Potem przeznaczyli mnie do robót polowych jako pomocnika traktorzysty. Stałem na siewniku i patrzyłem czy zboże dobrze się sieje. Czasem trzeba było coś poprawić. Tutaj spotkałem ten nasz nie naprawiony siewnik. Stał na boku jako nie nadający się do pracy. Ciekawe, że nikt nie zainteresował się, czemu ten siewnik nie „rabotajet”.

Przy zasiewach pracowało się od rana do późnej nocy. Mój traktorzysta dobrze się spisywał, starał się jak najwięcej zasiać. Łany były długie, ponad pół kilometra.
Jednego dnia pracowaliśmy do godziny jedenastej wieczór. Nasypaliśmy pszenicy do skrzyni siewnika. Ujechaliśmy może ze sto metrów, gdy traktorzysta powiedział, że na dzisiaj wystarczy i możemy iść spoczywać. Rano, skoro świt poszliśmy do swoich maszyn. Na miejscu zobaczyliśmy, że w skrzyni brakuje dużej ilości zboża. Koło siewnika było widać ślady oślich kopyt. Widać jasno, że to była zmowa z traktorzystą.

Ruszyliśmy traktorem, ciągnąc za sobą w obie strony, tj. około półtora kilometra, prawie pusty siewnik. Drugim razem było podobnie. Dojechawszy może w połowę pola zauważyłem, że zboże w skrzyni siewnika kończy się. Traktorzysta kazał mi zamknąć siewnik, zachowując na dnie trochę ziarna. Na dowóz zboża furmanką trzeba byłoby czekać około dwóch godzin. Dojechaliśmy do końca obszaru i nawrócili z powrotem. Kiedy dojeżdżaliśmy do końca łanu, spostrzegliśmy komisję nadzorującą siew. Kierowca kazał mi otworzyć zawory aby widzieli, że się sieje.

Planowo prace siewne powinny się kończyć najdalej z początkiem marca, a kończyły się w kwietniu. Dopatrywałem się tu sabotażu. Traktory do pracy wychodziły po kapitalnym remoncie. Natomiast na postoju, gdzie zjeżdżało się na odpoczynek, stało dużo traktorów do naprawy. Dlaczego tak szybko się psuły? Urodzaj natomiast zależał od jak najszybszego zasiewu, ponieważ deszcze padały tutaj tylko w maju. Później, aż do października nie spadła ani kropla deszczu. Temperatura dochodziła do 50°C. Wtedy pracowało się do godziny dwunastej, a po południu od czwartej do ciemnej nocy.

Przenieśli nas do innego mieszkania i zamieszkaliśmy samodzielnie. Chałupa ta, zwana kibitką, była zbudowana z surowej cegły, a dach zrobiony był z surowej gliny. W porach deszczowych, a także gdy śnieg zalegający dach zaczynał się topić, woda przeciekała przezeń i w mieszkaniu robiły się kałuże. Podkładaliśmy słomę albo siano, ale niewiele to dawało. Wszystko gniło i robiło się gnojowisko.

Co niedzielę odbywały się targi. Można było na nich kupić coś do jedzenia, ale nie mieliśmy pieniędzy. Do  miasteczka Czemkient było około dwunastu kilometrów i trzeba było przechodzić w bród przez szeroką rzekę Kutur-han. Sprzedałem tam jednego razu spodnie za sto rubli i kupiłem dojną kozę. Mieliśmy trochę mleka dla dziecka. Liczyliśmy, że może będzie miała małe, to dochowamy się jeszcze stadka. Tymczasem koza wypasła się, obrosła tłuszczem i byłaby zdechła, więc trzeba było ją zarżnąć. Mieliśmy mięso, ale krótko, mleko byłoby dłużej.
Raz żona kupiła na jarmarku kurę, by znosiła jajka dla dziecka. Do tygodnia jednak zdechła. Kosztowała nas sto rubli. Była to nasza ogromna strata, ale zjedliśmy ją i bardzo nam smakowała.

Za sąsiadów mieliśmy Rosjan, rodzinę Babienków. Byli  to bardzo życzliwi ludzie. Stara babcia, babuszka, dawała czasami dla Adasia jajka, mleko, chleb, czasami nawet kawałek słoniny.  To byli Kozacy z Ukrainy. Przybyli do Kazachstanu z workiem na plecach. Byli biedni. Tu w Kazachstanie wzięli się do rolnictwa, a ziemi było pod dostatkiem, więc mieli na czym pracować. Dorobili się na sprzedaży zboża. Mieli ładne gospodarstwo, parę koni, sześć krów i dużo zboża. Ale z nadejściem komunizmu utracili cały dobytek, a gospodarza zabrali do więzienia za to, że był kułakiem i  krzywdził biednych, którym wcale nie chciało się pracować . Majątek rozgrabili biedniacy. Wzbogacili się na krótko, a pracowitych gospodarzy zniszczyli. Teraz Babienkowie ciężką pracą i oszczędnościami ponownie dorobili się jednego konia i jednej krowy, bo więcej nie wolno było trzymać.

