Objechaliśmy jezioro Azowskie i stanęliśmy w granicach miasta Buchary. Rozłożyliśmy się w jakimś ogrodzie. Koczowało już tam dużo naszych ludzi. Krążyły słuchy, że stąd  będziemy odtransportowani za granicę. Było tu spokojnie i ciepło, a nocami słychać było wyjące  hieny. Rosły tutaj drzewa, rodzące owoce podobne do pomarańczy. Głodni przybysze żywili się tymi owocami. Jedni jedli środek, inni wierzch, a jeszcze inni cały owoc. My mełliśmy kukurydzę,  którą zabraliśmy jeszcze z domu. Mełło się w maszynce do mięsa. Do gotowania dodawało się coś w rodzaju rodzynek i tym żywiliśmy się.

Założono jakieś biuro podróży, w którym  zarejestrowali nas na wyjazd do Persji.
Tymczasem sprawa z nami przedstawiała się zgoła inaczej. Przygotowywano transport, ale na wysyłkę do pracy przy zbieraniu bawełny. Zamierzali nas przewieźć około 500 km wzdłuż rzeki Amu-Darii, gdzieś niedaleko od Morza Kaspijskiego. Były tam ogromne pola bawełny. Zdążyli już przerzucić tam część naszych ludzi. Powstał bunt z tego powodu. Poprzedni transport również się zbuntował i nie wchodził na statek, który miał ich przewieźć na północ.

Nie mieli co z nami zrobić, więc rozdzielili nas po kołchozach w Uzbekistanie. Po wyładowaniu z wagonów rozlokowaliśmy się na ulicy małego miasta. Sprzyjała nam bezdeszczowa pogoda. Mieliśmy dwa kufry, pomiędzy którymi ułożyliśmy legowisko. W ten sposób wszystko było zabezpieczone przed kradzieżą. Kradzieże były na porządku dziennym. Rabusiami byli niemal wyłącznie żydzi.

Jednej nocy coś okropnego nas wystraszyło. Zerwaliśmy się ze snu, a tu nad nami coś dzwoni i charczy. Okazało się, że był to wielbłąd. Wielbłądom  przedziurawia się nozdrza i przez ten otwór przewleka kolco, a przez nie przeciąga się sznur przywiązywany do poprzedniego wielbłąda. Taki ciąg kilku wielbłądów tworzy karawanę. Z przodu jedzie prowadzący karawanę. Ostatni wielbłąd ma przymocowany dzwonek, aby prowadzący wiedział, że karawana nie rozerwała się. Obok nas właśnie przechodziła karawana i jeden z wielbłądów zatrzymał się  nad nami.

Po kilku dniach koczowania na ulicy przenieśli nas do kołchozu o nazwie Ahin-Babaj. Przydzielili nam mieszkanie razem z pięcioosobową rodziną.
Domy tutaj budowano z cegły. Cegłę wyrabiano z gliny wymieszanej z krótko pociętą słomą (długą sieczką). Domy miały wewnętrzne podwórza typu atrium. Okna wszystkich mieszkań  skierowane były tylko na podwórze. Do wejścia służyła tylko jedna brama. Takie budownictwo chroniło przed słońcem i tym samym dawało więcej ochłody niż tradycyjne budownictwo rosyjskie. Koło bramy wisiała kołatka, którą sygnalizowało się chęć wejścia do środka. Jeżeli wchodzącym był mężczyzna, to kobiety-domownice ukrywały się w głębi domu  lub zakrywały twarz przed wzrokiem przybysza.
Okien w izbach nie było, tylko dwoje drzwi na przestrzał. Jeżeli ktoś umierał, otwierano oboje drzwi, ponieważ nie wiadomo, w którą stronę dusza będzie chciała ulecieć. Pieców nie budowano. Gotowano na wolnym powietrzu, aby ogień  był wolny, a nie więziony w kominie. Ogień musi być wolny, ponieważ ogień  daje życie.

Miejscowi Uzbecy odnosili się do nas życzliwie. Codziennie dostawaliśmy po jednym przaśnym placku na osobę. Kupiłem oliwy z nasion bawełny i na niej smażyliśmy lub dopiekali te placki. W mieszkaniu wymurowałem piec do grzania i gotowania. Tutejsi mieszkańcy w czasie lekkiej zimy ogrzewali się w oryginalny sposób. W wykopanej na środku izby – a czasami jurty, o ile to była koczownicza rodzina – jamce ustawiali garnek z żarem. Nad nim stawiali niski okrągły stół, siadali lub kładli się dookoła i nakrywali się kołdrą tak dużą, że wszyscy się pod nią mieścili. Tak spano, jedzono i przyjmowano gości.

