Jednej niedzieli ktoś urządził sobie rodzinno-sąsiedzkie spotkanie. Zgromadziło się kilku sąsiadów z jednej wsi i popijali kwas. Kwas był to dawny rosyjski napój zastępujący wódkę, a raczej piwo. Kiedy troszkę popili, a w głowie trochę zaszumiało zaczęli rozmawiać o wspólnej niedoli. Jeden wyraził się jasno, że za trzy miesiące będziemy w Polsce. Nie obeszło się bez echa. Usłużny sąsiad ze jego wsi zameldował o tym władzom sowieckim. W ciągu trzech dni optymista został aresztowany i osądzony.
Podobny przypadek zdarzył się młodemu kawalerowi, który zapoznał się z dziewczyną sowiecką Pisali do siebie listy. Możliwe, że zwierzył się jej ze swoich myśli, gdyż w nocy przyjechało NKWD i zabrali go do więzienia. Podobne usługi na rzecz NKWD były i na innych osiedlach.
Brat tego młodzieńca chorował na gruźlicę. Leczyli go w szpitalu. Był przepojony propagandą sowiecką, że robotnikowi wszystko się należy. Żądał wysłania go na leczenie  na Krym. Zmarł upierając się bezwzględnie o wyjazd. Zrobili mu zastrzyk na  uspokojenie.

Do naszego osiedla pościągały z kołchozów psy, pięć sztuk Przyzwyczaiły się i nie napadały na nas. Znały wszystkich tak, jakby wczuły się w nasze położenie. Czasami, gdy wracaliśmy późno z pracy biegły szczekając. Gdy przekonały się, że to my,  z lagru, odprowadzały nas do baraków merdając ogonami. Gdy natomiast przyjeżdżali funkcjonariusze NKWD, to jak na alarm zbiegały się wszystkie ujadając i napastując ich aż do odjazdu. Ci zazwyczaj pojawiali się nocą aby aresztować winnych. Po takim zgiełku psów w nocy wiedzieliśmy, że po kogoś przyjechali. Rano natomiast dowiadywaliśmy się kogo zabrali.

Gdy nadszedł czas, konfidenci wraz ze wszystkimi poszli do armii Andersa, gdzie były również ich ofiary. Z wojskiem wyjechali do Persji. Po paru latach dowiedziałem się, że nad konfidentami dochodziło do samosądów, po prostu strzelano do nich. Władze wojskowe nie mogły nad tym zapanować .
Gdy urządziliśmy się jakoś, przydzielili nam roboty. Mnie przeznaczyli do grupy ładowaczy (pogruszczykow) wagonów.

Praca była ciężka, dlatego wybierali tęższych mężczyzn. Mimo że wyglądałem na mocniejszego, nie miałem takiej siły do noszenia kloców, ponieważ półtora roku chorowałem na wrzoda dwunastnicy. Miałem jeszcze w Polsce silne krwotoki i byłem na ścisłej diecie. Krwawienia powtarzały się i tu na Sybirze, nawet lekarz przeznaczył mnie do szpitala. Zaproponowali mi lżejszą robotę pod warunkiem, że zadeklaruję się na konfidenta. Jak oświadczyła mi sanitariuszka, komendant obozu nie zgodził się na skierowanie mnie do szpitala bez spełnienia jego warunków. Widząc, że chcą ze mnie zrobić szpicla, więcej nie upominałem się o szpital.

Dostałem siekierę i poduszeczkę na ramiona do podkładania pod niesioną kłodę Siekiera była ciekawa, dzwoniła przy każdym uderzeniu. Drewno znosiliśmy z lasu do toru kolejowego, a później znowu braliśmy na ramiona i wnosili do wagonu stojącego nieraz wysoko nad poziomem składowiska po pomostach z desek, zwanych trapami. Trapy były bardzo strome. Jeden koniec był oparty o ziemię, a drugi wysoko o wagon. Kloce, które nosiliśmy do wagonów miały 2,5 m długości i od 10 do 80 cm średnicy. Cieńsze nosiliśmy pojedynczo, grubsze powyżej 30 cm we dwóch. Grubsze kloce podawało na ramiona pogruszczykow czterech ludzi, ale nieść mogło tylko dwóch, bo na ewentualną pomoc nie było miejsca na wąskim trapie.
Jednego razu żona niosła mi jedzenie, gdyż z pracy nie schodziliśmy na posiłki. Gdy zobaczyła, że nas dwóch niesie 80 cm grubości kloc, upuściła garnek z zupą, która wylała się. Bała się, że to nas załamie, a takich kloców przy naszej robocie była większość. Drugiej porcji zupy już w kuchni nie wydali. Koledzy z brygady podzielili się ze mną swoimi porcjami, to się nieco posiliłem.