Ziemia w Kazachstanie jest bardzo urodzajna i uprawia się ją bez nawożenia. Nawóz używany jest jedynie jako opał. Step jest to olbrzymia przestrzeń, porośnięta trawami, które gdy podeschną, łatwo ulegają zapaleniu i są przyczyną ogromnych pożarów. Ogień po suchej trawie posuwa się bardzo szybko i może spalić osiedle i kołchoz. Pożar po stepie przesuwa się ławą i to tak szybko, że trudno czasami konno uciec przed ogniem. Bardzo często letnimi nocami widać było łuny płonących stepów. Tak były intensywne, że nawet różowo podświetlały daleki góry Ałtaju.

Sytuacja żywnościowa pogarszała się coraz bardziej.
Wsio dla fronta!
Każdy ratował się, jak tylko mógł. Przysyłali makuchy (wytłoki z ziarna słonecznikowego po wytłoczeniu oleju) jako paszę dla hodowli świń. Kto miał tylko możliwość, to po trochę podkradał te makuchy. Po podgotowaniu można było się tym nieco pożywić, a osłabieni byliśmy do ostateczności.
Raz chcieliśmy przygotować opał. Wzięliśmy się do rozkładania gnoju bydlęcego, aby zrobić przynajmniej kilka tafli. Niestety, musieliśmy z tej pracy zrezygnować, ponieważ byliśmy bardzo osłabieni z głodu. Po wodę do potoku płynącego pod pagórkiem schodziliśmy tyłem, ponieważ przodem padaliśmy na nosy.

Wszystko, co mieliśmy z odzieży, już wymieniliśmy na żywność. Oddawało się za półdarmo. Taki na przykład zegarek szwajcarski wart 30 zł oddaliśmy za pud (16 kg mąki), a ubranie wełniane za 150 zł zamieniliśmy na 30 kg jęczmienia. Jednego razu poszedłem na wieś i wziąłem szlafrok żony myśląc, że zamienię na jakiś kawałek jedzenia. Jednak nic nie skorzystałem. Kazachowie wyśmiali mnie, a w końcu poszczuli psami. Przyszedłem do domu bez niczego.

Sąsiadki, Rosjanki, wybierały się na buraki zakopane w kopcach sąsiedniego kołchozu. Już podobno ktoś tam chodził i trochę przyniósł tych buraków. Mówiły, że poszłyby, ale żeby był choć jeden mężczyzna i żebym poszedł z nimi. Jest to wyskok niebezpieczny, ale troski o rodzinę zagłuszały rozterki.
Wieczorem wybraliśmy się w drogę, bo w dzień  trzeba było być w pracy. Kobiety znały mniej więcej kierunek. Szliśmy stepem około pięciu kilometrów, aż wreszcie natrafiliśmy na długi kopiec. Nie mieliśmy narzędzi do odkopania tych buraków. Zmarzniętą ziemię darliśmy palcami, aż do krwi. Przede wszystkim zjedliśmy po jednym buraku. Nie obieraliśmy ich, jedynie obtarli trochę z gliny. Potem nabraliśmy do worków, może po dziesięć kilo, bo na więcej nie starczało sił. Było jedzenia na parę dni.

Jedzenia zawsze nam brakowało. Moje zarobki nie wystarczały na całomiesięczne wyżywienie. Drożyzna była wielka. Za kilogram chleba płacić trzeba było sto rubli na czarnym rynku. Chleb przydziałowy kosztował tylko pięć, ale często go nie dowozili. Czasami zamiast chleba dawali ziarno, które trzeba było zanieść do młyna celem zmielenia.
Kiedyś udało się ukraść kurę z majątku. Trzeba było zachować wielką ostrożność. Po zabiciu trzeba było tak schować pióra, aby nikt nie zobaczył. Żona aby pozbyć się piór, owinęła je w szmatę i rzuciła do potoku płynącego obok. Niestety nie chciały odpływać. Mógł  je ktoś znaleźć i poznać po szmatce. Żona chciała je odepchnąć od brzegu i sama wpadła do wody prawie po szyję. Gotować też trzeba było ostrożnie, aby ktoś nie wyczuł zapachu. Dlatego za trzewiki żony kupiliśmy kurczaki, które ugotowaliśmy razem z tą kradzioną kurą.

