Nie uległa namowom wyjazdu moja teściowa, która była Polką, ale miała niemieckie nazwisko, Stefania Moos po mężu, a z domu Keller, co jednoznacznie wskazywało na niemieckie pochodzenie. Teściowa, wraz z siostrą Ludwiką, jako sieroty, wychowywały się u zakonnic we Lwowie w sierocińcu. Zaś teść, Grzegorz (Jerzy) Moos pochodził  z poznańskiego. Był on trzynastym dzieckiem w rodzinie. Miał kilkanaście lat, gdy osierociła go matka. Ojciec ożenił się ponownie i macocha zażądała wydalenia z majątku wszystkich dzieci. Teść wyszedł z domu ojca i dotarł aż do Lwowa. Panowała sroga zima i bezdomne dziecko dostało zapalenia płuc. Upadł na ulicy przed bramą, gdzie miał swój warsztat szewc. Ten się zlitował, zabrał chłopca do mieszkania w suterenie. Chłopiec przeleżał całą zimę bez pomocy lekarskiej. Organizm jakoś zwalczył chorobę. Szewc przyuczył go do zawodu.

Minęło wiele lat, zanim teść po okresie uczniowskim, terminatorskim i czeladniczym wyzwolił się w cechu na szewca. Poznali się z teściową i założyli rodzinę. Pracując ponad siły, dorobili się z czasem (teściowa nauczyła się też szewstwa) nawet dwu kamienic. Tacy to i oni byli Niemcy. Mieli pięcioro dzieci: najstarsza Wilhelmina (Lunka), Stefania (Siupka) – późniejsza żona inżyniera Kazimierza Kocowskiego, mego przełożonego w Dyrekcji Lasów, który mnie zapoznał z ich siostrą Marią, moją późniejszą żoną. Maria miała siostrę bliźniaczką, Helenę.
Moosowie mieli tylko jednego syna – Karola (zwanego w domu Lolkiem). I on to właśnie niespodziewanie zmarł.

Przyszedł telegram, że Karol nie żyje. Pomimo ciężkiej sytuacji, żona  wybrała się na pogrzeb do Lwowa. Ciężkie miał życie Lolek. W czasie największego kryzysu końca lat dwudziestych udało mu się skończyć studia na Politechnice Lwowskiej. Uzyskał rzadki wtedy jeszcze tytuł magistra inżyniera w dziedzinie kolejnictwa. W domu panowała wielka bieda, a on mimo wykształcenia nie mógł znaleźć żadnej pracy. Zasilił nieprzeliczone szeregi bezrobotnych. Bezrobotni chodzili po ulicach Lwowa z wywieszonymi na piersiach szyldami „przyjmę każdą pracę”. Imali się wszelkich pracy, nawet  jedynie za jedzenie. Brat był bliski samobójstwa, gdyż zdawał sobie sprawę, że nie może pomóc w domu owdowiałej matce i młodszym siostrom.
Po ustąpieniu kryzysu znalazł pracę na kolei, ożenił się i wybudował domek. Zabrała go niespodziewana śmierć. Pozostawił na nieszczęścia wojenne żonę z małym synkiem – Januszkiem.

W sąsiedniej wsi mieszkali Niemcy. Byli to dawni osadnicy, zwano ich kolonistami. Na terenie wschodniej Polski tworzyli większe skupiska. Mieli nawet własne organizacje paramilitarne. Niemcy starali się ewakuować swoich rodaków z terenów wschodnich, zajętych przez bolszewików. Za pozostawione gospodarstwa Sowieci płacili. Każda rodzina niemiecka mogła zabrać ze sobą jedynie jeden wóz zaprzężony w parę koni. Kto nie miał takiego zaprzęgu, ten musiał go sobie kupić, bo inaczej nie miał by możliwości wyjechać do Niemiec. Wóz miał mieć pokrycie z nieprzemakalnego materiału na wypadek noclegu pod gołym niebem, a był to grudzień. Do takich wozów zabierali cały dobytek: ubrania, pościel i żywność. Pewien Niemiec, dobry nasz znajomy,  namawiał nas, abyśmy z nimi jechali. Jeszcze w ostatniej chwili w dniu wyjazdu zatrzymali się koło naszego domu, żeby nas zabrać na swoją furę. Nie posiadaliśmy odpowiednich dokumentów, ale oni ofiarowali się zaświadczać za nami, że dobrze żyliśmy z Niemcami. Rozważaliśmy nawet taką ewentualność (o święta naiwności!) .
Niemcy natomiast cieszyli się bardzo, że Hitler ich zabiera do Vaterlandu. Mówili: Hitler unser Vater. My z tego nie skorzystaliśmy.
Może by to było lepsze wyjście dla nas, gdyż niedługo po tym …

