Robiło się tak aby tylko robić. Płacili mi sześćdziesiąt rubli miesięcznie, tak samo mojemu pomocnikowi Zelmanowi, polskiemu żydowi z Łodzi. Żeby tutejszy uprawlajszczy (gospodarz) był zadowolony, to trzeba było niekiedy kombinować.
W letniej porze trzeba było naciągać bardzo dużo obręczy na koła. Temperatury w lecie dochodziły do +50°C. Obręcze te rozszerzały się i spadały z kół. Przychodziło naciągać czasami pięć, a nawet sześć sztuk. Przy największym wysiłku można było naciągnąć co najwyżej cztery. Ponaglali, bo był to czas żniw, a wozami dowozili skoszone zboże do młocarni.

Cała sztuka naciągania obręczy polegała na tym, że przywoziło się do kuźni wielką furę słomy. Następnie cztery obręcze układało się jedna na drugiej i zapalało się słomę ułożoną na obręczach. Kiedy słoma spaliła się, sztuką kowalską naciągaliśmy obręcze. Ostatnią naciągało się z trudem, bo była już prawie zimna.
Pracowaliśmy od rana do przedwieczerza. Gdy nie zrobiliśmy wszystkich dostarczonych do naprawy kół, uprawlajszczy groził nam i wymyślał. Tłumaczenie, że nie starczyło czasu, do niego nie przemawiało.
Jednak wymyśliliśmy sposób. Cztery koła naciągaliśmy na gorąco. Pozostałe obręcze zakładaliśmy zimne, a pomocnik Zelman zanosił je do płynącego obok potoku. Rano, kiedy nadchodził czas wyjazdu w pole, Zelman przynosił koła z wody i zakładaliśmy je do wozów razem z kołami okutymi w ogniu. Wtedy gospodarz pochwalił nas i nazwał stachanowcami. Już w południe, te koła z obręczami nie grzanymi przywozili z powrotem do naciągania, ponieważ na słońcu koła wyschły, drzewo się zeschło i obręcze spadały.

W okresie żniw przebywałem razem z narzędziami kowalskimi w stepie. Moim obowiązkiem było doraźne naprawianie kosiarek. Przewiezienie takiej maszyny do kuźni zajęłoby pół dnia. Była to bardzo korzystna sytuacja dla mojej rodziny. Żona brała przysługujący mi pajok a ja w polu miałem pełne utrzymanie, ponieważ tu była specjalna kuchnia dla roboczych.
Do jedzenia zasiadaliśmy w porze obiadowej. Gotowano nam zupę pęcakową. Dodawano kawałek mięsa. Czasami dawano trochę chleba. Zupę podawano w kotle, w którym ją gotowano. Siadaliśmy dookoła w osiem do dziesięciu osób. Brakowało łyżek. Zazwyczaj były dwie. Metodę jedzenia tej zupy mieliśmy prostą. Pierwszy nabierał zupy i brał do ust. Po zlizaniu kaszy podawał ją natychmiast sąsiadowi czekając cierpliwie na następną kolejkę. Po skończonym obiedzie kucharka zabierała te łyżki do mycia.

Trzeba było przekopać łopatą, a raczej zryć przydzieloną nam działkę, by można było coś na niej posiać. Nie dali nam traktora, aby ją zorać. Ludzie po trochę ryli, ale my nie mieliśmy na to siły. Na nie przekopane poletko posiałem dwa litry pszenicy, a później trochę przeorałem je motyką. Pszenica jakoś się urodziła, ale była mieszana z jęczmieniem, ponieważ była to rola po zbiorze jęczmienia. Zbiory te znosiłem po snopku do domu. Kłosy „tarło” się, aby wykruszyć ziarno, a słoma była do palenia. Czyste ziarno kładło się na takim przymurku w izbie.
Kiedyś byłem w pracy w stepie, gdy przybiegła do mnie żona wraz z dzieckiem, oboje bardzo zapłakani. Powiedziała, że Adaś bawił się w tych ziarnach, a z małej dziury wylazła mała żmija i nie wiadomo, czy go nie ukąsiła. Dziecko przestraszone, raz mówi tak, raz mówi nie. Trzeba było coś zaradzić. Lekarza nie było. Ludzie poradzili, że jest tu taki Kazach, co umie zaklinać. Skorzystaliśmy z tej pomocy. Dziecko przeżyło.

