Niedługo pracowała, gdyż dziecko zasłabło. Poszli więc szybko do baraku. Tu żona dała dziecku termometr, który szybko naciągnął 39 stopni. Wtem wpadła kontrola baraków sprawdzić, czy ktoś nie ukrywa się przed pracą. Komisja składała się z miejscowego komendanta, nadleśniczego, NKWDzisty, sanitariuszki i jeszcze kogoś tam. Gdy weszli od razu zaczęli krzyczeć: czemu nie idziesz do roboty?
Żona machinalnie pokazała miejscowemu komendantowi termometr. Ten popatrzył nań i z miejsca obrugał sanitariuszkę czemu ona nie interweniuje. Komisja widząc, że nic tu nie zaradzi odeszła spokojnie.
Żona więcej do pracy już nie chodziła.

Aby mi zaoszczędzić sił, dość często przynosili mi z Adasiem obiad na porębę.
Osiedle od wyręby oddzielała niby to rzeka, ale faktycznie to był cieniutki strumyczek Za to po obu jego brzegach na kilkanaście metrów ciągnęło się trzęsawisko. Przejść można było tylko po moście kolejowym, wznoszącym się kilka metrów nad tym bagnem. Most zbudowano dla celów kolejowych. Na podporach ułożono trawersy, na nich poprzecznie rzadko poukładano podkłady, a do nich przymocowano szyny. Nie było żadnej kładki dla pieszych. Przechodziło się po tym moście skacząc z jednego podkładu na drugi. Gorzej było, gdy na moście stały wagony. Wtedy trzeba było przechodzić po szynie trzymając się wagonu i mocno wychylając do tyłu. Tak to moja żona wraz z dzieckiem przedostawali się na drugą stronę, w dodatku żona trzymała w ręku bańkę z zupą dla mnie.

W pewnym momencie, opowiadała później żona, poczuła, że pociąg ruszył i zobaczyła, że koła zbliżają się do stóp dziecka. Nie wiadomo, czy maszynista nie widział kobiety z dzieckiem, czy też naumyślnie ruszył, w każdym bądź razie groziło im straszne niebezpieczeństwo. W ostatniej chwili żona zepchnęła z mostu dziecko i sama skoczyła. Wpadli w trzęsawisko i wprawdzie nie potłukli się, mimo, że było wysoko, ale zaczęli się topić. Nikt ich nie widział i nie mógł udzielić pomocy. Żona intuicyjnie wpadła na pomysł, stosowany przez ludzi z bagien w chwilach takich opresji. Położyła się na brzuchu i powoli zaczęła się przetaczać na plecy, to samo kazała zrobić dziecku Na trzęsawisku nie wolno ani chwili pozostać bez ruchu, bo wciągnie. Jakoś się wykaraskali z tarapatów i wyszli na brzeg, gdzie pracowałem. Nie poznałem ich, tak byli upaplani w błocie.
Do wieczora pracowałem na głodno. Zdarzenie rozniosło się wśród ludzi, jako ostrzeżenie dla innych. Wszyscy tak przechodzili, gdy most był zastawiony, ale od tej pory upewniano się u maszynistów, czy przypadkiem nie ruszą. Żona już do końca pobytu na Sybirze nie przeszła przez most, gdy na nim stały wagony.

Władze dopatrzyły się wreszcie, że mieszkać w cztery rodziny w tak małym pokoju to trochę za ciasno. Przenieśli nas do oddzielnego baraku. Dostaliśmy pokój 4 m na 3 m, czyli 12m2, ale dla dwóch rodzin. Zamieszkaliśmy wraz z małżeństwem, które tak jak my, miało jedno dziecko. Barak ten nadawał się do zamieszkania, ale tylko w okresie letnim. Szpary w ścianach nieszczelnego budynku świeciły dookoła. Gdy powiał wiatr, to gasło światło. Zapewniali nas, że to tylko tymczasowo, bo budują nowe baraki.

