Wróciliśmy z mamusią do domu. W domu pośpiesznie przygotowali mi bieliznę; Antoszka uszyła koszule i kalesony. Rodzice kupili mi czarne spodnie, bo w wiejskich portkach nie będę chodził. Do wyprawki dokupili ręcznik, mydło i grzebień. Cały swój dobytek zapakowałem do małej drewnianej skrzyneczki. Tatuś z mamusią odwieźli mnie do Błażowej i umieścili u kierownika. Kierownik dał mi do dyspozycji przybudowaną do stajni na uboczu izbę.
Pożegnanie było przykre. Ja się rozpłakałem, tatuś się rozpłakał i mamusia płakała. Zostawili mi pół bochenka białego chleba, cały bochenek żytniego, kawałek kiełbasy. Za posłanie miał mi służyć przywieziony na wozie siennik wypchany słomą a pod głowę mała poduszeczka.

Przyszła pierwsza noc. Po kolacji poszedłem spać, ale zanim usnąłem, upłakałem się co niemiara. Coś mnie straszyło (myszy harcowały), a tu do ludzi daleka, aż w drugim budynku. Nie wiem nawet, kiedy umęczony usnąłem. Rano mnie zbudzili do szkoły.
Jedzenie dawali takie jakieś dziwne dla mnie. Kasza zawijana w liście kapusty, zwijane cieniutkie placki z powidłami w środku, a pierogi jakieś takie śliskie. Tak maleńkie, że nie było co do gęby włożyć. Dawali tego wszystkiego skąpo, bo myśleli, że ja mały chłopiec, to nie potrzebuję dużo jeść. Dojadałem chlebem w swojej małej komórce. Tu się też uczyłem. Myślałem, co to będzie w zimie, bo tu pieca nie było.

Pomału przyzwyczajałem się do nowych warunków.
Za darmo jeść nie dawali. Kazali mi paść krowę. Ganiałem ją paść aż do szkoły, która była za miastem. Kierownik mieszkał w mieście. Krowa była duża i silna. Przez miasto musiałem ją prowadzić na powrozie. Czasem się zbrykała i ciągnęła mnie na smyka przez miasto, a ja bałem się ją puścić, by nie uciekła gdzie.
Wieczorami chodziłem pomagać służącej Margoszce przy dojeniu. Niekiedy wieczorami pomagałem jej przy mieleniu. Stawałem wtedy na stołku, bo jeszcze nie sięgałem do żarnówki. Margoszka opowiadała mi różne historie, zabawiała mnie bym nie usypiał przy mieleniu, tylko kręcił kamieniem.

Pewnego razu kazali mi umyć z błota panakierownikowe kalosze. Ja kalosze miałem pierwszy raz w ręce. Kalosze były z gumy i ubierało się je na buty w czasie deszczu. Miały chronić obuwie przed błotem. Wsadziłem je do beczki z deszczówką i porządnie wypłukałem, po czym zaniosłem do kuchni. Kazali mi zanieść panu do pokoju.
Pan ubierał się do szkoły. Gdy zobaczył „wykąpane” kalosze, tak mnie uderzył w twarz, aż mi w oczach pociemniało, a w uszach zaczęło dzwonić. Kalosze musieli w pośpiechu suszyć od środka, bo pan się spieszył z wyjściem.
Innym razem dostałem w twarz za to, że nosiłem jego córeczkę „na barana” i wpadłem do rowu, a ona spadła i trochę się zmoczyła. Kiedy kierownik miał się przeprowadzić do szkoły, chodziłem z nim wieczorami czyścić podłogi w pokojach.
Kierownik kazał mi nosić deski na strych. Szkoła była jednopiętrowa. Strych był na wysokości drugiego piętra a schody były kręte. Deski musiałem nosić pionowo, „na sztorc”, bo inaczej nie mieściły się w klatce schodowej.

Pewnego razu kierownik kazał mi iść do domu i powiedzieć rodzicom, by ktoś przyjechał wozem i zawiózł go na odpust do Starej Wsi. Gdy w domu powiedziałem, po co przyszedłem, tatuś kazał bratu jechać i to tak wcześnie, by zawieźć kierownika na ranną mszę, bo może on zechce tego samego dnia powrócić do domu. Wyjechaliśmy z bratem o północy. Okropnie lał deszcz i było bardzo ciemno. Ja siedziałem na samym przedzie w półkoszkach (wasągu) i trzymałem latarnię, by brat widział konie. Naftowa latarnia okopciła mnie. Okryłem się derką, którą okrywało się konie, ale derka przemokła. Brat pokrzykiwał na mnie, bym lepiej trzymał latarnię, bo nie widzi jak końmi kierować.
Okazało się, że kierownik chce jechać na dwa dni i był czas, by przyjechać po niego około południa. Przenocowaliśmy do rana w karczmie zajezdnej i koło południa brat pojechał z kierownikiem.