Do pracy wychodziliśmy o godzinie ósmej rano. Zaufany władzom nasz człowiek walił siekierą w kawałek szyny, niby w dzwon, osiem razy i w tej chwili trzeba było wychodzić i powiesić w przeznaczonym miejscu blaszkę ze swoim numerem. Pięć minut po dzwonku kontrola badała, czy wszystkie numerki są wywieszone. Numer nie nakryty blaszką podpadał kontroli. Jeżeli się okazało, że nieobecny nie jest chory i nie ma zwolnienie lekarskiego, zapisywany był na proguł (do protokołu), że spóźnił się lub opuścił pracę nieusprawiedliwiony. Za proguł była kara. Za pierwsze spóźnienie udzielano upomnienia, jeżeli jeszcze raz się to powtórzyło, to ściągali 25% z zarobków, a za kolejny raz to  potrącali już 50% zarobków. Potrącali za dwa lub nawet trzy miesiące naprzód, a czasami wysyłali na przymusowe roboty.

Rygor w pracy był ostry i przestrzegany. Do pracy trzeba było wychodzić na czas, aby przed zamknięciem tablicy zawiesić na niej numerek. W pracy nie wolno było siedzieć lub spoczywać. Był wyznaczony czas na spalenie papierosa, tak zwana zakurka. Gdy nie było mastiora, to robota szła różnie. Ci co chcieli więcej zarobić, to pracowali bez odpoczynku. Młodzież, studenci i inni niezwyczajni takiej pracy markowali.
Ustaliliśmy piosenki – hasła na wypadek kontroli. Pracę nadzorował starszy nadleśniczy, który niechętnie robił komukolwiek krzywdę (niekiedy pomagał mi ładować drewno na wagon, ale tylko w nocy, żeby nikt nie widział). Gdy nadchodził, a ktoś go zauważył, to śpiewał „Stary niedźwiedź w budzie śpi”. Pieśń  ta roznosiła się na całe składowisko i robota ruszała. Jeżeli nadchodził dziesiętnik, to śpiewaliśmy „Śmiej się pajacu”.

O godzinie dwunastej dzwonili na przerwę obiadową. Wszyscy rzucali robotę i biegli do baraków. Trzeba było brać naczynie, spieszyć z wykupieniem bloczka, a następnie stać w kolejce po zupę i jakąś kaszę jęczmienną (jęczmień mało omielony) lub coś innego omaszczonego łyżką jakiegoś oleju. Skromnie dawali tego jedzenia, jedną, dwie porcje. Czasami można było dostać więcej, ale to zależało od tego, czy do kuchni dostarczyli więcej produktów, a i zależało też od tego, ile pieniędzy się miało.
Obiad brało się dla całej rodziny. Jeżeli w rodzinie było więcej osób, to trzeba było dolewać wody, aby cała rodzina zjadła tak zwany obiad.
Czasem, gdy nie wystarczało, to dojadało się chlebem. Chleb można było kupić. Na pracującego przypadał 1kg a niepracującego ½ kg, czasem tylko  25 dkg (chlebem był gliniasty, można nim było dziury w ścianach zalepiać).