Nadszedł dzień 10 lutego 1940 r.
Rano, skoro świt, zajechało na podwórze dwoje sani parokonnych, a w nich kilku uzbrojonych ludzi. Byli to  żołnierze sowieccy i miejscowa policja ukraińska, z wójtem na czele. Wójt wyjaśnił, że mam  się ubrać ciepło, bo pojedziemy na ochotu tj. polowanie. Zażądałem wyjaśnienia tej sytuacji, ponieważ na polowanie w ten sposób się nie chodzi. Oficer sowiecki kazał mi się ubrać i iść z nimi. Wyglądało na to, że aresztują mnie i wywiozą jak wielu innych z tej okolicy. Żona zaczęła rozpaczać, dziecko krzyczeć. Przeczuwało, że dzieje się tu coś niezwykłego. Oficer sowiecki wyjaśnił, żeby nie rozpaczać, ponieważ jedziemy do innego województwa. Mówił, że tu nie jest spokojnie; chodzą różni ludzie i mogą nas skrzywdzić, a nawet zamordować. Tłumaczyłem mu, że dam sobie radę, lecz on stwierdził, że nowa władza radziecka odpowiada za nas i musimy się podporządkować zarządzeniom. Kazał  się szybko ubierać, bo za dwie godziny musimy stąd wyjechać .
Przystąpiliśmy do pakowania, to znaczy kierowaliśmy jak i co zabierać, ponieważ nam nie wolno było się ruszyć. Później dowiedzieliśmy się, że mieli  rozkaz pilnowania nas, by nikt nie uciekł.

Zabieraliśmy, co się tylko dało wziąć. Dziecko było zdenerwowane, dlatego oficer sam go zabawiał, aby nie przeszkadzało w szybkim pakowaniu. Dali nam dwie podwody, jedną na dobytek, a drugą dla nas. Zabraliśmy worek z kukurydzą, dwa worki mąki, trochę słoniny, bo niedawno zabiliśmy wieprza. Naczynia kuchenne włożyliśmy do wanny bez specjalnego opakowania. Oficer przyniósł całe naręcze bielizny, która suszyła się na strychu. My z strachu zapomnieliśmy o niej. Oficer poradził, żeby ją zabrać tak jak jest. Pozostały jeszcze firanki, dywany, kołdry. Oficer pooglądał to i zapytał czemu tego nie bierzemy. Odpowiedzieliśmy, że nie mamy miejsca, aby to spakować. Dwa kufry są już pełne. Ten rozkazał żołnierzom wypróżnić sienniki ze słomy i wszystko do nich wpakować. Całą drogę spaliśmy na tych siennikach.

Następnie spisali pozostawiany dobytek obiecując, że na miejscu przeznaczenia otrzymamy zań zapłatę. Mimo obietnic – nic za pozostawione mienie nie dostaliśmy. Zostawiliśmy parę koni, trzy sztuki bydła, dwadzieścia sztuk drobiu, wóz, sanki, uprzęże skórzane, siodło i wszystko, co potrzebne jest do prowadzenia gospodarstwa. Oprócz tego została pełna piwnica ziemniaków, pasza dla inwentarza i umeblowanie kuchni, sypialni, pokoju oraz gabinetu. Aby umożliwić nam wzięcie trochę mleka dla dziecka, sprowadzili sąsiadkę do wydojenia krów, gdyż nam nie wolno było wychodzić. Zabraliśmy wiadro mleka prosto ze stajni. Na saniach zabrakło miejsca dla nas. Kazałem im zaprząc moje konie do sanek, którymi dojechaliśmy do odległej o 10 km  stacji, Doliny. W drodze konwojował nas oficer z gotowym do strzału rewolwerem. Upewniłem go, że może go schować , gdyż przed tym krokiem powstrzymuje mnie obawa o los żony i dziecka. Od nich nie ucieknę.
Jadąc, po drodze widzieliśmy oficerów sowieckich, wożących się na sankach z młodymi żydówkami z tutejszego miasta. Byli  rozbawieni, podczas  gdy nas wieziono w nieznane .