Kierownik przeniósł się mieszkać do nowej szkoły.
Ja musiałem szukać nowej stancji, bo w szkole z nimi nie mogłem zamieszkać. Mamusia znalazła mi kwaterę u starych dziadków proszalnych, żebraków po prostu. Oboje chodzili po prośbie. Po prośbie chodzili na zmianę. Gdy dziadek wychodził po prośbie, to babka zostawała w domu i odwrotnie, gdy wychodziła babka, to zostawał dziadek.
Chata była kurna i bardzo niska. Okna miały cztery małe szybki o wymiarach około 30 cm na 30 cm. Stołu nie było, uczyłem się na skrzyni pod oknem. Albo dziadek, albo babka gotowali mi jeść – barszcz lub kapusta i ziemniaki a do tego odrobina omasty. Te prowianty przynosili mi z domu w środy, bo to był dzień targowy w Błażowej, na który ktoś z domu przyjeżdżał.
Spałem na przypiecku, na swoim worku ze słomą bez prześcieradła. Prześcieradeł u nas nie znano.

Pewnego razu dziadek poszedł po prośbie, a babka gospodarowała w domu. Miała na gospodarstwie cztery kury i mnie. Dziadek nie wracał od kilku dni. Jednego ranka zbudziłem się sam. Patrzę a tu już duży dzień, barszcz na śniadanie nie ugotowany, a babka leży. Ubrałem się pośpiesznie, by nie spóźnić się do szkoły. Zacząłem budzić babkę, a tu babka już zimna. Przeraziłem się. Teraz zobaczyłem jak straszną jest nasza izba. Cała okopcona na czarno od powały aż po klepisko.

Ze strachu uciekłem z domu. W ostatniej chwili porwałem ze sobą kawałek chleba. Nikomu nic nie powiedziałem. Wróciłem ze szkoły, a babka leży, dziadek jeszcze nie wrócił. Sam sobie coś ugotowałem i siadłem na skrzyni przy oknie do nauki. Ciągle wybiegałem na pole z myślą, że może by komu powiedzieć, iż babka nie żyje. Obok mieszkał żyd handlujący jabłkami. W piwnicy u tego żyda kobiety przebierały jabłka, a on je dozorował. Powiedziałem im, że babka umarła. Żyd zamruczał „nu, nu” a kobiety zaśmiały się, że dziadek wreszcie owdowiał.

Czekałem do wieczora z nadzieją, że ktoś przyjdzie. Nikt nie przyszedł, a zrobiła się ciemna noc. Ogarnął mnie okropny strach. Ja mały i samotny a tu obok zmarła babka. Zaświeciłem taką mała lampkę naftową bez szkiełka, zwaną „żydkiem” i nadsłuchiwałem czy ktoś nie nadchodzi. Położyłem swój worek na przypiecku i gorąco się modliłem. Ze strachu odmówiłem wszystkie modlitwy jakie tylko byłem w stanie przypomnieć sobie, odśpiewałem wszystkie znane pieśni kościelne. Zachciało mi się spać i zgasiłem „żydka”, by się od niego chałupa nie zapaliła. Ze strachu przed ciemnością nakryłem się z głową i zasnąłem. Nie zamknąłem nawet drzwi.
Coś mnie obudziło. Otworzyłem oczy i zobaczyłem w migotającym światełku okropnego człowieka, jak zabiera babkę. Przypomniałem sobie, że nie zamknąłem drzwi i pewnie jakieś „złe” zabiera ją. Chciałem krzyczeć, ale głos mi zamarł w krtani. Wreszcie do mojej świadomości dotarł głos dziadka, który pytał kiedy babka umarła. Powiedziałem, że jeszcze wczoraj. Babkę pochowali i ja zostałem z dziadkiem. Czekałem, kiedy przyjedzie ktoś z domu. Dziadek musiał dalej chodzić po prośbie, a ja nie chciałem zostawać sam.

