Barak, który  nam przydzielono, był dość duży. Jedynymi meblami były prycze, duży piec kuchenny i jeden stół. Prycze te były ustawione po dwie sztuki w pięciu rzędach, z wąskimi przejściami między nimi. Taka dwuprycz była przeznaczona dla jednej rodziny. Leżeliśmy na gołych deskach. W baraku naszym pomieszczono dwadzieścia rodzin. Liczyły one od trzech do siedmiu osób w różnym wieku. Kiedy wszyscy rozlokowali się na swoich pryczach, zaczęli rozważać, co nas czeka  Kobiety ogromnie rozpaczały. Słychać było i krzyki dzieci, które płakały, bo matki płakały. Były one głodne i spragnione. Rozlegał się powszechny lament.
Przyszli miejscowi ludzie, którzy przybyli tu pierwej i uratowali się od śmierci. Przychodzili również przedstawiciele władz sowieckich, milicjanci NKWD. Kobiety wołały po co nas tu przywieźli, niech wezmą karabin maszynowy i wystrzelają nas. Na te wołania pocieszali nas, że nie trzeba strzelać, sami pozdychamy.

Zaczęło się przygotowywanie czegoś do jedzenia. Dzieci domagały się pokarmu. Niektórzy wyciągali zapasy domowe, których nie zjedli w czasie jazdy, inni kładli się spać bez kolacji, a reszta stawiała garnki z wodą na kuchni. Piec kuchenny był dość duży, jednak nie mieścił wszystkich naczyń. Co gotowano? Na wrzącą wodę zasypywali przywiezione produkty, głównie mąkę, z której powstawała poleweczka. Nie wszyscy mieli mąkę, ci zasypywali na wrzątek ziarno pszenicy lub żyta i tak podgotowanym zbożem posilali się. Po posiłku ułożyliśmy się na spoczynek. W baraku było zimno, więc do snu ubieraliśmy wszystko co kto miał z ubrania. Nasze dziecko, dwu i pół letni Adaś, całą noc przesiedział ciepło ubrany i nie zasnął, bo już był chory. Syberyjska zimowa noc ciągnie się długo. Jedni spali, drudzy modlili się, jeszcze inni wymyślali. Słychać było pochlipywania płaczących matek, popłakiwanie niemowląt, przeklinanie mężczyzn.

Rano zjawił się lekarz. Pytał, czy ktoś potrzebuje jego pomocy. Poprosiliśmy go do naszego synka. Po zbadaniu powiedział, że dziecko weźmie do szpitala. Żona oznajmiła lekarzowi, że samego dziecka nie odda. Nie wiadomo, gdzie tu w tych tajgach go umieszczą. Lekarz oświadczył, że matka może być przy dziecku w szpitalu. To nas uspokoiło. Lekarz, za to że ich przyjął do szpitala, dostał od nas dywan. Dali sanie zaprzężone w jednego konia i powieźli ich do odległego o około pięć kilometrów szpitala.

Do naszej stałej dyspozycji była dwójka zaprzężonych sań. Jednego razu przy saniach pełnił dyżur starszy brodaty mężczyzna i młoda dziewczyna lat około dwudziestu. Rozmawiając z nimi dowiedziałem się, że on jest batiuszką, to jest popem. Opowiedział, że przywieźli tu wielu uczonych i popów. Tu wtedy nic nie było. Oni budowali te baraki. Z czasem stworzyli kołchoz. Wielu z nich nie wytrzymało. Ta dziewczynka przy drugich saniach to jego doczka, córka.