Nasze bagaże włożyli do osobnego wagonu towarowego, a nas do towarowego wagonu bydlęcego, gdzie już znajdowali się wcześniej przybyli. Konie z saniami zostawiłem na rampie.
Zwozili nieszczęśników z różnych stron. Wśród nich byli starsi, młodsi, dzieci, a nawet niemowlęta. Dzieci były zmarznięte, matki tuliły niemowlęta jak mogły. Jedna biedna rodzina nie mając w co ubrać dzieci wsadziła je do beczki i nakryła jakąś szmatą. Niektórzy, popędzani pośpiesznie do wyjazdu zapominali o ubraniach i żywności. Opierających się wiązali i wynosili na sanie. Ci z pewnością niewiele mogli zabrać jedzenia i ubrań. O jakiejkolwiek obronie nie było mowy. Z wagonów dochodził płacz dzieci i kwilenie niemowląt z głodu i zimna. U nas w Polsce była bieda i bezrobocie. Ludzi nie stać było na dostateczne ubranie  siebie i dzieci. Na rodzinne i domowe życie z biedą wystarczało, ale nie na taką podróż.

Wnętrza wagonów urządzono prowizorycznie na daleką podróż. Dla pasażerów zbudowano prycze do leżenia. Na środku wagonu stał żelazny piecyk, leżała usypana kupka węgla i drewienka do rozpalenia. Na wodę i do przynoszenia zupy przeznaczono wiadro. Do załatwiania potrzeb fizjologicznych wydzielono miejsce za specjalną zasłoną Miejsce to nie nadawało się do tego, aby z niego korzystać, bo w podłodze wyrąbano za mały otwór.
Po południu żołnierze zamknęli drzwi i zaśrubowali je tak, aby nikt nie wydostał się i nie uciekł. Ludzie w wagonach zaczęli krzyczeć wołać o ratunek.

Pociąg powoli ruszył w stronę Lwowa. We Lwowie byliśmy nad ranem. Tu przeładowali nas na kolej o szerszych, przebudowanych na sposób sowiecki, torach. We Lwowie podchodzili do nas ludzie. Żona dała jednej pani kartkę napisaną do rodziny, aby ktoś przyszedł, to my oddamy dziecko do przechowania. Niestety kartkę doręczono dopiero na drugi dzień .
We Lwowie staliśmy prawie cały dzień. Nad miastem krążyły samoloty. Ktoś puścił plotkę, że to latają Amerykanie i pewnie nas odbiją. Nabraliśmy nadziei, ale jak się później okazało, były to samoloty sowieckie. Przed wieczorem ruszyliśmy w stronę Rosji w kierunku Tarnopola i Podwołoczysk i do granicy Polski. Stąd nasz transport skierowano na północ.

Drogę naszą znaczyły ślady. Na jednej małej stacyjce wyrzucili zwłoki starszego mężczyzny. Pozostał rozkrzyżowany na ogromnym stosie buraków cukrowych. Dalej widzieliśmy martwe dziecko lat około trzech, w marnym okryciu. W innym miejscu leżało znowu niemowlę okryte jakąś szmatką i tak dalej. Była to chyba tylko cząstka tego co mogliśmy widzieć z zamkniętych wagonów. Okienko było małe, zakratowane i trudno dostępne.
Pociąg zatrzymywał się na bardzo krótko i ludzie nie mieli czasu na pogrzebanie swoich zmarłych. Nie zezwalała na to eskorta, a oprócz tego trzeba było zajmować się pozostałymi, jeszcze żywymi członkami rodziny.