Z obiadem trzeba było się śpieszyć , bo o godzinie pierwszej trzeba było już być na stanowisku pracy. Praca trwała do godziny piątej. Osiem godzin musiało być uczciwie przepracowane. My, ładowacze, nie mieliśmy tak ograniczonego czasu pracy, ale tych osiem godzin musiało być przepracowane. Wagony przychodziły o różnej porze, nawet w nocy. Wtedy nas budzili i szliśmy je ładować.
Jednej nocy, zanim nas pobudzili, a my wybraliśmy się minęła godzina. O trzeciej przystąpiliśmy do ładowania. Pracowaliśmy do ósmej, czyli pięć godzin Za tą pracę odjęli nam od dniówki dwie godziny, więc do pracy przystąpić mieliśmy o dziesiątej. Nadgodzin nam nie zaliczali, bo na załadowanie wagonu było przeznaczone tylko dwie godziny. To było niewykonalne, gdyż w żaden sposób nie można było w tak krótkim czasie załadować wagonu, nawet drzewem już zgromadzonym w pobliżu nasypu, a co dopiero, gdy trzeba je było wynosić z odległego zrębu. Czasami pracowaliśmy nawet półtorej doby, by wykonać tę normę.

Przy ładowaniu wagonów w nocy paliliśmy duże ogniska. Często ładowanie zajmowało nam całą noc. Nigdy nie zdążaliśmy załadować wagonu w ciągu dwóch godzin, bo droga donoszenia drewna zwiększała się w miarę oddalania się wyrębu. W porze zimowej transport utrudniały nam mrozy i głębokie śniegi, w których brnęliśmy po pas. Kloce były poprzymarzane, a do tego przysypane śniegiem.
Według przepisów, przy mrozie poniżej -35°C nie powinniśmy byli wychodzić do pracy. Ponieważ nie mieliśmy na osiedlu termometru, pracowaliśmy nawet przy – 50°C. Że temperatura opadła tak nisko dowiadywaliśmy się od kolejarzy, którzy przyjeżdżali z wagonami. Czasami mówili, że jest -40°C, czasami – 30°C. Radzili nam, aby nie dawać się oszukiwać, ale co mogliśmy na to poradzić? Nocne załadunki wykańczały nas. W dnie, gdy nie dostarczono wagonów znosiliśmy kloce z odległego wyrębu w pobliże torów.

Po robocie przychodziliśmy do baraku ośnieżeni i obmarznięci. Ubranie kładło się na piec w celu podsuszenia, bo o kompletnym wysuszeniu nie było nawet mowy. Trzeba by było suszyć ze dwa dni.
Gdy wagony podstawiono w nocy, szybko wstawaliśmy, ubierali mocno wilgotne, a nawet mokre ubrania robocze. Natychmiast po wyjściu z baraków ubranie jeszcze ciepłe i nie wyschnięte ścinał mróz. Chodziliśmy jak średniowieczni rycerze w pancerzu. Zmarznięte ubrania przylegały do ciała i aż piekły.
Zapuściłem zarost, który trochę chronił twarz przed mrozem; niektórzy odmrozili policzki. Moja broda często przymarzała do drewna niesionego do wagonu i w czasie zrzucania wyrywała się z ciała. To mocno bolało, ale nie było możliwości, aby temu zapobiec. Wiosną władze kazały mi się ogolić, gdyż nie chcieli pokazywać, że tacy starzy są zmuszani do tak ciężkiej pracy. Jeden taki, także  brodaty, powiedział, że ogoli się dopiero w Polsce, to go natychmiast aresztowali.

Noce zimowe poza kołem podbiegunowym są długie. Śnieg zaczyna padać we wrześniu i utrzymuje się do końca kwietnia, a nawet do połowy maja. W zimowe noce przyświecała zorza polarna. To są cudowne i niepowtarzalne widoki, ale nas, przeciążonych pracą ponad siły i ogromną nędzą, nie zachwycały. W krótkie zimowe dnie na północy słońce wschodzi o dziewiątej, a zachodzi o drugiej po południu. Latem natomiast, w czerwcu i lipcu, są tam białe noce. Można całą noc czytać i pisać bez używania sztucznego oświetlenia.
Białe noce dodatnio wpływają na rozwijanie się i dojrzewanie roślin. Każda roślina potrzebuje pewnej ilości światła, aby dojrzeć. Z końcem maja i początkiem czerwca na przydzielonych nam działkach sadziliśmy ziemniaki. Wykopki robiliśmy już we wrześniu. Małe były, bo małe, ale w syberyjskiej tajdze, prawie przy kole podbiegunowym  wyhodowane.