Nadeszła mroźna zima 1942/43. Żona była w ciąży. W lutym 1943 roku nastąpiło rozwiązanie. W kibitce, gdzie mieszkaliśmy w Tue-Tasie , w czasie porodu panowało wielkie zimno. Palenie słomą niewiele ciepła dawało. Babka odbierająca poród natychmiast po urodzeniu zawinęła dziecko w jakieś przygotowane szmaty. Chyba obawa przed zaziębieniem noworodka nie pozwoliła dokładnie oglądnąć dziecko i babka niezbyt dokładnie zawiązała pępek i dziecko się wykrwawiło. Coraz ciszej kwiliło i na trzeci dzień usnęło na wieki. Zelman, mimo że żyd, ochrzcił je z wody nadając imię Józef.
Za trumienkę posłużyła skrzynka po gwoździach, którą przyniósł Zelman z kuźni. On też pomógł mi odkopać mogiłkę jego starszego braciszka Kazika leżącego na muzułmańskim cmentarzyku. W ten dołek złożyliśmy nasze truchło.

Nadchodziła wiosna 1943 r. Udało mi się jakoś załatwić z władzami przeniesienie do pobliskiego sowchozu im. Stalina w Burundaju. Obie miejscowości, zarówno Tue-Tas jak i Burundaj znajdowały się w Czemkientskom Rajonie Taszkientskoj Obłasti Kazachskoj Socjalisticzeskoj Sowetskoj Respubliki
Udało mi się, bo tu również potrzebowali kowala, a sowchoz był większy i oferował lepsze warunki.

Po zawarciu przez Sikorskiego  umowy ze Stalinem,  Ameryka zaczęła przysłać dla nas pomoc. Były to różnego rodzaju ubrania i koce. Wyznaczono pewne punkty do zmagazynowania tej pomocy. Opiekę nad tym dobrami powierzono naszym ludziom. Oczywiście do funkcji tych dorwali się żydzi. Jeden magazyn miał obsłużyć kilka  okolicznych wsi. Jeździliśmy po tę pomoc dość daleko. Dary te trochę nam pomogły. Mogliśmy się lepiej ubrać, a część wymieniliśmy na żywność.

Pracowałem jako kowal do czerwca 1944 roku, kiedy to powołano mnie do Armii Czerwonej. Pozostawiłem na  dalekich stepach Kazachstanu żonę w  5-tym miesiącu ciąży i 7-letniego syna bez żadnych środków do życia. Wojna ojczyźniana potrzebowała żołnierzy do dobicia hitlerowskiej bestii. Nie było mowy o żadnej reklamacji z wojska.
W takiej sytuacji jak moja były wszystkie rodziny. Wsie zostały wyludnione z mężczyzn. Wiek 47 lat też mnie nie zwalniał, bo do armii brano jeszcze starszych. Byliśmy obywatelami radzieckimi i musieliśmy ponosić ofiary jakie ponosił naród radziecki. W  1939 roku Sowieci zabrali i przyłączyli do państwa radzieckiego część wschodnią Polski. Rząd Radziecki uchwalił, że wszyscy mieszkańcy tego obszaru stają się obywatelami radzieckimi. Wobec tego powoływali mężczyzn do wojska.
Z narodowości polskiej powołano ponad 200 tysięcy mężczyzn i wcielono do różnego rodzaju jednostek bojowych.
Władze wojskowe kilkakrotnie wzywały mnie do poboru, ale na razie zwalniały od służby.

