Będąc jeszcze w pierwszej klasie, wracałem ze szkoły do domu prostą drogą. Na drodze siedziało stadko gawronów i grzebało się w końskim łajnie. Zawsze się gawronów bałem, a teraz trzeba było przejść obok nich. Za nic w świecie. Postanowiłem wracać do domu drogą koło Czenczków, równoległą do tej i odległą o kilkanaście kroków. Ale tamta droga była bardziej stroma. Na dodatek była oblodzona i żadnym sposobem nie mogłem wyjść na górę.
(A tak nawiasem mówiąc pod górę znaczyło, u nas właśnie zejście z góry do jej podstawy – pod górę).
Wywracając się w śniegu darłem się wniebogłosy, w nadziei, że może ktoś od Czenczków usłyszy i wybawi mnie z opresji. Jakimś cudem dojrzeli mnie moi. Antoszka przybiegła, podała mi rękę i wyciągnęła z zaspy. Okropnie przymarzły mi ręce, bo rękawiczek dla dzieci nie znano. Czasami przy robotach gospodarskich, gdy było zimno w ręce, dzieci używały rękawic dorosłych domowników.

Jednego Nowego Roku dostałem na tyłku bolesnego czyraka. Nie mogłem siedzieć, a nawet butów obuć. Uparłem się, że pójdę do brata stryjecznego, Tomka. Zacząłem się obuwać. Jednego buta udało mi się jakoś wciągnąć, ale drugiego w żaden sposób nie mogłem włożyć bez siadania, a ja siadać nie mogłem. Skakałem tak jakoś dziwnie na jednej nodze, aż wreszcie klapnąłem na tyłek. Co to był za wrzask? Ale było po czyraku i do Tomka poszedłem.

W inną Wigilię miało miejsce takie zdarzenie: Tatuś kupił na święta pół litra wódki. Butelka stała na oknie a ja w pobliżu bawiłem się. Podkusiło mnie jakieś licho by spróbować tej wódki. Pociągnąłem łyk, niczego sobie, nawet bardzo nie pali.
Trzeba przyznać, że wódki w Austrii były dobre. Wyrabiały je prywatne gorzelnie przyfolwarczne. W każdej gorzelni był urzędnik skarbowy, który pilnował ilości wyprodukowanej wódki i procentów alkoholu w niej zawartego. Wódkę produkowano z żyta, toteż nie miała piekącego smaku.
Doceniłem jej jakość od pierwszego łyku. Pociągnąłem drugi łyk, a może nawet i trzeci. Wtem wszedł Tomek i zapytał:
– Ty sam Ignaś?
Na co w odpowiedzi wybełkotałem :
– Mamusia są… ale gdzieś poszli.
Chyba Tomek zapytał:
– Czy to wódka?
Pociągnął parę łyczków i poszedł sobie.

Zaczęło się dziać coś dziwnego z moją głową. Spadłem z ławy, ale się podniosłem i chwiejnym krokiem wybiegłem z domu szukać pomocy domowników, którzy w tym czasie robili coś w stodole.
Runąłem w zaspę śnieżną, a byłem tylko w koszulinie. Zobaczyła to któraś ze sióstr. Podbiegła i pytając, co się stało, podniosła mnie, ale ja ponownie straciłem równowagę i runąłem w śnieg coś bełkocąc, że jestem pijany. Nie chciała uwierzyć, ale zaniosła mnie do domu. Domownicy ujrzeli butelkę prawie w połowie opróżnioną. Zaczęto mnie wypytywać co się stało. Zwaliłem winę na Tomka mówiąc, że to on pociągnął z butelki i mnie dał spróbować. Mamusia strasznie się zdenerwowała i powiedziała:
– Mógł dziecko otruć.
Wszyscy siedzieli przy wieczerzy, a ja się zwijałem na łóżku męczony torsjami. Przepadła mi tego roku wieczerza wigilijna.

W Bani mieliśmy kilka trześni. Dzieci musiały obrywać jagody z niższych drzew. Na wysokie drzewa wyłaził tatuś i rwał jagody do przewieszonej przez ramię torby. Tatuś jagód na trześni nie jadł, toteż jego torba napełniała się szybko, szybciej niż nasze małe koszyczki. Wiele razy musieliśmy z Józią chodzić do Bani pilnować przed innymi dziećmi naszych trześni. Czasami dla większej odwagi zabieraliśmy ze sobą Kaśkę od Holejzego, bo my byliśmy mali i nikt się nas nie bał.