Władze sowieckie wykazały się troską o nas i wybudowały obok baraku większą kuchnię, aby mogła pomieścić jednocześnie wszystkie gospodynie. Na blat do kuchni użyli szyn kolejowych pociętych na jednometrowe kawałki. Ułożone szczelnie obok siebie tworzyły blat kuchenny. Był dość wygodny, ale długo trzeba było palić, żeby się rozgrzał. Poza tym wybudowali nam spiżarnię na przechowywanie produktów żywnościowych przywiezionych przez nas. Dyżur i klucze do komory władze powierzyły jednemu z naszych. Jego obowiązkiem było być obecnym przy pobieraniu produktów i pilnowaniu, by każdy brał tylko swoje. Przydzielili nam sanie, byśmy przywiezione ze sobą zboże mogli zawieźć do młyna. Otworzyli stołówkę i mały sklepik, gdzie można było kupić chleb, obuwie i inne drobne przedmioty użytku domowego.

W nocy, w czasie snu, gryzły nas pluskwy, których było zatrzęsienie. W miejscach, gdzie odpadła ze ściany sucha glina, spełniająca rolę tynku,  było aż czarno od pluskiew. W baraku utrzymywała się okropna wilgoć z topniejącego śniegu naniesionego do izby na butach. Mieszkało tu dużo dzieci, które nie mogły usiedzieć na miejscu. Ciągle wychodziły na pole, a wracając nanosiły śnieg, który topiąc się powodował nadmierną wilgotność. Woda pływała po podłodze. Panowała tak okropna wilgoć, że odzież i pościel były stale wilgotne. Najbardziej z tego powodu cierpiały małe dzieci. Z przeziębienia dostawały zaflegmienia. Flegma, której nie mogły odkaszleć, zamykała im drogi oddechowe i biedactwa dusiły się.

Jednego dnia któraś z matek zaczęła wołać ratunku. Podszedłem zobaczyć, co się stało. Dziecko dusiło się, ponieważ flegma nie dopuszczała powietrza. Oczka zrobiły się ogromnie wytrzeszczone, jak mówią, w słup, nie mrugają. Na to przybył właśnie z pracy jego ojciec. Przystąpiłem do ratowania dziecka. Kazałem ojcu, by dziecku wyciągnął język z buzi i tak trzymał. Ojciec zaczął się rozglądać za wodą, żeby obmyć trochę palce. Kazałem nie szukać wody, bo może być za późno. Ojciec brudnymi palcami trzymał języczek, a ja robiłem sztuczne oddychanie. Dziecko uratowaliśmy.
Takich wypadków było więcej, w których ratowano w ten sposób. W każdym razie ten sposób leczenia przyjął się.
Przyszła do mnie pewna kobieta (siedziałem na swojej pryczy), abym ratował jej syna. Podszedłem i zobaczyłem, że robią chłopcu sztuczne oddychanie. Chłopak, około ośmioletni mrugał oczyma, rozmawiał i uskarżał się na ból serca. Nagnałem to towarzystwo, bo mogli chłopca zatłumić. Kazałem mu spokojnie leżeć, to mu przejdzie.

Dostarczono nam narzędzi do pracy. Piły, siekiery, łopaty i inny sprzęt potrzebny do wyrębu drzew, przeważnie świerków i brzóz. Do pracy takimi narzędziami nikt z wywiezionych nie był przyzwyczajony. Byli tu inżynierowie leśni, leśniczowie, gajowi, ksiądz, dwie zakonnice, osadnicy z Podola, którzy dostali ziemie z parcelacji za walkę z bolszewikami w 1920 r. Byli także polscy i ukraińscy bogaci gospodarze, zwani kułakami. Była też młodzież – studenci wyższych uczelni i gimnazjaliści.