W czerwcu 1944 roku Komisja Wojskowa skierowała mnie do tworzącej się armii polskiej w okolicach Żytomierza i Berdyczowa.
Zebrało się nas 5 Polaków skierowanych do tego transportu. Władze wojskowe w Czemkiencie zaopatrzyły nas w dokumenty i karty żywnościowe.
Jadąc do Żytomierza, na stacji kolejowej Poworyno czekaliśmy na połączenie. Tam na stacji patrol wojskowy zażądał okazania dokumentów. Gdy stwierdzili, że jedziemy do polskiego wojska – poinformowali nas, że akurat na stacji stoi pociąg z naszymi ludźmi i my możemy się z tym transportem zabrać .
Gdy podeszliśmy do wagonów usłyszeliśmy nawoływania po polsku. Byliśmy przekonani, że są to kościuszkowcy. Nie było czasu na zastanowienie, bo pociąg już ruszał. Patrol pozamykał wagony i odszedł z naszymi dokumentami.

Jak się później okazało był to transport Rusinów i Ukraińców pobranych do wojska sowieckiego. Wieźli ich z Kijowa na Daleki Wschód. Po drodze niektórzy uciekali (zwłaszcza ci, którzy kiedyś służyli w Wojsku Polskim). Dowództwo transportu odpowiedzialne za dowiezienie do miejsca przeznaczenia kompletu żołnierzy kazało wyłapywać po drodze kogo się dało – aby tylko liczba się zgadzała. Zostaliśmy „porwani”. W wagonie jechało nas trzech Polaków.
Zawieźli nas w stepy w okolice Irkucka. Tam zakwaterowano nas w ziemiankach.

Część żołnierzy zabrano do koszar, a część (około 40 osób) przeznaczono do transportu koni. Do tej drugiej grupy i mnie przeznaczono. Z Irkucka jechaliśmy brzegiem jeziora Bajkał aż do Ułan-Ude leżącego niedaleko granicy z Mongolią. Tam w stepach pasło się w tabunach setki koni. Były to konie prawie dzikie, w wieku od dwóch do sześciu lat. Nigdy jeszcze nie były na uwięzi i nie były ujeżdżane.
Do chwytania tych koni były przygotowane duże ogrodzenia, do których prowadziła wąska ścieżka ograniczona po bokach żerdziami. Konie wpędzało się na te ścieżki. My siedzieliśmy na żerdziach i czekaliśmy na konie. Koń, który tam wszedł, nie mógł się już ani odwrócić ani cofnąć.  Chwytaliśmy go za głowę, nakładali uzdę i prowadzili do wagonu. W każdym wagonie było po 10 koni – po pięć z każdej strony. Do obsługi jednego wagonu przeznaczono po dwóch żołnierzy.

Z Mongolii jechaliśmy prawie trzy tygodnie. Po drodze dostarczali nam siana dla koni, a wodę pobieraliśmy na większych stacjach.  Z wodą były często kłopoty. Komendant transportu często kontrolował, czy konie były pojone.  W tym celu trzymało się w każdym wagonie jedno wiadro pełne wody. Komendant podczas inspekcji kazał podsuwać to wiadro z wodą koniom pod pyski. Jeżeli koń  zaczynał pić- to znaczy nie był napojony.
Ja do swojego wiadra wkładałem kawałek śledzia, które dostawaliśmy w ramach zaprowiantowania. Konie nie znosiły zapachu ryb i za każdą kontrolą nie próbowały nawet pić z tego wiadra.
Przejechaliśmy przez Moskwę. Za Moskwą, w lasach, wyładowaliśmy konie z wagonów. Front był niedaleko. Dochodziły do nas odgłosy kanonady artyleryjskiej.

Konie rozdzielono po jednostkach, a nas przydzielono do piechoty. Mnie przypadło służyć w czwartej kompani karabinów maszynowych 309 pułku. Tu przygotowywano nas na front. Musiałem odbyć kurs obchodzenia się z karabinem maszynowym i nauczyć się z niego celnie strzelać
Po tygodniu nauki wysłano nas na linię frontu. W ramach podziału czynności w kompani, przeznaczono mnie do grupy donoszącej amunicję. Wydawało mi się, że trochę pomarkieruję. Okazało się jednak, że czasami lepiej byłoby siedzieć w okopie niż chodzić po naboje pod silnym ostrzałem.