Pewnego razu zabawiliśmy się za długo. Był już najwyższy czas wypędzania bydła na pastwisko. Puściliśmy się pędem z górki. Kaśka biegła pierwsza i upadła, a ja wpadłem na nią i uderzyłem prawym ramieniem w ziemię. Okropnie zabolało. Dowlokłem się jakoś do domu. Zabraliśmy się do wyganiania bydła. Nie mogłem nic pomóc Józi, musiała biedaczka sama sobie radzić.
Jedna z krów była bardzo dzika i dlatego miała przywiązany do szyi na krótkim łańcuchu kołek. Ten kołek miał za zadanie pętać się między krowimi nogami i nie pozwalać jej na ucieczkę. Krowy szły wolno a ja wlokłem się na końcu pochodu. Na ugorze w Zapadach, gdzie mieliśmy te krowy paść położyłem się na miedzy i jęczałem. Józia jedną krowę spętała, drugiej na krótko przywiązała głowę do przedniej nogi, a tą najgorszą dodatkowo spętała i przywiązała jej głowę do nogi. Cielę uwiązała do kołka. Usiadła przy mnie i zaczęliśmy radzić co powiemy w domu. Uradziliśmy tak: prowadziłem na sznurze cieliczkę, a ta szarpnęła sznurem i wyrwała mi rękę, w której ten sznur mocno trzymałem. Wieczorem przypędziliśmy bydło do domu. Gdy wszyscy domownicy ściągnęli z pola opowiedzieliśmy co się według naszej wersji stało. Mamusia się bardzo zdenerwowała. Wzięła kij i poszła do stajni zbić cielę. Nieszczęsne zwierzę nie umiało się wytłumaczyć, tylko uskakiwało przed razami.

Rano tatuś zaprzągł konie i powiózł mnie do jednego chłopa w Ulanicy, Marszałka. Ten podniósł moją rękę do góry, swoją pięść włożył mi pod pachę a drugą ręką szarpnął moją chorą rękę do dołu. Coś chrupnęło, ryknąłem i… przestało boleć. Marszałek nastawił zwichniętą rękę, podwiązał mocno temblakiem i tak kazał nosić przez trzy tygodnie.
Za ten zabieg ortopedyczny tatuś wypił z nim parę kieliszków wódki – to była cała zapłata. Zabieg odbył się w ulanickiej karczmie. Marszałek kosił w pobliżu karczmy i natychmiast pośpieszył z pomocą, gdy mu tatuś powiedział o mojej biedzie. Po wyznaczonym czasie temblak zdjęto i ręka do dziś dnia jest w porządku.

W czasie wakacji nie chodziliśmy do szkoły, ale za to dwa razy dziennie paśliśmy krowy, rano i po południu. Gdy konie miały wolne od pracy, to zabierało się je też na pastwisko. W czasie roku szkolnego, gdy nauka była na ranną zmianę, to paśliśmy tylko raz dziennie po południu. Gorzej, gdy nauka była po południu. Wtedy trzeba było paść dwa razy dziennie. Popołudniowa nauka kończyła się o trzeciej i to była dobra pora wyganiania bydła na pastwisko.
Zazwyczaj, gdy wracaliśmy ze szkoły, w domu nie było nikogo. Mamusia zostawiała nam na stole przykryte przetakiem (sitem) przed muchami dwa kawałki chleba i pół garnuszka słodkiego mleka. Obok była kartka napisana przez Antoszkę co mamy robić i gdzie paść. Zjadaliśmy chleb, a mleko popijaliśmy małymi łyczkami. Baczyliśmy pilnie by to drugie nie pociągnęło zbyt dużego łyka.
W pole dawano nam jurzynę. Był to po prostu kawałek chleba z wykrojonym dołkiem, do którego mamusia wkładała trochę masła i nakrywała tym wyciętym kawałkiem chleba. Natychmiast po przyjściu na pastwisko zabieraliśmy się do jedzenia., bardzo nam smakowało. Zresztą wszystko nam wtedy smakowało. Przechodzący obok pastuszków ludzie pytali dlaczego nie śpiewają, jeżeli nie śpiewali. (A dlaczego to niby pastuszek musiał cały czas śpiewać?)