Czasami zdarzało się, że w majątku zdechła krowa. Wtedy wyszukiwało się miejsce, gdzie ją zakopano. Po odgrzebaniu odcinało się trochę mięsa. Władze dowiedziały się o tym i zaczęli padlinę polewać naftą lub kreoliną. Kreolinę dało się obmyć, natomiast naftę nie bardzo.
Mieliśmy działkę i sadziliśmy tam trochę jarzyn. Gdy harbuzy dojrzały, to mieliśmy jedzenia na miesiąc. Jedliśmy rano, w południe i wieczorem tylko same harbuzy i byliśmy bardzo zadowoleni.

Jednego razu żona pracowała na działce i miała przy sobie Adasia. Siedział na trawniku. Nagle żona usłyszała jego krzyk. Gdy podbiegła, zobaczyła żmiję opasującą go w pasie. Żona porwała dziecko i podniosła do góry, a żmija zsunęła się i uciekła w trawę. Innym razem także pracując na tej przydzielonej działce gdy usłyszała krzyk Adasia, szybko do niego podbiegła i zobaczyła wielkiego pająka wpatrzonego w dziecko. Gdy go odpędzała, on zaczął się stawiać, lecz potem uciekł. Był to straszny pająk, zwany karakurt. Gdyby napluł na człowieka, to by mogło skończyć się śmiercią. Tubylcy  bardzo się go bali.

Na przyznanej nam działce uprawiałem kawony (harbuzy) i dużo cebuli. Harbuzy dojrzewały równocześnie i trudno je było przejeść w krótkim czasie, a nie można z nich zrobić zapasów na zimę. Wpadłem na pomysł suszenia ich. Trochę to był zwariowany pomysł, ale kroiłem te harbuzy w plastry i suszyłem na słońcu. Efekt był mierny, bo owoc ten zawiera około 90% wody i gdy ta odparowała niewiele miąższu pozostawało na skórce. Od biedy można to było ssać lub żuć, a w ustach pozostawał słodki smak i nieco tępił głód. Cybuchy z cebuli  splatałem w warkocz i suszyłem. To był świetny materiał na zupę cebulową.

Gotowanie i jedzenie zupy cebulowej było istnym ceremoniałem. Na wodę wrzucało się garść suszonych cybuchów i garsteczkę  tłuczonego w stępie jęczmienia. Niekiedy udało się zdobyć czarnego jęczmienia. Tłukło się go na pęcak żelaznym tłuczkiem w stępie zrobionej z rury, wysokiej na trzydzieści centymetrów. Była to mozolna praca. Czasami dla szybszego przygotowania posiłku zboże przypiekało się na blachach i takie chrupało.
Zdobycie nawet niewielkiej ilości ziarna wymagało przebiegłości. Nasi ludzie i ruscy kradli na różne sposoby. Ziarno to trzeba było dobrze  chować, bo mogli przyłapać i trudno by było wytłumaczyć jego pochodzenie. Schować w domu nie było gdzie, cztery gołe ściany. Za kradzież surowo karano. Jedna z pracujących w polu polskich kobiet nabrała trochę jęczmienia do czajnika, w którym przynosiła wodę do pracy. Odkryli to i zasądzili jej areszt. Mąż prosił sąd aby jego zamknęli w zamian za żonę, bo mają pięcioro dzieci i nie będzie miał kto się nimi zaopiekować. Podarowali jej ten kryminał, ale był to wyjątek.

Po żniwach na polu pozostawało dużo kłosów oderwanych od słomy. Zbierało się te kłosy ukradkiem, bo nie pozwalali. Celem wykonania planu zbiorów władze nakazywały zbieranie kłosów. Nasi zbierając te kłosy dla kołchozu, do worka dorzucali grudy ziemi, aby waga była wyższa, bo płacili za kilogramy.

Wykonywałem różne roboty, pracowałem nawet w kuźni jako pomocnik kowala, taki „dymaj Jasiu”. Po jakimś czasie kowala zabrali do wojska, a mnie kazali być kowalem. Nie bardzo chciałem, bo niewiele się na tym znałem. Powiedzieli mi, że patrzyłem jak kowal kuł, to powinienem umieć. Pierwsze dni kowalstwa były dla mnie makabryczne ale z konieczności i biedy prędko pojąłem kowalską robotę. Kułem koła do wozów, zrobiłem pług, naprawiałem narzędzia rolnicze tak, że przychodzili z innych wsi, aby mnie zabrać, ponieważ potrzebowali dobrego kowala. Byli tam dobrzy kowale, ale powołali ich na wojnę. Teraz nie szukali fachowca, byle tylko trochę rozumiał się na kowalstwie.