W ostrych, wielodniowych bojach doszliśmy do miasta i stacji kolejowej Dno. Niemcy mieli tutaj wielkie magazyny broni i amunicji i pośpiesznie je ewakuowali. W czasie zdobywania stacji wysłano nas po amunicję . Po długich poszukiwaniach znaleźliśmy tabory. Pobraliśmy po około 25 kg amunicji każdy.
W powrotnej drodze trochę pobłądziliśmy. Byliśmy okropnie zmęczeni. Siedliśmy na polu na odpoczynek. Siadaliśmy tak, aby jeden opierał się plecami o drugiego. Tak było cieplej. Umęczeni zasnęliśmy. Jak długo spaliśmy, nie wiadomo. Mnie przyśnił się jakiś Kazach z miejscowości, gdzie została żona. Przechodził – we śnie oczywiście – koło mnie wymachując trzymanym w ręku obrazkiem Matki Boskiej. Pomyślałem, że pewnie żona obrazek ten sprzedała mu  za kawałek placka. Kazach ten powiedział mi, żebym się nie spieszył na linię frontu, bo tam gorąco.

Zbudził nas odgłos ogromnego wybuchu. Słychać było gęste strzały karabinowe. Świtało. Część amunicji zakopaliśmy. Powrót był bardzo trudny. Dla bezpieczeństwa trzeba było się czołgać ciągnąc skrzynki z nabojami za sobą. Kiedy dotarliśmy na miejsce, gdzie był okopany nasz karabin maszynowy, zobaczyliśmy coś okropnego. Na miejscu okopu była wyrwana ogromna jama. Domy sąsiednie zburzone. Karabin maszynowy leżał przewrócony do góry nogami. Z całej obsługi został tylko jeden żołnierz. Po pozostałych dwóch ani śladu. To ten właśnie wybuch nas zbudził. Myślę, że tego Kazacha we śnie przysłał Anioł Stróż. Dowódca szybko zreorganizował nas. Mnie przeznaczył na celowniczego.

Po paru dniach ciężkich walk przerwaliśmy front niemiecki i ruszyliśmy w stronę Pskowa. Dalej posuwaliśmy się w stronę Tartu (Dorpat). Tu po różnych perypetiach kazali nam zająć stanowisko na pierwszym piętrze jakiejś kamienicy. Polecono ostrzeliwać ulicę prostopadłą do naszego domu. Mucha nie miała prawa przelecieć. Prawdopodobnie było tam dowództwo niemieckie.
Jednego dnia wpada do nas żołnierz i melduje, że na korytarzu są Giermańcy. Przeszli prawdopodobnie strychami. Rzuciliśmy ręczne granaty i Niemcy wycofali się. Od tego czasu pilnowaliśmy już pilnie przejścia na strychy.

Dostałem rozkaz zmiany kierunku ostrzału na zabudowania wskazane w prawo. Widok z dotychczasowego punktu zasłaniały zarośla. Pomyślałem, że może da się przebić przez ściany do innych pomieszczeń . Chłopcy przynieśli jakieś narzędzia i wzięliśmy się do wybijania otworu w ścianie. Pracowaliśmy okropnie. Woda z nas się lała. Aż wreszcie dobiliśmy się do sąsiedniego mieszkania. Było puste. Dla pewności wrzuciłem granat. Po wybuchu powstała tam jakaś dziwna mgła. Wsunąłem się trochę w otwór, zatkało mi nos i usta. Nie mogłem oddychać. Krzyknąłem tylko:
–  Towarzysze, gaz.
Okazało się, że była tam sypialnia. Wybuch granatu rozrzucił po całym pomieszczeniu pierze z rozprutych pierzyn i poduszek.  Na nowym stanowisku przez pewien czas musiałem strzelać na ślepo.

Po paru dniach nastąpił spokój. Strzelanina ustawała. Niemcy przestali atakować i wycofali się. Ściągnięto nas z frontu na odpoczynek i uzupełnienie stanów osobowych oddziałów.
Na zapleczu urządzono nam kąpiel w łaźniach pod namiotami. Ja kąpałem się w gorącej wodzie i wychodziłem mokry na dwór. A było już trochę mrozu. Gdy zmarzłem – to znowu wracałem do ciepłej wody. I tak na zmianę. Chciałem dostać zapalenia płuc i wylądować w szpitalu. A  tutaj okropny pech; po takiej kuracji nawet nie dostałem kataru.