Uzbek, z którym pracowałem, zaprosił mnie do siebie na śniadanie. Wsadził pod taką kołdrę, a gospodyni postawiła na stoliku miskę herbaty z mlekiem, placek i łyżkę masła. Placek podrobiła i wrzuciła do herbaty. Zaprosił do jedzenia. Wtedy spod kołdry wychyliło się troje dzieci. Wszyscy jedli łapczywie wyłapując rękami w misce co większe kawałki lepioszki. Dzieci spieszyły się bardzo. Ja także łapałem tych placków jak najwięcej, a śpieszyć  się trzeba było, bo taka okazja nieprędko się trafi. Przestrzegać higieny lub brzydzić się nikomu nawet na myśl nie przyszło. Dobrze było, nogi zagrzałem, a buty miałem dziurawe i w dziury właził śnieg, który właśnie przyprószył ziemię.

Na polu mieli ulepiony z gliny piec do pieczenia chleba, a raczej placków, zwanych lepioszkami. Miał on kształt czaszy. W środku rozpalano ogień celem nagrzania go. Z pszennej razowej mąki robiono okrągłe, o średnicy około 20 cm placki, które ręką ubraną w rękawicę w specjalny sposób przylepiano do ścianek wewnętrznych pieca. Na palenisku pozostawiano żar. Gdy placki zaczęły odpadać, oznaczało to, że są już upieczone.
Mleko przechowywali w zwyczajnym worku z bardzo gęstego płótna. Worek był zawieszany na jakimś występie i mleko sukcesywnie dolewano w miarę dojenia. Do czerpania służyła chochla.

Pewnego dnia wydano polecenie, byśmy przygotowali się do wyjazdu. Ostrzeżono nas, że jeżeli będziemy się sprzeciwiać wyjazdowi nad Morze Kaspijskie, to ześlą nas z powrotem na północ do tajgi. Mogła to być tylko próba zastraszenia, ale nie odważyliśmy się ryzykować oporu. W polityce sowieckiej Uzbekistan miał być tylko przejściowym miejscem naszego pobytu, a nie docelowym. Dla zesłańców przeznaczony był tylko Sybir i Kazachstan. Tradycję tę Rosja sowiecka przejęła od carów. Tak było zawsze.

Po kilkunastu dniach dali nam podwody i przewieźli na stację kolejową. Koczowaliśmy tu dwa dni czekając na wagony. Uparcie staraliśmy się o wyjazd do Persji. Ja chodziłem na zebrania dotyczące naszego wyjazdu z Uzbekistanu. Wracając do żony, która obok stacji pilnowała bagaży zobaczyłem furmankę i jakiś ruch koło niej. Początkowo myślałem, że znowu gdzieś nas przenoszą. Tymczasem była to zwykła kradzież. Czterech polskich żydów zobaczyło kufry i bagaże a przy nich samotną bezbronną kobietę. Podjechali wozem i chcieli zabrać te rzeczy. Dopadłem do tych rabusiów, a ludzie narobili gwałtu, więc natychmiast uciekli. Żydzi nasi w Rosji szukali lekkiego zarobku.

Polaków uzbierało się prawie na mały pociąg. Żywności ani pieniędzy nie dawali, toteż ludzie marli z głodu. Wszyscy już godzili się, by zawieźli nas w jakieś miejsce, gdzie można by coś zarobić i jakoś żyć.

Nareszcie nas zabrali. Tłukliśmy się koleją więcej niż trzy tygodnie. Jechaliśmy z powrotem przez Samarkandę. Jest to miasto cudownych świątyń i innych budowli muzułmańskich. Stąd odjechaliśmy w kierunku Taszkentu.