Jak się okazało złapała nas sroga syberyjska zima 1940/41. Przyszły mrozy, a nowe baraki nie były jeszcze ukończone. W szparach osiadł szron i tyle dobrego sprawił, że nie przepuszczał wiatru do mieszkania. Trochę staraliśmy się te szpary zatykać mchem Jeżeli wylało się wodę, to na podłodze natychmiast tworzył się lód. Był piec, ale tak postawiony, że trzeba było dużo drewna spalić, aby go ogrzać. Drewna można było narąbać pod dostatkiem, ale nie starczało sił ani czasu, bo roboty nie wolno było opuścić. Mogliśmy do tego celu wykorzystać tylko niedzielę, ale zgromadzonego drewna nie starczało na cały tydzień. Trzeba było urąbać w lesie, przynieść na plecach i porąbać, a tu sił brakowało.
W zamian za chleb żona pożyczyła żelazny piecyk, który jeden z wywiezionych przywiózł ze sobą. Aby było trochę cieplej, trzeba było niedojadać. W tym piecyku żona paliła całą noc, aby utrzymać trochę ciepła. Ja, wracając wieczorem lub w nocy z pracy, musiałem około pół godziny siedzieć nad piecykiem, aby mi broda odmarzła.

Zrobiłem rusztowanie, na którym umieściłem prycze, wysoko, prawie pod powałą. Miało to tę zaletę, że pod sufitem było cieplej. Nogi pryczy wysmarowałem dziegciem, by pluskwy z podłogi po nich nie mogły wyłazić na łóżko, ale one były przebieglejsze ode mnie. Wyłaziły po ścianie na sufit i opadały prosto na twarz wystającą spod przykrycia. Trafiały bezbłędnie z dokładnością kilku centymetrów. Zdaje się, że pluskwy w takim wypadku kierują się ciepłem wydzielanym przez żywe organizmy.

Nasz synek zachorował na odrę. Spuchła mu głowa, a lekarstw nie było. Żona chroniła go jak tylko mogła. Podawała mu wódkę (spirytus) z miodem. Po kilka razy na noc żona musiała wygarniać spod niego pluskwy, które dosłownie pokrywały całe prześcieradło. Nie było na nie żadnego sposobu.
Drugą plagą, która nas prześladowała, były wszy.  Szczególnie cierpiało od nich schorowane dziecko. Adaś miał piękne pukle blond włosów, które żona chciała zachować jak najdłużej i nie strzygła go. Chciała, by z takimi włoskami powrócił do Polski (a w taki powrót cały czas się wierzyło). We włosach zalęgły się wszy. Nie pomagało kilkakrotne dziennie wyczesywanie. Mimo, że wszy w czasie wyczesywania sypały się jak mak na podstawiony papier, to nieskończona ich ilość pozostawała w strupach, które mu się na głowie potworzyły. Zdecydowaliśmy jednak te włosy ściąć (przez cały pobyt w Rosjii żona ten pukiel przechowywała, ale w czasie powrotu do kraju gdzieś zaginął).  Ostrzygliśmy go „na zero”, a następnie szczotką do ubrań  wyszczotkowali głowę. Wszy sypały się jak piasek. To mu pomogło i nie gojące się dotąd strupy zaczęły przysychać i goić się. Przez sześć lat pobytu w Rosji był strzyżony do gołej głowy.

Przy jakiejś pracy żona zakłuła mały palec u prawej ręki. Zaczęło ropieć, ale żona to zlekceważyła. Po paru dniach sprawa nabrała przykrego obrotu. Palec spuchł, poczerwieniał i zsiniał. Pod paznokciem utworzyła się ropa, był to zastrzał. W normalnych warunkach w takiej sytuacji potrzebna by była interwencja chirurga, ale gdzie tu szukać chirurga na Sybirze? Cierpiała przeokropnie. Ratowała się moczeniem w kalium hipermanganicum (nadmanganianie potasu), którego odrobinę otrzymaliśmy od lekarki. Cierpiała tak ze dwa miesiące, nie mogąc ruszyć ręką i nic zrobić przy dziecku ani przy sobie. Musiała jednak przemóc ból, bo kto jej mógł pomóc, gdy ja od świtu do nocy byłem w robocie. Oczywiście szereg robót, między innymi pranie robiłem w nocy. Zarywałem czas przeznaczony na wypoczynek, toteż w robocie słaniałem się i chodziłem jak nieprzytomny. Wreszcie czyrak pękł, ropa spłynęła, ale kość się psuła. Z pół roku się goiło, ale już na całe życie pozostał jej przykurcz tego palca.