Wszystkich rozdzielili na brygady, którym wyznaczono roboty. Mnie wyznaczono do strugania drewna na papierówkę. Składowisko to znajdowało się w pobliżu stacji kolejowej. W czasie przerwy chodziłem do szpitala odwiedzać żonę z dzieckiem będącym na leczeniu.
Choroba była ciężka i niebezpieczna, zapalenie płuc. Żona dała lekarce ładny dywan, który ta przyjęła z wielką obawą, bo nie wolno im było brać lub kupować czegokolwiek od nas. Odnosiło się to tylko do władz kontaktujących się z nami. Leczenie było prymitywne, bo nie mieli żadnych leków. Na zapalenie stawiali po cztery bańki dziennie, bo więcej nie mieli. Żona stale czuwała nad dzieckiem nasłuchując, czy żyje. Nocą trzeba było bronić przed pluskwami, które garściami zgarniała z pościeli.
Podarunek, który lekarka dostała, dużo pomógł. Przeniosła dziecko do osobnego pokoju i trzymała prawie dwa miesiące, chociaż stan dziecka poprawił się.

Nieprawdopodobnym się wydawało, że może istnieć jakaś siła, która by takich ludzi jak my, nieprzygotowanych do prac leśnych, zmusiła do tak morderczej roboty. Jednak tu, w Rosji sowieckiej, nie takich cudów dokonywano. Teraz, w tej wojnie, swój model społeczeństwa zastosowali do Polaków z zajętej części wschodniej Polski.
Dowiedziałem się od jednego chorego urzędnika NKWD, że są już postanowienia o przesiedleniu wszystkich mieszkańców byłych ziem polskich w głąb Rosji, na tereny poza jeziorem Bajkał, koło Mandżurii, w przeciągu najbliższych pięciu lat. Przesiedleniem objęto by nas, już wywiezionych, i tych co jeszcze pozostali na zajętych terenach. Były to obszary nie zaludnione, ale urodzajne. Jak mówił ten NKWDzista, zamiarem władz radzieckich było utworzenie tam Republiki Polskiej. Utworzyli już nawet zalążek Republiki Żydowskiej.
Po naszym wyjeździe na Sybir były jeszcze dwa przesiedlenia, a trzecie przyłapali Niemcy, rozpoczynając wojnę z Sowietami.
Jak opowiadali,  na tych zabajkalskich obszarach osadzono już Żydów i Cyganów. Utworzono im kołchozy. Cyganie zjedli bydło i rozleźli się po całej Rosji.

Pewnego dnia, przy końcu kwietnia 1940 roku, przywieźli ze szpitala żonę z dzieckiem. Mimo, że dziecko wymagało jeszcze hospitalizacji, wypisano je ze szpitala, bo będą nas przenosić gdzie indziej. Na drugi dzień załadowali nas do wagonów i przewieźli koleją na inny posiołek (osiedle) – (Marumnica) przy odnodze kolejowej, sześć kilometrów od głównej linii. Były tam pobudowane domy dla rodzin robotniczych. Każdy barak miał po cztery lub po sześć izb z piecami. Do każdej izby zakwaterowywali po dwie lub trzy rodziny. W pokoiku o powierzchni około 16m2 zamieszkało nas cztery rodziny, każda z jednym dzieckiem. Było dość skromnie. Odstęp między pryczami był wąski. Pluskiew i tutaj nie brakowało.
Każda rodzina, jak wszędzie, zajmowała po dwie prycze. Dzieci spały pośrodku, a po brzegach rodzice.

Sytuacja mieszkaniowa, jak na tutejsze warunki, ułożyła się znośnie. Mieszkanie było jasne i suche. Żyliśmy w zgodzie. Były czasami jakieś drobne zgrzyty, albo dziecko płakało, albo wracający w nocy z pracy przerywali sen, ale w końcu wszyscy do tego przywykli. Do roboty w nowym miejscu nie za bardzo braliśmy się. Nie wiadomo było na jaką pracę się zdecydować. Chodziliśmy jedni do drugich i swobodnie politykowali. Przecież w Polsce nie zabraniali .

