Około północy stanęliśmy w osiedlu im. Stalina. Miało to być miejsce naszego przeznaczenia. Żona z dzieckiem zaszła do domu, aby się ogrzać, bo zaczynała się zima. Gospodarze ugościli nas gotowanym burakiem, który i dziecko i my jedliśmy ze smakiem. Widać było, że burak w tej sowieckiej nędzy to rarytas.
Rano przewieźli nas do centrali sowchozu. Tu dali nam chleba i władze zajęły się nami. Ten nasz mały transport rozdzielili na poszczególne osiedla. Część została w centrali, część wysłali na pasiołki (przysiółki). Nas i jeszcze jedną rodzinę, Kubiczów, przewieźli do wsi Tue-Tas.

Kazachstan w zasadzie zaludniają Kazachowie, dawniej zwani Kirgizami. Kazachowie są muzułmanami. Jest to lud stepowy. Głównym ich zajęciem od wieków jest koczownicza hodowla koni i owiec. Dopiero rewolucja zmusiła ich do osiadłego trybu życia. Używają języka kazachskiego, którego z trudem uczyliśmy się. Jedynie Adaś dość biegle posługiwał się nim w rozmowach z dziećmi.
Nas osadzili w  czemkienckiej obłasti u podnóża gór Tien-Szan na południu Republiki Kazachskiej. Były to rozległe stepy, graniczące od zachodu z ogromną pustynią Kyzył-kum z klimatem i roślinnością stepowo-pustynną. Tereny te oprócz Kazachów – rdzennej ludności – zamieszkiwali też Tatarzy, Uzbecy, przenikający z sąsiednich krain.
Historia tych ziem sięga daleko wstecz do II wieku, gdy panowali tu Hunowie, następnie w XII wieku panowali Mongołowie, aż po kolonizowanie tych ziem przez carat pod koniec ubiegłego wieku i opanowanie przez Związek Radziecki w latach dwudziestych naszego stulecia. Ludność kazachska zamieszkiwała całymi rodzinami w jurtach, nieliczni tylko mieszkali w kołchozowych domach. Stanowili zamknięte środowisko i w miarę możności stronili od nas. Zauważało się cichą wrogość do Rosjan.

Podczas wyjazdów w step po siano dla bydła zauważyłem, że całe połacie stepu były poprzecinane krzyżującymi się kanałami, tu zwanymi arikami. To były kanały irygacyjne (nawadniające), ale teraz prawie zasypane i nieużyteczne. Nie wiem, kto je kiedy wykorzystywał.
W naszym pasiołku było kilka domów ruskich. Polskich rodzin było 5, w tym 2 rodziny przywiezione tu wcześniej. Zakwaterowali nas u ruskiej rodziny w jednej izbie. Gospodyni miała dwoje dzieci, a mąż jej był na wojnie.
Wzięliśmy w posiadanie wolny kąt. Położyliśmy się na razie na ziemi. O jakimś łóżku nie było mowy. Z czasem znalazłem kawałek drabiny, przeplotłem wikliną i powstało wcale dobre wyrko do spania i siedzenia.

Wojna się przeciągała i dostawy żywności się zmniejszały.
Wsio dla fronta! – to hasło miało nam już towarzyszyć do końca zesłania. Z początku można było nabyć kilogram chleba na osobę lub odpowiednią ilość mąki pszennej. Z czasem kryzys gospodarczy powiększał się tak, że zmniejszono tak zwany pajok tj. porcję chleba, na pracującego do 1kg, a na niepracującego pół kilograma. Doszło nawet do tego, że pracujący otrzymywał pół kilograma, zaś niepracujący 25 dkg. Bywało i tak, że przez jakiś czas nie dowożono chleba czy mąki. Wtedy pajok przepadał. Głodowało się.

Praca wyglądała tak, że rano na placu gromadzili się wszyscy zdolni do pracy. Następnie przychodził gospodarz lub dziesiętnik i wyznaczał każdemu jakieś zajęcie. Byli tacy, którzy otrzymywali kiepską pracę, np. koło inwentarza. Denerwowało mnie to czekanie na przydział roboty. Z początku przywoziłem ze stepu dwa razy dziennie siano, jeździłem po prowiant, chleb i mąkę na przydział. Czasami wywoziłem gnój ze stajni i składałem na kupę. Przez zimę zgromadzony gnój wiosną wywoziło się na specjalnie przygotowany plac i układało w kupki. Następnie kupki te rozplantowywało za pomocą brony na równą miazgę. Kolejnym krokiem było zebranie większej grupy ludzi do ubijania gnoju bosymi nogami. Ubity w ten sposób  gnój leżał tak długo, aż wysechł na twardą masę. Wysuszoną masę rąbało się specjalnym toporem  na kwadratowe tafle i składało  w stosy. Tak spreparowany gnój – zwany kiziak, z którym się już zetknąłem w czasie niewoli w 1917 roku – stanowił jedyny na stepie opał. Bardzo dobrze się palił; nawet przy tym ogniu pieczono chleb.
Z tych zapasów opału nie dane nam było korzystać, był on przeznaczony dla gospodarstwa i administracji. My musieliśmy zdobywać opał na własną rękę. Czasami na zimę władze pozwalały nam przywieźć sobie ze stepu słomy, która pozostawała tam po wymłóceniu zboża przez kombajny.

