Byli wśród nas starzy wojacy, tacy jeszcze z 1914 roku. Zaczęła się narada. Uciekać, czy poddać się do niewoli? Starsi mówili, że idą od Karpat i mają już dość tej wojny, której końca nie widać. Ja mówię, że już rok jestem na wojnie. Każdy mówił mniej więcej w tym samym duchu. Zdania się podzieliły.
Niektórzy zdecydowali się uciekać. Ten nastrój udzielił się pozostałym. Nad głowami, na pagórku usłyszeliśmy jakiś ruch. Wychyliłem się z okopu i zobaczyłem kozaków z lancami. Skóra na nas ścierpła. Gdy nas kozacy zobaczą, to rozsiekają szablami i rozniosą na pikach. Na szczęście, w tym momencie kozacy zniknęli.

Mrok gęstniał. Wyskoczyliśmy z okopu i pędem na most kolejowy, odległy o jakieś 300 metrów. Biegliśmy pod nasypem kolejowym, górującym nad nami ze 7 metrów. Znalazłszy się w pobliżu mostu, zaczęliśmy się wspinać na nasyp, by po moście powrócić na nasz brzeg Styru. Gdy byłem na szczycie nasypu, zobaczyłem najpierw piki a potem jeźdźców-kozaków, atakujących w kierunku mostu, po drugiej stronie nasypu. Oddaliśmy kilka strzałów. Kozacy nie zwrócili na to nawet uwagi i nie przerywali ataku na most. Naraz rozległ się ogromny huk i potężny podmuch powierza zmiótł nas z nasypu. Dostałem czymś w plecy. Było to potężne uderzenie, tylko plecak mnie uchronił przed połamaniem kręgosłupa. Przez parę dni boleśnie odczuwałem ten cios.

Musieliśmy się skryć pod drzewami, które tu na dole rosły, bo wybuchy nie ustawały. W powietrzu latały kamienie, kawałki drewna i chmury piachu. Kiedy Kozacy zaczęli już wjeżdżać na most, ten został wysadzony w powietrze. Most był podminowany. Miny były założone jeszcze na pewnym odcinku za mostem, by wysadzić tę część toru. Były podłączone do lontu, który po zapaleniu powodował ich detonację. Dwa przęsła mostu zapadły się w rzekę. Na moście w czasie wybuchu byli wycofujący się Austriacy i atakujący ich kozacy. Mający odpalić lont żołnierz  nie wytrzymał nerwowo widoku nadjeżdżających kozaków i przedwcześnie odpalił go. Skończyło się to śmiercią towarzyszy będących na moście i odcięciem nas na wrogim brzegu. Tak to znaleźliśmy się w pułapce, a uciekać już nie było, jak koledzy rzucali karabiny i plecaki do Styru, a sami puszczali się wpław na drugą stronę. Mało było szczęśliwców, którzy dotarli do brzegu.

Między nami zaczęły się wymówki i kłótnie, że można było jeszcze zdążyć przejść mostem, lecz ten i ów zatrzymywał. Najbardziej rozpaczał Franek Pomykała, którego osobiście zatrzymałem i wciągnąłem do swego okopu nad brzegiem. Był ranny w rękę, którą mu zabandażowałem, ale to było tuż przed wysadzeniem mostu. On chciał pędzić na most, ale go przekonałem, że poddamy się do niewoli i tak zakończymy wojnę. Gdy już mostu nie było, Franek robił mi wyrzuty, że byłby przeszedł most, poszedł do szpitala i dostał urlop, a ja mu w tym przeszkodziłem. Stąd jego rozpacz. Usiedliśmy trochę dla odpoczynku, trochę by się ukryć i nie pokazywać nieprzyjacielowi, a zresztą dla bezpieczeństwa, bo kule nadal przelatywały nad nami. Radziliśmy co dalej robić. O ile pierwotnie mieliśmy ochotę poddać się do niewoli, to teraz po ochłonięciu, na zimno zaczęliśmy przemyśliwać sposoby ucieczki.

W górnym biegu rzeki Styr był duży most drogowy. Tam jeszcze toczyła się walka. Niemcy, których pozycje stykały się z naszymi, bronili tego mostu. Ruszyliśmy w tę stronę, by dołączyć do Niemców, odeprzeć Moskali od mostu i przejść na drugi brzeg Styru. Była już ciemna noc, więc zaroślami mogliśmy się przedrzeć do celu. Kiedy zeszliśmy nad rzekę w krzaki, natknęliśmy się na Moskali. Doszło do walki wręcz. Nas było mało, musieliśmy się wycofać. Trafiliśmy na dużą grupę naszych. Ukryli się w wąwozie i nie wiadomo na co czekali. Dołączyliśmy do nich. Nasza artyleria biła po całym polu. Mogło się dostać Rosjanom, ale mogło się dostać i Austriakom, którzy się przygotowywali do pójścia w plen  (do niewoli – ros.). Granaty padały wokół nas. Schronić się już można było tylko u Moskali. Całą gromadą ruszyliśmy szukać Rosjan, by się im poddać. Ja ociągałem się z tyłu.

W wąwozie leżało wiele karabinów, plecaków, pasów – wskazywało to na przejście do niewoli jakiegoś większego oddziału. Ociągałem się dlatego, że nie bardzo byłem przekonany co do konieczności poddania się teraz, a z drugiej strony zabezpieczałem się przed najgorszą ewentualnością. Gdyby Moskale nie brali do niewoli, a zaczęli mordować, to mogę się jeszcze ratować ucieczką. Koledzy zwrócili mi uwagę, że jeśli Rosjanie zobaczą u nas karabiny (wszyscy już porzucali karabiny, tylko ja swój niosłem jeszcze na ramieniu), to nas wszystkich wystrzelają. Liczyłem na to, że gdyby faktycznie mordowali, to będę uciekał i ostrzeliwał się, bo i tak nie miałbym nic do stracenia. Była sprzyjająca temu noc.

Podskoczył do mnie jakiś okropnie przerażony żołnierz. Zerwał mi z ramienia karabin  i wrzeszczy:
–  Ty chcesz, by nas Moskale wymordowali. Rzuć karabin i podnieś ręce do góry, tak jak to zrobili inni.
Odpowiedziałem mu spokojnie:
–   Przecież jest noc i ciemno. Jak Moskale zobaczą z daleka, że ja mam ręce podniesione, czy mam karabin? Rąk nie podniosę, bo może w nie trafić jakaś kulka.
Ten się jeszcze wykrzyczał na mnie, ale ja zmieszałem się z wojskiem, które już czuło się jeńcami wojennymi i ostrożnie postępowałem za nimi pod górę. Było mi głupio, że pozbyłem się karabinu, i to bez własnej woli. A teraz jeszcze ręce do góry podnosić? Nie. To jakoś niehonorowo. Przecież przysięgałem wierność Cesarzowi.
Odcinek poprzedni – cz. VIII
Odcinek następny – cz. X