W wagonach urządzaliśmy się jak kto mógł. Na małym piecyku każdy gotował potrawy z produktów, jakie zdążył zabrać ze sobą.
Mniej więcej w połowie podróży zaczęto wydawać chleb. Jeden bochenek wypadał na kilka osób. Trzeba go było jakoś rozdzielić. Wybrano mnie na męża zaufania wagonu. Chleb kroiłem na kromki, odmierzając ich grubość słomką. Było sprawiedliwie i wszyscy byli zadowoleni. Za to ogół zadecydował, że okruszki powstałe z rozkroju są moją dodatkową premią za staranie.
Ten chleb był razowy i niedopieczony. Dopiekaliśmy go na piecyku. Wydawano nam również jakąś zupę. Od czasu do czasu w chwilach dłuższego postoju na stacjach można było dokupić coś do jedzenia.

Ponieważ żona pilnowała dziecka, na mnie spadł obowiązek przygotowywania posiłków. Jednego dnia zmieniliśmy się. Ja bawiłem dziecko, a żona przygotowała pożywienie. Jechaliśmy już trzy tygodnie. Z wyczerpania żona straciła przytomność. W pewnym momencie upadła prawie nieżywa. Wniosłem ją na pryczę i wezwałem pomoc lekarską. Sanitariuszka orzekła, że tu słaba nadzieja na życie. Współmieszkańcy zaczęli robić gwałt, że z nieboszczykiem nie pojadą. Chcieli nas wyrzucić z wagonu na silny mróz. Na to przyszedł oficer transportu, zaświecił żonie latarką w oczy i powiedział, że żyje, ponieważ jest wrażliwa na światło. Opieka opuściła nasz wagon, i pociąg z miejsca ruszał do odjazdu. Nie dali żadnego lekarstwa. Przerażeni współpodróżni zaczęli odczuwać jakieś słabości, ale cudem to wszystko przeszło. Nikt nie został, a żona poczuła się lepiej.

W naszym wagonie jechał ojciec z trzema maleńkimi dziećmi. Najmłodsze nie miało nawet pół roku. Nie było czym tego maleństwa karmić. Matka tego maleństwa w czasie wywozu była w szpitalu. Dziećmi opiekowała się babka (za pół roku władze sowieckie dowiozły matkę do dzieci). Do kołysania i w ogóle do leżenia tego niemowlęcia posłużył nasz wózek dziecięcy, który ze sobą zabraliśmy Brak było bielizny do zmiany, ta która była w użyciu przegniła. Tapicerka wózka również przegniła.
Pod koniec podróży wydawali nam już jedzenie regularnie. Była to zupa, przeważnie z jęczmieniem trochę przerobionym na pęcak. Dostawaliśmy jak zawsze chleb razowy kiepsko upieczony. Musieliśmy go dopiekać. Na jednej stacji kupiłem butelkę mleka dla dziecka. Dostało z niego czerwonki. Różne tragedie działy się w wagonach, kobiety rodziły w asyście wszystkich mieszkańców. Do owijania noworodków darto bieliznę osobistą, ściągniętą z siebie.

Wreszcie po trzytygodniowej podróży wyładowali nas na stacji Piniug. Odzież i pościel przymarzła do ścian wagonu. Trzeba ją było odrąbywać siekierą. Bagaże wyrzucili na rampę. W czasie wyładunku przepadł nam jeden worek mąki pszennej.
Saniami przewieźli nas głęboko w tajgę i ulokowali w barakach. Opowiadali nam żyjący tu ludzie, że baraki te budowali zesłańcy przywiezieni tu z południowej Rosji na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych. Byli to duchowni prawosławni, kupcy i ludzie posiadający większe majątki. Dostali narzędzia. Najpierw wykopali jamy, które stanowiły prowizoryczne mieszkania, zanim nie wybudowali sobie baraków. Niewielu z ówczesnych przybyszów pozostało przy życiu.