Miałem kolegę Chojnowskiego. Siedziałem z nim w jednej ławce. Powiedział, że weźmie mnie do siebie. Jego rodzice zgodzili się na to.
Kiedy mamusia przyszła do mnie, to zaprowadziłem ją do tych Chojnowskich. Stary Chojnowski prowadził warsztat szewski i miał dwóch czeladników. Dom obejmował kuchnię i jedną izbę. W kuchni mieścił się warsztat szewski a w izbie spali domownicy. Chojnowscy mieli pięcioro dzieci; najstarsza córka miała około 18 lat, najmłodsze około trzech. Przyjęli mnie i powiedzieli, że będę spać z dziećmi i jeść to co one.
Mamusia dali gospodyni prowianty, przyniesione dla mnie i odjechali (odjechała, o poważanych kobietach mówiło się w liczbie mnogiej rodzaju męskiego).

Przez pierwszych kilka dni było jako tako. Dalej zaczęło się psuć. Co do jedzenia, to tak było jak mówiła gospodyni. Tylko z tą małą różnicą, że to nie ja jadłem to co dzieci, tylko dzieci jadły to co ja. Gdy mi gospodyni postawiła garnuszek z barszczem natychmiast zjawiała się trójka najmłodszych z łyżkami i pchała się do garnuszka. Do barszczu dodawałem sera, który trzymałem zamknięty w skrzynce. Dzieci pośpiesznie wyłapywały kawałki sera, a mnie pozostawały jedynie okruszki pływające w barszczu. Tak samo było ze słoniną w kapuście. Wydarły z garnka, zanim ja się wziąłem do jedzenia. Biłem je po czołach drewnianą łyżką, którą jadłem. Gospodyni mnie skrzyczała, że ja taki nie nachlany (nie najedzony) i żałuję dzieciom łyżki strawy. Tymczasem to nie była łyżka, bo one tak długo jadły, aż w misce nie pozostało nic.
Ciągle chodziłem głodny, bo mnie mocno podjadały. Skrzynkę mi otwierano mimo zamknięcia; zauważałem okrojony ser i chleb, ubywało masła i słoniny. Takie zaglądanie do mojej spiżarni powtarzało się często.

Do spania rozkładałem w kuchni przy drzwiach mój worek ze słomą, w miejscu gdzie usadawiali się szewcy. Worek kładłem na ziemi, bo podłogi nie było. Przedtem musiałem usunąć kopyta szewskie, bo ich się pełno walało wszędzie. Zrobiło się już zimno i marzłem jak pies przy tych drzwiach. Długo wieczorami nie mogłem zasnąć, bo szewcy stukali młotkami. Było i tak, że wyciągnął któryś kopyto z buta i rzucił za siebie, nie patrząc gdzie rzuca. Wiele razy dostałem takim kopytem. Zrywałem się ze snu z protestami, ale to tylko wywoływało fale śmiechu i żartów ze mnie. Próbowałem zmieniać pozycję do spania, ale to na niewiele się zdawało.
Mamusia przyjechała do mnie i się przeraziła, tak źle wyglądałem. Przede wszystkim chodziłem głodny. Mamusia obiecała, że będzie rozglądać się za nową kwaterą dla mnie.

Brat z mamusią przyjechali zabrać mnie na święta Bożego Narodzenia. Zabrali wszystkie moje rzeczy. Gospodarze pytali się, dlaczego zabierają, przecież mi tu dobrze. Mamusia odpowiedziała, że wierzy, iż to jest prawda, bo chłopiec się nie skarży. Rzeczy zabierają, bo trzeba je wyprać a skrzynkę uzupełnić nowymi produktami.
Po świętach już do szewca nie wróciłem. Znaleziono mi mieszkanie u babki Rząsy liczącej ponad 90 lat. Mieszkała w mieście koło targowicy. Chałupę miała dużą, a zwłaszcza izba była obszerna.
Nieżyjący już gospodarz był rzeźnikiem – masarzem. W tej izbie rozbierał on zarżnięte świnie i przerabiał mięso na wyroby masarskie. Do tego była potrzebna mu duża izba, która była równocześnie masarnią. Babka spała na łóżku pod jedną ze ścian, a ja na piecu stojącym pod przeciwległą. Czasami spałem na przypiecku, ale rzadko. Na piecu było bezpieczniej, bo wyżej i strach tak prędko nie wylezie tam.