Na marginesie wspomnę, że żołnierze na froncie, zarówno nasi, jak i Moskale, nosili łyżki zatknięte za owijacze, za cholewy, za kamasze. Owijacze były to długie bandaże, którymi owijało się łydki od kostek aż po kolana. Pomagało to w marszu. Nie zrywało się nóg.
Posiliwszy się, poszliśmy dalej. Natknąłem się na wysypany do rowu cukier w kostkach, konserwy mleczne i beczki z czymś tam. Wziąłem sobie pół pudełka cukru a resztę rozkopałem po polu. Dołożyłem do tego jedną konserwę mleczną. Z beczki lał się płyn koloru wina. Podstawiłem manierkę. Niemiec, który widział moje zabiegi, powiedział Essig (ocet). Nabrałem pełną manierkę tego octu. Dużo tego prowiantu nie mogłem wziąć, bo już sam ledwie wlokłem nogi. Podwody wyzbywały się ładunku, by jak najprędzej oderwać się od przeciwnika.

W pewnym momencie Austriacy odłączyli się od Niemców. Poszli na prawo od drogi. Też poszedłem w tym kierunku. Szliśmy leśną drogą. Umęczony, usiadłem z kilkoma kolegami pod jakimś pagórkiem. Nagle coś grzmotnęło tak potężnie, że aż jakaś siła podniosła nas i uderzyła o ziemię. Jednemu koledze wypadły w tym momencie górne zęby. Było to rzadkie, aczkolwiek spotykane zjawisko. Huk ten pochodził od armat, których bateria była ustawiona na pagórku, a myśmy ich nie widzieli.

Szliśmy dalej. Na polanie leśnej natrafiliśmy na zabudowania. Była to chyba gajówka. Pragnienie paliło. Na podwórzu była studnia, lecz koło studni pełno wojska. Z domu wyszła dziewczyna z konwią i zmierzała do studni. Żołnierz ją przepuścili, ale kiedy dziewczyna nabrała wody, oni rzucili się do konwi i to tak jakoś nieszczęśliwie, że zepchnęli ją do studni. Wyratowali ją w ostatniej chwili.
Sączyłem zdobyty ocet i zagryzałem sucharem.
Robił się już wieczór. Znaleźliśmy się na bitej drodze. Droga prowadziła na drewniany most przez Styr. Za mostem drogi się rozchodziły. Tu stał patrol i kierował żołnierzy w różnych kierunkach, w zależności od miejsca zbiórki poszczególnych pułków. Wojsko było kompletnie przemieszane.

Nadeszła noc, a z nią potężna burza. Błyskawice z piorunami. Na drodze wojsko i kawaleria, podwody wojskowe i chłopskie furmanki uciekinierów. Kobiety i dzieci płaczą, bydło ryczy, wozy trzeszczą i skrzypią, krzyżują się komendy wojskowe. Wieża Babel. Z ulewą zerwała się silna wichura. Schowaliśmy się do stodoły.
Wieś, przez którą przechodziliśmy, była zatłoczona wojskiem. O kwaterze w mieszkaniu nie było nawet co marzyć. Stodoła odpowiadała nam w zupełności. Na klepisku stały konie. Ulokowaliśmy się w sąsieku. Było tam trochę słomy, w którą się zagrzebałem. Zrobiło mi się ciepło, bo przemoczony mundur zaczął parować. Utulony tak miłym ciepłem usnąłem, mimo, że swędziało mnie całe ciało. Nie wiem czy to pot, którym przesiąknięta była odzież, czy też wszy się rozszalały.

Obudził mnie huk, a raczej suchy trzask. Przebudzony i półprzytomny, bo sen mnie jeszcze całkiem nie odszedł, zobaczyłem światło u szczytu dachu stodoły. Dach słomiany palił się jak zapałka, a iskry spadały na słomę, w której byłem zagrzebany. Oprócz mnie w tej słomie spała duża grupa żołnierzy różnych narodowości. Byli tam Polacy, Czesi, Węgrzy, Niemcy itd. Rozległ się wielki różnojęzyczny krzyk, nawoływania i budzenie jeszcze śpiących. Skoczyłem na klepisko pomiędzy konie. Inni zrobili to samo. Konie zatarasowały wrota, które otwierały się do środka. Nie było wyjścia. Wraz z kilkoma kolegami porwaliśmy karabiny i zaczęli je bić po łbach i gdzie popadło, byle je odpędzić od wrót. Nawet dosyć łatwo udało się otworzyć jedno skrzydło. Ze stodoły wysypała się zbita masa koni z przemieszanymi między nimi żołnierzami. Cały dach był już w płomieniach.Oglądnąłem się, czy są moi koledzy z plutonu. Trzymaliśmy się zawsze razem, czy to na kwaterze, czy w ucieczce.