Pierwszej zimy nie doceniłem zagrożeń zimowych na stepie. Dostałem od uprawlajszczego sanie i parę wołów do przywiezienia ze stepu słomy na opał. Wyjechałem po południu i na stepie pobłądziłem. Zerwała się kurniawa (zadyma śnieżna). Pociemniało. Chciałem pośpieszyć, ale woły pokładły się i w żaden sposób nie chciały wstać. Naprzód okładałem je batem a następnie już drągiem. Nic nie pomagało. Wpadłem na pomysł. Wyrwałem z sań naręcze słomy i podłożyłem wołom pod boki a następnie podpaliłem. Woły się zerwały i popędziły niespotykanym u nich kłusem. Same odnalazły w zadymie drogę do kołchozu.
Wprowadzając je do saraju (stajni) stwierdziłem, że jeden z nich ma paskudnie spalony bok, drugi trochę mniej. Wpadłem w przerażenie – to był sabotaż na mieniu państwowym; za to groziło dobrych kilka lat łagrów. Jak mi się udało uniknąć odpowiedzialności – nie wiem. Jedna korzyść z tej przygody wynikła. Gdy tylko mogłem sobie wybrać woły do pracy, wybierałem tę parę, bo były one mi najposłuszniejsze. Chyba zapamiętały udzieloną im lekcję.

Latem do palenia zbierało się różne suche trawy. Drzewa na stepach nie było, bo nie rosły tu lasy, ani nawet krzewy.  Bardzo dobrze paliło się łajno bydlęce, które można było znaleźć na pastwiskach. Tym zajmowała się żona, bo ja byłem zajęty różnymi zleceniami. Bywało, że z pastwiska na noc spędzali bydło na plac między domami. Żona wstawała bardzo wcześnie rano zbierać łajno krowie na opał. Zbierała rękami do worka, czasami takie ciepłe jeszcze. Worek naturalnie przeciekał, bo łajna z trawy są rzadkie tak, że oblewały koszulę, plecy i ciekły po nogach. Taką samą mordownię przechodziła inna kobieta, z zawodu nauczycielka. Razem zbierały ten kiziak. Trzeba było wstawać  raniutko by nie spóźnić się, bo po gówna przychodziły także Kazaszki. Kto nie zaspał, nazbierał więcej. Odchody te żona przerabiała rękami na placki i rozkładała na dachu aby wyschły. Tego opału nie dało się zebrać dostatecznie dużo, by starczyło na całą zimę, dlatego żona chodziła po stepie i zbierała takie stepowe krzaki o długich i ostrych kolcach kaleczących ręce.

Żona była w ciąży i nadszedł czas porodu. Lekarza blisko nie było. Do szpitala odległego o 18 km niebezpiecznie było posyłać, ponieważ panował tyfus i dużo ludzi tam pomarło. Wezwaliśmy babkę, miejscową kobietę, która ze sprawami porodowymi była oswojona. Akuratnie pracowała w stajni, oporządzała konie. Przyszła prosto ze stajni z brudnymi rękami. Po zbadaniu powiedziała, że dziecko jest obrócone i trzeba jechać do szpitala pomimo tego tyfusu. Pobiegłem do gospodarza, aby dał mi konie, ale on mógł dać mi tylko woły do zaprzęgu. Poszedłem do stajni do stróża, aby dał mi te woły. Gdy byłem już gotów do jazdy, przyszedłem do mieszkania po żonę.

