Ponieważ przepychanka przy balasach trwała przez całą mszę, od czasu do czasu podchodził któryś z gospodarzy i bardziej zadziornych potargał za uszy lub zdzielił różańcem.
Ale to nie było najgorsze. Zaczynała się wielka bieda, gdy z kazalnicy zobaczył to ksiądz Mączka. Zaraz po kazaniu (kazanie było przed mszą) brał ksiądz w rękę kilkakrotnie złożony sznur i przy pomocy kościelnego brał się za robienie porządku. Kościelny wyciągał z ciżby wskazanego delikwenta i mocno trzymał, a ksiądz prał na odlew, gdzie popadło. Działo się to w kościele i na oczach wszystkich ludzi, a tych był pełny kościół. Jednego razu i mnie się dostało. Bardzo to boleśnie odczułem; nie chodziło o ból (choć bardzo bolało), bo ten wreszcie minął, ale chodziło o wstyd. Rodziców na Sumie nie było, ale zaraz ktoś doniósł, że „waszego dziś bili” i byłbym jeszcze dostał w domu, ale mnie obronili koledzy, że ja nie winien. W dniu tym ksiądz się tak rozsierdził, że bił wszystkich, jak popadło. Ja faktycznie byłem niewinnym. Przyszedłem wcześniej by stanąć przy balasach. Później przyszedł dużo większy chłopiec, chyba z Wyrębów, i chciał mnie odepchnąć od balasów. Ja nie chciałem ustąpić i trzymałem się ich. Być może, że z wysokości ambony wyglądało na to, że to ja się rozpycham.

Przeważnie w niedziele i święta chodziłem na ranne msze wraz z siostrami Józią i Antoszką. Czasami tylko chodziliśmy na Sumę.
Rodzice udając się na Sumę wyznaczali nam roboty do wykonania, przeważnie był to obowiązek posprzątania izby. Do roboty nie bardzo się nam kwapiło. Najpierw były zabawy. Przychodziły do nas dzieci sąsiedzkie i wymyślaliśmy zabawy. Najczęstszą zabawą było odprawianie mszy, a ja byłem księdzem. Ubierałem jakąś białą szmatę imitującą komżę, opłatek zawsze znalazł się, a za wino służyło mleko z wodą. Na zabawie czas upływał szybko i skutkiem tego nieraz sprzątaliśmy dosłownie w ostatniej chwili przed nadchodzącymi rodzicami. Pośpiesznie zaczynaliśmy zamiatać, gdy na drodze ukazywali się pierwsi ludzie idący z kościoła.
Zmiecione śmiecie upychaliśmy pod żarna. Izbę zamiatało się dużą brzozową miotłą, zaś spod łóżka można było wymieść tylko pomiotkiem (miotełką zrobioną ze słomy). Często dochodziło między nami do swarów, kto ma wleźć pod łóżko by wymieść śmieci. Kłótnie przeciągały się nieomal do ostatniej chwili, a wtedy każde z nas chwytało co było pod ręką i sprzątało, tak, by rodzice nie zastali izby nie posprzątanej.

Gdy nieco podrosłem, zaczęto angażować mnie do różnych posług domowych. Przede wszystkim, wspólnie z Antoszką i Józią, musiałem paść krowy. W dalszych latach Antoszka, jako wystarczająco dorosła, musiała iść do cięższych prac. Wobec tego obowiązek pasienia spadł na nas dwoje najmłodszych. Często biliśmy się, bo żadne z nas nie chciało wyganiać krów ze szkody. Szkodą nazywano podpasienie zboża lub trawy przez nasze bydło na polu sąsiada. Taką szkodę widać było na pierwszy rzut oka. Pewnego razu tatuś obszedł nasze pastwiska, bo sąsiedzi skarżyli się na szkody i aż złapał się za głowę. Nic nie mówił, tylko wieczorem ściągnął pas, którym się opasywał i dalejże mnie okładać trzymając za rękę. Chcąc uniknąć cięgów zacząłem biegać wokół niego, a ten obracając się nie przestawał okładać mnie.
Wrzeszczałem wniebogłosy:
– Tatusiu, nie bijcie mnie, już będę pilnował krów.
A że tatuś nie przestawał bić więc odwołałem się do pomocy mamusinej:
– Mamusiu, ratujcie!