Z Samarkandą wiąże się dramatyczna historia. Przechodziłem z małym Adasiem na przełaj przez ogromny plac, na środku którego stał posąg Lenina, trzymającego w ręku dekrety dla ludu. Adaś zobaczył tę wyciągniętą rękę Lenina i zapytał:
– Czy ten pan też prosi chleba?
Skojarzenie dziecka wzięło się stąd, że żebractwo chleba spotykało się na każdym kroku. Zanim zdążyłem uczciwie dziecku wytłumaczyć znaczenie rzeźby przyczepił się do mnie szpicel NKWD, który dosłyszał pytanie i zrozumiał je. Koniecznie chciał mnie doprowadzić do władzy. Jakoś mu wytłumaczyłem, że dziecko widziało nędzę u nas w Polsce, zapamiętało i stąd to pytanie, co oczywiście było absolutnym nonsensem. Jakoś się wyłgałem, ale już się widziałem z powrotem na „białych niedźwiedziach”.

Jechała z nami pewna kobieta. Przed wojną była właścicielką większych posiadłości. Sowieci aresztowali jej męża i wywieźli w niewiadomym kierunku jako burżuja. Ją natomiast z czwórką dzieci wywieźli tak, jak nas. Dzieci w tej biedzie jej pomarły, troje na Syberii, a ostatnia dziewczynka w drodze do Taszkentu. Rozpaczy tej matki nie da się opisać.

W końcu zawieźli nas w góry Tien-szań, aż pod Himalaje. Zatrzymali pociąg na małej stacyjce Czemkient i kazali wysiadać.
Podstawiono podwody, aby nas porozwozić po wsiach. Początkowo nie wsiadaliśmy, bo chcieliśmy, aby nas wieźli do Persji. W końcu jednak zdecydowaliśmy się wsiąść. Przeznaczyli nam kwatery w magazynach bawełny. Spaliśmy na gołej ziemi. Wody było dosyć, ale nic do jedzenia.
Widzieliśmy jak jakaś matka popadła w czarną melancholię. Troje dzieci w wieku od roku do czterech czepiało się jej, a ona nie zdawała sobie nawet sprawy z ich obecności. Kobiety, w czym mogły, tym starały się jej pomóc i ulżyć doli dzieci. Jej mąż, mężczyzna w średnim wieku, załamał się kompletnie.

Dużo ludzi chorowało, ale nie było najmniejszych szans na pomoc lekarską. Jechała w naszym transporcie jedna lekarka, która przyjechała z Warszawy na Sybir do swojej wywiezionej tam matki. W głąb Rosji mogła wyjechać, ponieważ zamieszkiwała teren Polski zagarnięty przez Sowietów. Na powrót jej władze już nie zezwoliły. Mimo, że była lekarką, nie za wiele mogła ludziom pomóc. Miała ze sobą jedynie jakieś pastylki na przeczyszczenie.

Podstawiono furmanki zaprzężone w woły i konie celem przewiezienia nas do kołchozów. Ludzie zorientowali się, że już nic się nie da utargować i na wyścigi ładowali się na wozy, by jak najprędzej znaleźć jakieś warunki do życia. My zajęliśmy furmankę zaprzężoną w woły, drugą i trzecią zajęli znajomi z tajgi. Do nas dołączyli samotni z obozów. Było to czterech żydów i dwóch studentów.

Późno w nocy zajechaliśmy do jakiejś wsi czy kołchozu. Zaraz potem odszukaliśmy naczelnika tego gospodarstwa i zażądali, aby dał nam coś do zjedzenia dla 20 osób. Dostaliśmy trochę chleba. Podzieliliśmy się tak, by wypadło choć po kawałku na osobę. Do przenocowania dali nam izbę, którą w ciekawy sposób ogrzewano. Pod podłogą z gliny paliło się jak w piecu. Podłoga była ciepła i w ten sposób ogrzewano izbę.

Rano, skoro świt zerwano nas do dalszej jazdy. Jechaliśmy cały dzień pustym stepem. Nie widzieliśmy żadnych zabudowań, ani drzew, ani wody. Woły zmęczone pokładały się i nie chciały dalej iść. Wszyscy potrzebowali wody. Wieczorem dojechaliśmy do jakiejś wioski. Niektórzy rzucili się do wsi za jedzeniem. Nie każdemu udało się coś zdobyć. Jednej matce umierało dziecko z głodu. Prosiła o ratunek. Nie było czym ratować. Kawałek suchego chleba znalazłby się, ale nie dla niemowlęcia. Maleństwo zmarło na rękach matki siedzącej na wozie.