Ledwie otrząsnęła się z cierpień  z palcem, dostała obustronnego zapalenia okostnej. Nigdy nie miała za mocnego uzębienia, ale w tych warunkach niedożywienia, braku higieny  w szybkim tempie zaczęły się jej psuć zęby. Dentysty nie było, nie miał kto tych zębów usunąć. Dostała ropy pod psującymi się zębami. I znowu nadeszły dni i noce cierpień  niewypowiedzianych. Musiała nieboga odcierpieć kilkanaście dni. Przez to utraciła wszystkie zęby, których korzenie bez znieczulenia usuwała po powrocie do Polski. A trudne to było rwanie, bo korzenie tych zębów były splątane, a niektóre przyrośnięte do kości szczęk.

Mimo, że żona jak tylko mogła, mimo swych cierpień, dbała o dziecko, niemniej w jakimś tam stopniu było on nieco zaniedbane. W tym czasie gwałtownie wzrosła śmiertelność dzieci. Nasz Adaś zaczął podupadać na zdrowiu. Wyżywienie było nieodpowiednie dla dorosłych, a co dopiero dla dzieci. Klimat był ciężki.
Codziennie po pracy szedłem dwa kilometry do Tatara, który miał krowy, po mleko dla dziecka. Tym mlekiem chyba je uratowaliśmy od niechybnej śmierci. W tych warunkach prawie wszystkie dzieci wymarły. Jedna matka miała dwoje ciężko chorych dzieci i wykąpała je. Umarły, bo przy takich chorobach nie wolno kąpać.

Nadeszły nasze pierwsze święta Bożego Narodzenia na Sybirze. Urządziliśmy wigilię wespół ze współmieszkańcami. Jak na owe warunki był bardzo suty obiad, przyrządzony przez gospodynie. Była zupka jęczmienna, taka zachowana z obiadu, a zamiast opłatka kiepsko upieczony chleb razowy. Siedząc przy stole, rozpłakaliśmy się. Gdy uspokoiliśmy się i zrozumieli, że to nic nie pomoże, zaczęliśmy składać sobie życzenia i śpiewać kolędy. Władze milicji i NKWD chodziły po korytarzu podsłuchując, czy nie czynimy czegoś, co im się nie podoba. Jednak w tym kierunku panowała powściągliwość. Podobne uroczystości odbyły się we wszystkich barakach.

W dzień  Bożego Narodzenia wyruszyliśmy zwyczajnie do pracy. Ludziom zdawało się, że pracując w takie święto pokaleczą się i ręce sobie poobcinają, ale nikomu nic się nie stało. Tak było i na Wielkanoc. Zresztą już do tego obłędu przyzwyczaili się wszyscy. Wyszło nawet z pamięci, kiedy te uroczystości wypadają.

Śmiertelność w naszym osiedlu była  znaczna. Oprócz małych dzieci umierali i starsi. Bez mała codziennie był pogrzeb. Z głodu zmarło dwoje starców, mąż i żona, bo nie mieli funduszy na wykupienie jedzenia w kuchni. Panujące warunki wymagały od ludzi sprawności chociaż do lżejszej pracy. Oni na to nie mieli już sił. Była z nimi córka, która pracowała, ale nie była w stanie zarobić na utrzymanie rodziców. Sama musiała się czymś żywić, gdyż ciężko pracowała. Pomarłych chowano w lasach na polanie. Po wykopaniu grobu na głębokość półtora metra, podchodziła woda. Trumny wrzucano już do tej wody.
Mimo ciężkiej pracy zarobki były niewielkie. Ja zarabiałem około sześćdziesięciu rubli, a na utrzymanie rodziny trzeba było wydać około stu. Zrazu uzupełnialiśmy pożywienie produktami zabranymi ze sobą lub pochodzących z wymiany rzeczy i odzieży na prowiant.