Wyrwałem się wreszcie, a może tatuś mnie już puścił i wczołgałem się pod łóżko. Taką samą porcję dostała też Józia, która w pokorze czekała na swoją kolejkę. Czekała, nie uciekła choć wiedziała co ją czeka, bo poszanowanie rodziców było wielkie.
Od mamusi dostawałem częściej, ale to bicie było „nieszkodliwe”; zazwyczaj dostawałem trokami od zapaski. Troki to tasiemki lub sznurki służące do obwiązania zapaski wokół pasa, a zapaska to fartuch.
Przeważnie dostawało mi się za to, że nie dopilnowałem kur, które rozgrzebały grządki. Dostawaliśmy też za to, że za późno wyganialiśmy bydło na pastwisko, bo za długo zabawiliśmy się. Bydło wyganiało się na pastwisko dwa razy dziennie, rano i przed wieczorem. W czasie gorąca bydło nie chciało się paść, bo gryzły je gzy (bąki). Z tego powodu gziło się. Polegało to na tym, że krowa zadarłszy ogon pędziła przed siebie, najczęściej w zboże, bo kłosy smykając się wzdłuż ciała spędzały gzy ze skóry. Jesienią pasło się raz dziennie, od rana do wieczora.

Pewnej niedzieli rodzice wybrali się na Sumę. My z Antoszką byliśmy na porannej mszy a teraz przygotowywaliśmy się do wypędzenia bydła i koni na pastwisko w Rybniku. Był to teren zalesiony, przez co było tam cieplej i dlatego tam się pasało w chłodne dni.
Na niedziele gotowano coś lepszego. Czasami były to pierogi wielkości pięści dorosłego mężczyzny, czasami krupy (kasza) gotowane na mleku, a czasami gotowano królika.
W tą niedzielę były krupy. Ja je bardzo lubiłem. Prosiłem Antoszkę ,by mi dała trochę do garnuszka, ale ona odmówiła. Ze złości powiedziałem jej, że nie pogonię z nią bydła. Tak więc Antoszka sama musiała wypędzać krowy ze stajni na obejście. Powiązała je postronkami, a następnie wyprowadziła parę koni. Cały inwentarz trzeba było prowadzić na uwięzi. Bydła było 5 sztuk. Dwie krowy szły przodem, za nimi cielę, a za nim jeszcze dwie krowy w parze. To stado miała prowadzić Antoszka, mnie miało przypaść prowadzenie koni. Ponieważ odmówiłem współpracy, Antoszka musiała jeszcze dodatkowo ciągnąć na sznurze te konie, postępujące za krowami. Pomimo złości do Antoszki wlokłem się za tą czeredą. Siostra aby mi dokuczyć wołała:
– Chodź piesku, dam ci chleba, ne-ne-ne chleba, ne…
Nie reagowałem na zaczepki, ale jak już odeszliśmy od domu daleko siostra zdenerwowała się, porzuciła stado i pognała za mną z batogiem by mnie przynajmniej raz dosięgnąć. Uszedłem cało z pogoni, ale w ostateczności poddałem się i przyłączyłem do grupy. Wsiadłem na konia i na miejscu w Rybniku pogodziliśmy się. Wieczorem, gdy przygnaliśmy chudobę do domu rzuciłem się na tak długo wyczekiwaną kaszę, ale kasza skisła i absolutnie nie nadawała się do jedzenia. Ogarnęła mnie wściekłość i krzyknąłem do Antoszki:
– A teraz zechlaj ją sama!

Zazwyczaj konie pasał brat Maciek, ale kiedy on pojechał do Ameryki, obowiązek ten spadł na Maryśkę. Wsiadała na oklep i jechała na pastwisko. Pewnego razu, gdy byłem jeszcze mały, chciała mnie zabrać ze sobą i posadziła na konia Kasztana. Kiepsko się trzymałem na grzbiecie i natychmiast spadłem. Koń nadepnął mi na dłoń. Z wypadku tego wyszedłem bez szwanku, nadgarstek był tylko nieco obdrapany, ale wrzasku było co niemiara. Ja wrzeszczałem ze strachu, mamusia wrzeszczała na Maryśkę za to, że mnie wsadziła na konia, a ta wrzeszczała na Bogu ducha winnego konia.
Obowiązek pasienia koni spadł na mnie, gdy ukończyłem 7 lat. Obydwa konie pętałem tak, że wiązałem na krótkim powrozie lewą nogę jednego konia do prawej nogi drugiego. W ten to sposób konie mogły poruszać się jedynie powoli i nie uciekały mi.

Siostra Maryśka bardzo mnie lubiła. Chodziła do kierownika szkoły pomagać w kuchni i sprzątać mieszkanie. Wypatrywałem jej powrotów, bo zawsze przynosiła mi coś dobrego, zazwyczaj jakiegoś łakocia. Pamiętam, że raz przyniosła mi pierożków, takich maleńkich i bielutkich. Dziwiłem się bardzo, jak można zrobić tak małe pierożki i to takie białe, bo u nas zawsze były duże i ciemne.