Co się działo później w stodole, nie widziałem. Widziałem jeszcze jak ktoś wyskoczył w palącym się mundurze, a inni go gasili. Jeszcze wypadł jakiś opóźniony koń, może był uwiązany i wyzwolił się w ostatniej chwili. Przypuszczam, że nie wszyscy uratowali się z pożaru. Szybko oddaliliśmy się od ognia, bo spodziewaliśmy się, że nieprzyjaciel skorzysta z celu i zacznie strzelać z armat. Tak też się stało. Moskale walili po całej wsi, aż zapaliło się kilka chałup. Cała wieś była drewniana, a dachy kryte słomą. Od czego zapaliła się nasza stodoła, nie wiadomo. Mogła zapalić się od pocisku artyleryjskiego, bo mimo wszystko, Rosjanie strzelali od czasu do czasu macając nasze pozycje. Mogła też zapalić się od pioruna, bo te biły z czarnych i ciężkich chmur, a w stodole nagromadziło się trochę żelastwa. Ono mogło, przy sprzyjających warunkach, ściągnąć piorun. Szybko oddaliliśmy się od zagrożonego miejsca, bo oprócz artylerii nieprzyjacielskiej bijącej dosyć gęsto, we wsi zaczęła wybuchać nagromadzona amunicja.

Nad ranem doszliśmy do stacji Rużyszcze koło Kowla. Była to niewielka wieś. Tu odnalazłem swój pluton i batalion. Większość kolegów przybyła tu jeszcze wczoraj. Oni w czasie rozsypki skierowali się na wschód i szli wzdłuż torów kolejowych.
W czasie odwrotu wszyscy znaleźliśmy się koło stacji kolejowej w Kiwercach. Różyszcze było pierwszą stacją w stronę Kowla. W Kiwercach nasze drogi się rozeszły. Oni zrobili w linii prostej około 7 kilometrów, a my szliśmy drogą okrężną prawie przez całą noc. Oni byli wypoczęci i najedzeni, my śmiertelnie zmęczeni i głodni. Dostaliśmy fasunek. Wypłacono żołd, dostałem 1 koronę. Była poczta, dostałem list od rodziców.

Po uzupełnieniu amunicji wysłano nas przez most kolejowy na lewy brzeg Styru. Tu, jako rezerwa, okopaliśmy się  pod pagórkiem. Wypogodziło się, słońce ładnie świeciło. Zasnęliśmy jak susły. Panowała absolutna cisza, tak jak by już było po wojnie.
Późnym popołudniem po stronie rosyjskiej, na horyzoncie ukazał się balon obserwacyjny. Artyleria nieprzyjacielska zaczęła całkiem celnie wstrzeliwać się w nasze pozycje. Z balonu kierowano ogniem artyleryjskim. Pociski padały i rozrywały się w rezerwowych okopach po drugiej stronie Styru.
Zanim zaczęła się kanonada, do okopów tych weszła nasza piechota. Na pozycje wchodziła nie zachowując ostrożności ani maskowania. Zauważył to obserwator balonowy i skierował tam ogień.  Żołnierze zaczęli opuszczać okopy i uciekać w szczere pole.