Chodziliśmy nad rzekę kąpać się, ale nie tylko. Mieliśmy również obowiązek co jakiś czas polewać płótno wodą. Było ono wykładane na wybielające działanie słońca. Z naprzędzionych w zimie nici tkacze tkali płótno. Grubość płótna zależała od grubości nici. Cienkie płótna tkano z ładnej cienkiej nici. Z cienkiego płótna szyto koszule, kobiece bluzki i męskie koszule odświętne. Koszula kobieca tylko od góry do pasa była z cienkiego płótna, zaś dolna partia, od pasa do kolan doszywana była z grubego materiału. Z grubego płótna szyto portki i różnego rodzaju płachty.
Płótno przyniesione od tkacza było szare, bo takiego koloru były włókna lnu. Trzeba go było wybielać. W słoneczne dni płótno rozkładało się nad rzeką i co jakiś czas polewało wodą. Dziennie polewano kilkakrotnie. Po trzech tygodniach płótno zbielało. Taka była właściwość włókien lnianych, że na słońcu bielały.

Wolne chwile wykorzystywaliśmy na kąpiele.
Do moich obowiązków należało pławienie (kąpanie) koni. Woda w naszej Baryczce była wtedy znacznie większa i głębsza. Mogliśmy pływać na koniach. ja pływałem na siwym, bo był spokojniejszy. Drugiemu nie dowierzałem, był chytry i mnie małego nie słuchał. Musiałem być z nim ostrożny. Dziś woda w rzeczce jest malutka, ledwie się sączy po kamieniach.
Jako mały chłopiec lubiłem słuchać szumu wody. Szczególnie dobrze było słychać gdy spałem na górze (strychu). Opowiadali mi, że gdy miałem dwa latka, to Baryczka tak wezbrała, iż woda przez okna wlewała się do szkoły. W czasie tej powodzi rzeka przesunęła swoje koryto.

 

CZĘŚĆ DRUGA
BŁAŻOWA

Gdy byłem już w czwartej klasie, kierownik szkoły w Wesołej, Gąsior, powiedział rodzicom, aby mnie dali uczyć dalej. Ale był jeden warunek, muszę się co nieco nauczyć języka niemieckiego, bo przecież Galicja była pod zaborem austriackim i językiem urzędowym był niemiecki.
Rodzice zgodzili jednego nauczyciela by mnie uczył. Chodziłem do niego na jedną godzinę dziennie. Uczył mnie w klasie szkolnej. Z początku szło jako tako. Kiedy doszło do pytań:
– Czy ty to zrobiłeś? Czy ty to zjadłeś? itp.
Utknąłem. Nauczyciel nie potrafił wytłumaczyć mi tych zwrotów. Ja zrozumiałem, że „czy” po niemiecku znaczy „hast” i wszędzie, gdzie występowało słowo pytające, ja używałem to nieszczęsne „hast”.
– Czy jesteś zdrów?
Ja tłumaczyłem:
– Hast bist du gesund?
Ten, zamiast mnie naprowadzić, bił mnie tak okropnie, że aż właziłem pod ławkę. Powiedziałem w domu, że więcej na naukę do tego nauczyciela nie pójdę, bo on mnie okropnie bije. Rozgniewało to ojców, że ten nauczyciel za pieniądze zamiast mnie uczyć, katuje.
Ale to był jedyny nauczyciel w Wesołej, który mógł mnie uczyć niemieckiego.

Poszedłem z mamusią zapisać się do szkoły w Błażowej, bo tam uczono niemieckiego. Kierownik do szkoły mnie nie przyjął. Nie podjął się też nauki języka prywatnie, bo było stanowczo za późno na przygotowanie do egzaminu wstępnego do gimnazjum w tym roku. Wyjaśnił, że może mnie przyjąć co najwyżej do klasy trzeciej, i to dopiero od początku nowego roku szkolnego.
Na rozpoczęcie nowego rok szkolnego poszedłem z mamusią do Błażowej i zgłosiłem się do kierownika. Zapisał mnie do trzeciej klasy. Mamusia miała kłopot ze znalezieniem dla mnie stancji. Razem ze mną zapisywał się do tej szkoły Dudek z Góry (górna część Wesołej). On znalazł kwaterę u jakiegoś kołodzieja. Ja nie znalazłem nic. Poprosiliśmy kierownika o pomoc w tej sprawie. On zgodził się przyjąć mnie na stancję do swego domu.