Gdy byłem w pierwszej klasie, powrócił z Ameryki brat Maciek. Przywiózł tatusiowi futro, mnie pióro. Było prześliczne, takie czerwone i jakoś dziwnie pachniało. Miało kształt rurki, z jednej strony był ołówek, z drugiej stalówka. Zarówno ołówek, jak i stalówkę można było chować do środka. Siostrze dał mydło tak pachnące, że aż w nosie kręciło i w głowie zawracało. Dziwowaliśmy się, że w Ameryce takie mydła robią. Sobie przywiózł zegarek na żółtym łańcuszku.
Maćka powołali na jednomiesięczne ćwiczenia wojskowe. Gdy termin ćwiczeń się kończył, brat napisał, aby po niego przyjechać. Tatuś w oznaczonym dniu zrychtował wóz, zabrał mnie ze sobą i pojechaliśmy do Przemyśla. Z domu wyjechaliśmy przed południem. Jechaliśmy przez Dynów, Dubiecko. Po drodze widziałem różności, które robiły na mnie wielkie wrażenie. Przestrzeń ogromna, San taki szeroki i strasznie szumiący, przy drodze kapliczki, tak piękne jakich u nas we wsi nie upatrzysz.
Przed jednym domem w Dubiecku widziałem w ogrodzie duże, w różnych kolorach, szklane kule wielkości harbuza. Kolory były przecudne: żółte, zielone, czerwone. Wokół rosły kwiaty, takie same miał nasz pan kierownik szkoły w swoim ogródku. Później się dowiedziałem, że to były róże.

W Ostrowie zanocowaliśmy w karczmie stojącej przy drodze. Ja spałem na wozie a tatuś przy koniach. Wcześnie rano wyruszyliśmy w dalszą drogę. Wjechaliśmy w drogę – ulicę, po której obu stronach stały domy, a każdy był większy od naszej wiejskiej szkoły. A dalej było jeszcze coś dziwniejszego: chałupa na chałupie, a jeszcze dalej w głąb miasta to były nawet i takie, że trzecia chałupa stała na tej drugiej. Były to piętrowe kamienice, ale skąd ja to miałem wiedzieć. Zastanawiałem się jak ludzie mogą tam siedzieć (mieszkać) i że im się w głowach nie zakręci.
San przejechaliśmy po moście. Most był bardzo dziwny, wyglądał jak żelazna klatka. Boki i podłoga były żelazne. Takiego czegoś tom się nie spodziewał. Tatuś jechał powoli i wytłumaczył mi, że po takich mostach należy jechać wolno. Po moście chodził żandarm, a ja na jego widok schowałem się na dno wozu. Potem wjechaliśmy pod most kolejowy, taka sama klatka jak poprzedni. Stanęliśmy na targowicy nad Sanem.

Nie mogłem się napatrzeć, bo po rzece pływały takie małe łódki a w nich ludzie. Wtem nadjechała kolej, najprawdziwsza w świecie kolej. Tego w życiu nie widziałem. Pociąg jechał powoli, fukał i sapał, ciągnął wiele wagonów. Chciałem dopatrzyć się ludzi, ale ich nie widziałem. Mówili, że w wagonach są okna, ale nie mogłem się ich dopatrzyć. Może one są z drugiej strony – pomyślałem. Te wagony wyglądały jak beczki i były pomalowane na żółto. Nie widziałem też drzwi, były wprawdzie jakieś drabinki prowadzące do włazu na dachu; pewnie tędy ludzie wchodzą do wagonu. Dopiero znacznie później dowiedziałem się, że były to cysterny, a nie wagony osobowe.
Brata tego dnia jeszcze nie zwolniono z wojska i wobec tego musieliśmy zatrzymać się jeszcze jeden dzień. Tatuś kupił mi czerwone piórko, które natychmiast zatknąłem za kapelusz. Długo jeszcze paradowałem z nim do kościoła.

Zimy zaczynały się w listopadzie, na świętego Marcina, który „przyjeżdżał na białym koniu”. Sprawiało mi wielką radość bieganie na bosaka po śniegu, aż do szkoły. Z domu wychodziłem w butach, które natychmiast zdejmowałem za stajnią i drogę pokonywałem boso. Tak samo z powrotem, tylko że za stajnią buty ubierałem. W domu o niczym nie wiedzieli.