Zimą pracę przy załadunku utrudniały mrozy, a w porze letniej owady. Na początku lata masowo pojawiały się komary. Wylęgały się one na okolicznych bagnach. Myśmy swą pracą przyczyniali się do powstawania bagien. Kiedy las jeszcze rósł, to ziemia była prawie sucha, zbierać można było grzyby i jagody. Na wyrębie zaś, do roku czasu, tworzyły się bagna nie do przebycia. One były właśnie siedliskiem komarów. Komary atakowały każdy odsłonięty skrawek ciała, a nawet kłuły przez cienki materiał. Każdy chodził z gałęzią w ręce,  wymachując nią na wszystkie strony oganiał się od nich. Przy robocie trudno było operować gałęzią, toteż powracaliśmy ze spuchniętymi twarzami i karkami. Tak było codziennie. W barakach przed nocą trzeba było wytłuc wszystkie owady, bo nie dałyby spać. Późnym latem natomiast pojawiały się maleńkie muszki. One nie kąsały, lecz pchały się do nosa, oczu i ust. Czasami gorsze były od komarów.
Kiedyś zdarzył się dramatyczny przypadek. Jedna ze starszych kobiet zagubiła się w tajdze szukając grzybów czy też jagód. Mimo dzwonienia w szynę, bo tak sygnalizowano zagubionym kierunek, nie wróciła do osady. Po paru godzinach odnaleziono ją, nie tak znów daleko od osady. Już nie żyła. Komary zdążyły już w tym czasie wyssać jej oczy.

Z brygad pogruszczykow ludzie zaczęli wykruszać się. Wszyscy przeważnie skarżyli się, że wyczerpały się ich siły, wielu załamało się. Mówili, że nie wytrzymają i przyjdzie im zginąć. To jeszcze bardziej pogarszało ich samopoczucie. Psychicznie byli załamani. Ja po nie wyleczonym wrzodzie dwunastnicy byłem osłabiony i często powtarzały mi się krwotoki. Kloce nosiłem z kompresem lodowym na brzuchu. Tutaj jeszcze w lipcu można było zdobyć lód w studni. Podupadłem na nogi. Po odpoczynku z trudem wstawałem, ale jak się rozchodziłem, to znowu mogłem nosić te kloce. Pomimo tego nie rezygnowałem, nie biadoliłem i nie starałem się myśleć o przemęczeniu. Starałem się nie czuć tego i chodziłem jak automat. Wmawiałem w siebie, że muszę przetrzymać i wrócić. Silna psychika była moim ratunkiem.

Wszyscy dorośli musieli pracować. Komendant milicji wezwał żonę i zapytał, dlaczego nie pracuje. Odpowiedziała, że musi opiekować  się dzieckiem, a po drugie nie jest zdolna do takiej pracy i nie po to studiowała matematykę na uniwersytecie. Komendant zdradził jej, że to nasi ludzie przychodzą na skargę, dlaczego ona jedna nie chodzi do pracy. Żona usprawiedliwiała się, że dziecko jest chorowite, więc musi stale czuwać przy nim. NKWDzista zrozumiał sytuację, a mimo wszystko ustalił, że jednak coś musi robić, bo to może się niedobrze skończyć gdy nasi ludzie z donosem dotrą do władz  zwierzchnich.
W nakazanym dniu żona zgłosiła się do pracy. Stawiła się z dzieckiem, które nie miała z kim zostawić,  na składowisko, gdzie obrabiano drewno na papierówkę. Dziecko miało się bawić obok matki. Leśniczy składowy dał żonie ośnik tj. nóż do strugania drewna. Kiedy zaczęła tym ośnikiem strugać, leśniczy odebrał go jej. Żona zmieszana tym zapytała dlaczego, czy źle robi. Powiedział: nie nada, nie tak trzeba robić, tak  się można przeciąć wpół ciała. Poczciwy leśniczy kazał jej zbierać obrzynki na opał do lokomotywy.