Ktoś przywiózł ze sobą radio. Wyłapywaliśmy wiadomości z Londynu, które nadawały występy Szczepcia i Tońcia. Skoro przyjdzie wiosna to Ania (Anglia) i Frania (Francja) wezmą się do prania.
Tymczasem zeszło parę wiosen od tego czasu. My licząc na to czekaliśmy tej wiosny i nie braliśmy się do pracy. Władze sowieckie wiedziały o naszych rozmowach politycznych, jednak zrazu udawały, że nie interesują się nami, ale wszystko notowały sobie. Wyciągnęli z tego korzyści. Skonfiskowali radio, a właściciela użyli jako konfidenta, który miał donosić władzom, jak zachowują się Polaki; w przeciwnym razie będzie sądzony i karany za propagandę.

Tak skończyło się nasze polskie politykowanie. Zresztą, jak nie było radia, to nie było o czym mówić. Chyba ktoś inny miał drugie radio, bo dochodziły nas czasem wieści z wojny. W każdym bloku wyznaczony był jeden mężczyzna, który zdawał każdego wieczora sprawozdanie, czy ktoś czegoś niepotrzebnego nie mówił, jakie listy dostajemy i tym podobne wiadomości. Poza tym byli donosiciele. Zawsze ich wyszukiwaliśmy, a poznać ich można było łatwo, byli mile widziani u władz, mieli ulgi w pracy lub większe zarobki.

Jednego razu pracowało nas pięciu chłopa przy karczowaniu pni. Przygotowywaliśmy pole pod uprawę jarzyn. Zjawił się u nas jeden z naszych zesłańców, gajowy z zawodu, aby porozmawiać . Mówił:
– W Polsce był pan panem, dobrze zjadł, dobrze i wygodnie spał, a tu musi pan ciężko pracować, kloce z lasu wynosić na ramieniu, i żeby Stalina szlag trafił, żeby wszyscy wyzdychali, itd.
Mówił, że on dłużej tego nie wytrzyma. Zorientowałem się, o co idzie. To był prowokator i chciał, abym wspólnie z nim narzekał i przyznał mu rację. Pociągnęliby mnie do odpowiedzialności za bunt lub zmusili, abym został konfidentem. Ten sam intruz, nie ominął mojej żony. W czasie pobierania obiadu w stołówce podszedł do niej i zaczął narzekać na warunki jakie nam stworzono. Mówił do żony, że w Polsce była panią, a tu nas tak poniewierają, a następnie zaczął wymyślać na władze sowieckie chcąc tym sprowokować taką rozmowę. Na to gadanie żona nic nie mówiąc szybko oddaliła się. Już Mickiewicz pisał, że Polacy na wygnaniu nienawidzą się. Tak też było tu na naszym osiedlu. Znaleźli się ochotnicy na szpicli.

Wracając jeszcze do czasu po przenosinach na nowe osiedle, warto wspomnieć jak wspaniałe metody zachęcania do pracy miały władze radzieckie. Oczywiście chodzi o metody perswazyjne (to tak na początek), bo zazwyczaj stosowano ostre represje.
Otóż, zaraz po przeniesieniu na nowe miejsce, władze wyznaczyły nam normę wyrębu tj. ilość i termin. Jak wspomniałem, nie za bardzo braliśmy się za robotę, a naczelnik  NKWD codziennie upominał nas, byśmy brali się za robotę, bo nie zdążymy na czas, ale myśmy nieco lekceważyli te polecenia. Aż nadszedł termin i zajechał pociąg po drewno. Oczywiście zabrał tylko nieznaczną ilość. Za ten czas nie zapłacili nam nic, a do kantyny nie dali żywności. Zapanował głód, bo ludzie nie mieli zapasów. Na nasze skargi naczelnik odpowiedział powszechną na terenach radzieckich formułą:
–  Nie rabotasz, nie kuszasz.
Zrozumieliśmy istotę pracy dobrowolnej. Radzi nie radzi wzięliśmy się na głodno do roboty. Prawie ostatkiem sił wykonaliśmy zaległą normę W drodze wyjątku zapłacono nam za to i zobowiązano do nadrobienia zaległości. Ochoczo zabraliśmy się za wykonywanie bieżącej normy i nadrabianie zaległości.