Przeniesiono nas do nowooddanych baraków. Były one możliwe do zamieszkania. Pokój był dość duży i zajęliśmy go z rodziną Żurków. Sąsiad miał dwie małoletnie córki. To był ciekawy człowiek. Do  trzydziestego roku życia był analfabetą. Oboje z żoną byli fanatycznie religijni. Po trzydziestce nauczył się czytać i pisać. Pisywał nawet jakieś powieści czy opowiadania. Zerwał z kościołem. Wielkanoc uważał za dzień  święta wiosny, zaś Boże Narodzenie za święto zimy. Córki nazwał jedną Wiosna, drugą zaś Marzanna.

Pewnego dnia, w porze obiadowej, przyszedłem z pracy do baraku, aby wziąć naczynie i iść do kuchni po obiad. W izbie zastałem milicję i NKWD przeprowadzających rewizję. Skóra na mnie ścierpła, że pewnie ktoś doniósł władzom, że jestem niezadowolony i coś wygadywałem. Bywało różnie i różnie politykowało się. Chciałem iść do kuchni, ale nie puścili. Oznajmili, że później pójdę. Mówię im, że braknie w kuchni jedzenia. Komendant powiedział, że dostanę jeszcze więcej, więc czekałem do końca.
Robili rewizję sąsiadowi. Po skończonym przeszukaniu zabrali sąsiada i dali mu do niesienia jakiś worek z książkami. Ja byłem już wolny, zjadłem obiad i poszedłem do pracy. Spóźnienie miałem usprawiedliwione.

Nasz współmieszkaniec był osadnikiem z Wołynia. Pisał do sąsiada, Ukraińca, listy o stosunkach panujących w Rosji, że to wszystko jest  w agonii, że długo nie wytrzyma i tym podobne rzeczy. Władze sowieckie znały z cenzury treść listów i na tej podstawie aresztowały sąsiada. Przy rewizji znaleźli kilka książek przeciw komunie. On zamiast prowiantu nabrał książek.
Za jakiś czas na komendę wezwali mnie w sprawie aresztowanego sąsiada. Bałem się, ponieważ często politykowaliśmy o naszej biedzie. Na osiedlu było podziemne radio, więc politykowaliśmy na niekorzyść Sowietów. Jeżeli go przycisnęli, to mógł zeznać nasze żale. Na komendzie pytali, czy znam tego człowieka. Powiedziałem, że tutaj go poznałem, bo mieszkam z nim. Następnie zapytali, czy to dobry człowiek. Odpowiedziałem, że jest dobry, czasami pomaga w pracy, jeżeli ktoś nie może dać rady. Dalej mówili, że mieszkamy razem i czy zgadzamy się nawzajem. Powiedziałem, że się sprzeczamy, po prostu nie tolerujemy  się, bo on jest niewierzący, a ja wierzę, a to jest dla nas ważne w życiu. Ci niewierzący są braćmi złego. Pytali czy bardzo narzeka na warunki i na brak pieniędzy. Potem pytali mnie, czy mój zarobek wystarcza mi na utrzymanie. Oświadczyłem, że wystarcza. Tak się jakoś wykręciłem i więcej mnie nie ciągali.