Zgłosiłem się na ochotnika jako kowal. Naprawiałem wozy taborowe oraz podkuwałem konie. Z kuciem koni miałem trudności. U nas przy kuciu konia pomocnik trzymał jego nogę, a kowal podkuwał. U nich kowal sam trzyma nogę konia i kuje. Pomału nauczyłem się i tego.

Z Estonii przerzucono nas do Sędziszowa koło Dębicy, gdzie utrzymywał się front niemiecki. Uzupełniono braki i przygotowywano nas do uderzenia na Niemców  w kierunku Krakowa. Tu musiałem wrócić do swojego pulomiotu.
W połowie stycznia 1944 roku stanęliśmy na stanowiskach nad jakąś rzeką. Nocą podprowadzili nas na pierwszą linię. Trudno było zorientować się gdzie jesteśmy. Były tu już przygotowane pontony do przeprawy na drugi brzeg. Nasz karabin maszynowy miał stać na przedzie i ostrzeliwać przeciwległy brzeg podczas przeprawy piechoty. Niemcy chyba wyczuli, że coś się święci i zaczęli gwałtownie ostrzeliwać rzekę, a na niej pontony oraz zgrupowane na brzegu oddziały pociskami armatnimi i moździerzowymi.

Jeden z pocisków armatnich padł na nas – w miejsce gdzie się organizowaliśmy do ataku. Porozbijało nas, kilku padło. Ja zostałem ranny (niezbyt zresztą ciężko).
Wieźli nas, rannych, pociągiem do szpitala we Lwowie. Mnie udało się dogadać z polskimi kolejarzami i oni to umożliwili mi zatrzymanie się w szpitalu w Przemyślu na Zasaniu, gdzie leczyli mnie ponad trzy miesiące.
W wyniku ranienia utraciłem kciuk prawej ręki. Mimo w zasadzie niewielkiego zranienia ucierpiałem się niezmiernie. Jeszcze na polu walki lekarz &dbquo;na żywca” poobcinał nożycami postrzępione fragmenty palca. Rana długo się ślimaczyła. Rana boku zagoiła się względnie szybko.

Będąc w szpitalu, nawiązałem kontakt z krewnymi. Pracowała tam siostra Staszka Krowiaka z Wesołej, mojego bliskiego krewnego. Ona to dała znać do Wesołej, bo nikt od sześciu lat nie wiedział gdzie jestem. Po paru dniach przyszła do mnie siostra Antoszka i przyniosła coś do jedzenia. Niewiele tego było, bo też nie miała sama za wiele. We wsi panowała okrutna bieda, ale jakoś mnie wspomagali. Gdy już mogłem samodzielnie się poruszać poprosiłem lekarza o wypisanie mnie ze szpitala.

Zamierzałem powrócić do Wesołej, by stąd rozpocząć. Muszę wspomnieć, że rzadko, bo rzadko, tak jak na to pozwalała poczta polowa, ale utrzymywałem kontakt listowny z żoną.
Wtenczas, w kwietniu, gdy jeszcze wojna trwała nie mogłem wiedzieć, że za dwa tygodnie zapanuje pokój. Tak samo nic nie wiedziałem, że są prowadzone rozmowy między rządami polskim i radzieckim o planowanej repatriacji Polaków. Ta  umowa została podpisana dopiero w lipcu 1945 roku.
Nie miałem żadnego wyobrażenia, jak mogę się spotkać z rodziną pozostawioną hen daleko na kazachstańskich stepach.
Po wypisaniu ze szpitala zostałem zdemobilizowany.

***

W dniu 8 maja 1945 roku II Wojna Światowa  skończyła się.

Łańcut, 1966

Odcinek poprzedni – cz. XIV
Odcinek następny, suplement – kazachstańskie wspomnienia żony Marii