Kobiecie udało się jednak obrócić dziecko. Urodził się bardzo ładny chłopczyk. Te podróże i jazdy spowodowały, że tak ciężko się rodził. Od pierwszego momentu dziecko nie mogło niczego przełykać.  Miało jakieś kłopoty z przełykiem. Gdy płakał, to wyglądało tak jakby jęczał. Chodziłem po lekarkę, ale nie przyszła, nie miała czasu jechać 18 km. Dziecko po trzech dniach umarło.
Było tu cztery rodziny polskie, ale nikt nie przyszedł z pomocą. Tutejszy stolarz zrobił trumienkę z desek naszego kufra. Poprosiłem ruskiego chłopca, żeby pomógł mi zanieść trumienkę na wspólny cmentarz muzułmański. Dałem mu za to chusteczkę do nosa. Grób pomogła wykopać ruska kobieta. Ziemia tu okropnie twarda, więc rozkopaliśmy grób jakiegoś muzułmanina; ziemia była już poruszona. W ostatniej chwili życia dziecko ochrzciłem z wody nadając mu imię Kazimierz, bo zmarł w pierwszych dniach marca 1942 roku.

Zima była łagodna. W styczniu spadło trochę śniegu i był lekki mróz. Pomimo tego, jakaś kobieta ruska zamarzła w stepie. Lekko była ubrana, bo nie miała niczego więcej, a w drodze złapała ją zawierucha z mrozem i nieboga zamarzła na drodze.
Tu w Kazachstanie jest klimat śródkontynentalny, zimy są krótkie i raczej łagodne. Jeżeli jest mocna zima i dużo śniegu, to zwiastuje wielkie urodzaje, bo topniejący śnieg daje dużo wilgoci, która wsiąka w ziemię. Roboty polowe zaczynają się już w połowie lutego i są prowadzone w takim tempie, by do końca miesiąca zasiewy zakończyć. Chodzi o wykorzystanie wilgotności ziemi. Zanim ziemia obeschnie, ziarno musi zakiełkować. Ziarno, rzucone w suchą rolę, jest ziarnem straconym, bo nie może zakiełkować i z czasem zbutwieje.

W okresie wiosennych roztopów trzeba jak najwięcej przestrzeni zaorać i obsiać. Dziwiła mnie bardzo orka. Stepy orano ciężkimi, wieloskibowymi pługami, bardzo głęboko. Wyorywano glebę podobną do popiołu. Jakby podświadomie buntowałem się przed tym, bo pamiętałem jeszcze z czasów niewoli 1916 roku, że w tych terenach prawie nie trzeba było orać, wystarczało zasiać i w jakiś sposób zabronować, a zboże rosło. Ziemia była bardzo urodzajna.
Co się okazało po latach? Na skutek błędnych decyzji kierownictwa partii, o czym w tamtych czasach nie wolno było nawet pomyśleć, zniszczono ogromne urodzajne połacie Kazachstanu. Wyorano popiół wulkaniczny zorując cienką warstwę gleby. Stepy kazachstańskie są młode geologicznie, jeszcze popioły wulkaniczne nie pokryły się grubą warstwą humusu, bo niewiele tysięcy lat porasta je roślinność.

Prace przeciągały się aż do kwietnia. Pracowałem wtedy przy przygotowaniu narzędzi rolniczych. Wspólnie z drugim Polakiem, Kubiczem, zgodziliśmy się wyremontować siewniki, szerokie prawie na trzy metry. Mieliśmy dostać po sześćdziesiąt rubli za każdy, a było ich pięć sztuk. Były to maszyny bardzo sfatygowane, więc musieliśmy dobrze pośpieszać, bo wiosna nadchodziła. Kiedy wyremontowaliśmy trzy maszyny nadeszła komisja kontrolująca stan przygotowania narzędzi i maszyn do prac siewnych. Uznali tylko dwa, ponieważ były wyremontowane i w całości wysmarowane oliwą zmieszaną z naftą. Trzeciego siewnika nie uznali, bo chociaż był kompletnie wyremontowany, to jednak nie był wysmarowany oliwą. Powiedzieli nam, że za trzy dni przyjdą i wszystkie siewniki mają być gotowe.

Nie byliśmy w stanie w tak krótkim czasie naprawić półtorej maszyny. Przyszedł do nas ruski tubylec i poradził abyśmy wysmarowali resztę siewników oliwą, to nam uznają.
Tak zrobiliśmy – wysmarowaliśmy tę maszynę, która była gotowa oraz tę co była w robocie i tę piątą, nie remontowaną. Komisja przyjechała ponownie. Widząc wszystkie maszyny wysmarowane, że aż się świeciły, pochwalili nas, nazwali stachanowcami i zapłacili  za wszystkie maszyny. Tak u Sowietów robotnik ratował się przed bezsensownymi poleceniami. Tej piątej maszyny nie naprawialiśmy więcej, bo przyjechały traktory i zabrały wszystkie na pola. Wszystkie wyremontowane siewniki jechały za ciągnącymi je traktorami cichutko, a ten piąty skrzypiał, piszczał i dzwonił niedokręconymi częściami. Byliśmy niespokojni co z tego wyniknie, przecież zapłacili nam za remont.