Korespondencja była dozwolona. Jednak, o czym nie wiedzieliśmy początkowo, każdy list był cenzurowany. Żona korespondowała z rodziną we Lwowie. Listy szły bardzo długo, ale dochodziły. Nawet na święta Bożego Narodzenia otrzymaliśmy od nich paczkę żywnościową. Oni też mieli ciężko pod okupacją sowiecką, ale jakoś zorganizowali tę paczkę. Było tam pęto kiełbasy suszonej, jakieś konserwy, parę łaszków dziecięcych i paczka czekolady, która sprawiła Adasiowi ogromną radość. Nie tyle sama czekolada, co opakowanie, było bardzo kolorowe. Powycinał nożyczkami obrazki, którymi bawił się bardzo długo, bo żadnych zabawek nie miał. Myśmy pisali listy bardzo zawoalowane w treści, bo obawialiśmy się mimo wszystko cenzury. Korespondencja urwała się w czerwcu 1941 roku na długich 5 lat, gdy Lwów został zajęty przez Niemców.

W odległości około 18 km było drewniane miasteczko. Domy w nim były drewniane, chodniki z desek, ulice zaś były brukowane drewnianymi klockami. Chodziliśmy tam za zezwoleniem komendy osiedla na jarmarki. Mogliśmy tam wybierać się tylko w niedzielę. Wychodziło się z domu w sobotę wieczorem, żeby tam dotrzeć nad ranem. Wracało się do domu w niedzielę przed wieczorem. Można  tam było kupić coś do jedzenia. Kołchoźnicy dowozili nabiał, mięso, miód i jakieś warzywa. Aby mieć pieniądze sprzedawaliśmy coś z ubrań, bo im brakowało tego.

W jedną niedzielę nad ranem rozległo się pukanie do mego mieszkania. Byłem pewny, że to budzi dziesiętnik, aby ładować wagony. Tak bywało dość często. Odemknąłem drzwi, aby nawymyślać natrętowi, żeby nie robił takiego alarmu, bo obudzi domowników. Tymczasem jak burza wpadł do środka sąsiad z wiadomością, że Niemcy rozpoczęli wojnę z Rosją. Niemieckie samoloty bombardują większe miasta rosyjskie. To była wiadomość z naszego konspiracyjnego radia. Na razie cicho rozmawialiśmy z ludźmi zaufanymi, aby nie podsłuchała tego milicja lub NKWD. Jednak, kiedy powrócili ludzie z jarmarku, opowiadali, że my tu nic nie wiemy, a w mieście rozprawiają o tym jawnie, że Niemcy uderzyły na Rosję. Władze przyjęły do wiadomości wybuch wojny, a przy tym dziwiły się, że te Polaki to chyba mają radio pod czapkami na głowie. Zapewne szpicle donieśli komendantowi o tym, co się mówiło z rana, ale nie byli w stanie ustalić skąd pochodzą wiadomości. Wstąpiła w nas nadzieja, że Niemcy pobiją Sowietów i będziemy mogli wrócić na swoje ziemie. Nie wiedzieliśmy, że Niemcy również mordowali ludność polską.

Obowiązki nasze podwoiły się. Cały nasz dotychczasowy trud szedł na wywiązanie się Związku Radzieckiego z umowy handlowej z Niemcami. Myśmy pozyskiwali drewno, wysyłane masowo Niemcom partnerowi politycznemu i handlowemu – Związkowi Radzieckiemu.
Teraz zmieniło się przeznaczenie naszej pracy. Pozyskiwaliśmy drewno do budowy okopów oraz zapór przed niemieckimi czołgami. Wiedzieliśmy, że całe nasze drewno idzie pod Moskwę. Skończyła się taryfa ulgowa (o ile ona kiedykolwiek była ulgowa). Zmuszano nas do najwyższego wysiłku. Wymyślili hasło:
–  Wsio dla fronta.
Odtąd przez sześć lat z tym hasłem kładliśmy się spać i z tym hasłem budzili rano do pracy. Gdziekolwiek byśmy nie byli, ono królowało, oczywiście obok haseł o Wielkim Stalinie i Partii.
Hasło to usprawiedliwiało całą naszą nędzę, ale nie tylko naszą, bo narodów radzieckich też. Pod tym względem panowała absolutna równość wszystkich narodów zamieszkujących Związek Rad.

Odcinek poprzedni – cz. XIII
Odcinek następny – cz. XV