym ją upuścić na ziemię. Mnie kazała wziąć garnek do wylania. Garnek wylewało się na gnojowisko, które było na wprost drzwi wejściowych, oddzielone od progu około metrowej szerokości dróżką dającą dostęp do domu.

Czekałem z garnkiem gotowym do wylania na moment kiedy babka otworzy drzwi. Chciałem chlusnąć zawartością na gnojnik wcześniej, zanim masarz wejdzie do domu, by nie zobaczył tego garnka i nie śmiał się z nas. Ledwie tylko babka uchyliła drzwi, ja chlust!
Nieszczęście, tuż przy drzwiach stał masarz ze swą żoną i dokładnie przysłaniali sobą gnojowisko. Cała zawartość garnka poszła na nich. Zaczęli okropnie fukać i sklinać, krzyczeć co to za świństwo tak śmierdzi? kto to zrobił? Słysząc to rzuciłem garnek na ziemię i uciekłem w głąb domu, by mnie o ten czyn nie posądzono. Babka nie za bardzo zorientowała się o co chodzi, a oni nie za bardzo mogli się z nią dogadać, bo była przecież głucha. Za jakiś czas opowiedziałem jej o tej historii, bardzo się śmiała.

Co tydzień kupowałem babce pół litra czerwonego wina. Po drodze pozwalałem sobie skosztować parę łyków. Babka orientowała się, że tego wina jest coś za mało i pytała co się stało. Mówiłem, że wina nie nalewa stara żydówka, tylko jakaś młoda. Babka się odgrażała, że jak zdybie tę żydowicę, to jej powie. Po tym już bałem się więcej kosztować. Jednak ciągnęło mnie przynajmniej troszkę spatrzać. Dumałem, dumałem i wydumałem. Wyszukałem małą flaszeczkę i wymierzyłem łykami ile wody może pomieścić. Pomieściła dwa łyki. Nabrałem do niej wody, z babcinej butelki pociągnąłem dwa łyki wina i uzupełniłem jego brak wodą z małej buteleczki.

Odcinek poprzedni – cz. III
Odcinek następny – cz. V