Byli to żołnierze jeszcze nie ostrzelani w boju i niezdyscyplinowani. Oficerowie starali się zawrócić ich z powrotem do okopów, bowiem artyleria strzelała nawet do pojedynczych żołnierzy i na polu nie mieli żadnej szansy ukrycia. Następnie artyleria przeniosła ogień na wieś i tam ostrzeliwała magazyny i składy wojskowe. Działo się to na tyłach naszych linii, nie dalej jak 500 metrów. Widzieliśmy wszystko jak na dłoni, tym bardziej, że przestrzeń ciągnęła się pochyło pod górę od samego brzegu Styru. Widziałem, jak nasi artylerzyści pędzili na swoje pozycje, a Moskale bili do nich. Udało im się jakoś wyprowadzić armaty za pagórek. Tam przestali ich nękać ogniem. Siedzieliśmy cicho, w obawie, by i nas obserwatorzy nie namierzyli. Z obawą obserwowaliśmy przesuwanie się ognia. Słońce zbliżyło się do horyzontu.

–  Vorwätz.
Posuwaliśmy się czołganiem wśród traw i zbóż, które znacznie porosły. Moskale nas nie spostrzegli. Sądzili widocznie, że po ich stronie Styru nie ma Austriaków. Podsunęliśmy się na miejsce z dobrą widocznością na przedpole. Ale Moskale nas wypatrzyli. Zaczęli gęsto siać pociskami karabinowymi i obrzucać nas granatami. Byli już zabici i ranni. Okopaliśmy się pośpiesznie i strzelali na oślep. Strzelaliśmy po naszym przedpolu, bo po gwiździe pocisków wnioskowaliśmy, że tam są okopani. Aby ustalić faktyczną pozycję nieprzyjaciela w wysokich trawach i zbożach,  trzeba by wstać na  pełną wysokość. Nie było chętnych na takie ryzyko. Każdy tulił się do ziemi.

Zbliżał się już wieczór, gdy od strony nieprzyjaciela wyjechała kawaleria. Rozstawiona w tyralierę, jechała wolno w naszym kierunku. To nas zmroziło. Nie było rozkazu strzelania, bo odległość przekraczała 1 km. Nie orientowaliśmy się w sytuacji i podejrzewali zdradę. Konnica  zbliżywszy się na odległość około pół kilometra puściła się pełnym galopem. Zaczęliśmy już strzelać do nich, ale okropnie nerwowo. Karabiny wypadały chłopcom z rąk. Kozacy ze wzniesionymi do cięcia szablami pędzą  naprzód i lada chwila wpadną na nas. Ze zdenerwowania chciałem załadować do karabinu magazynek, gdy  poprzedniego jeszcze nie wyjąłem. Nowy magazynek nie chciał wejść w otwór zwany skrzynką nabojową, gdyż nie była opróżniona. Oglądnąłem się za jakimś porzuconym karabinem, bo swój uznałem za uszkodzony. Po dokładniejszym przyglądnięciu się mojemu karabinowi zauważyłem swój błąd.

Kozacy gęsto rażeni spadali z koni. Konie także padały. Jeźdźcy, pędząc na nas na ukos przez pole, skryli się za końmi. Polegało to na tym, że wyćwiczony kozak zwieszał się na niewidocznym od nas boku konia. A nam się zdawało, że wszyscy pospadali i tylko konie pędzą. Omal nie zaczęliśmy cieszyć się z tak błyskawicznie odniesionego zwycięstwa. Wszystko to działo się w szybkim tempie. Za konnicą podniosła się piechota i tyralierą ruszyła do ataku na nas. Od samego lasu wyjechała jakaś inna kawaleria. Nie zwracaliśmy już uwagi na pierwszy oddział kawalerii, bo jak wspomniałem, myśleliśmy iż wszyscy jeźdźcy zostali zabici. Dlatego interesowały nas tylko poczynania drugiego oddziału konnego.

Ponieważ nieco przycichło na naszym odcinku, podniosłem głowę by się zorientować w sytuacji. I co zobaczyłem? Naprzeciw mnie w trawie podczołguje się dwóch kozaków w baranich czapkach, a obok nich czołgają się żołnierze piechoty i to w odległości nie większej niż 20 kroków. Rozglądam się w prawo, w lewo i widzę, że koledzy pomału wycofują się do tyłu. Zapewne zobaczyli to, co ja.  Podczas gdy my zajmowaliśmy się najpierw jednymi kozakami a potem drugimi, piechota i ci kozacy, którzy zsunęli się z koni podsunęli się pod nasze stanowiska. Nikt z nas nie chciał stawać do walki na bagnety. Chyłkiem wycofaliśmy się wśród traw.
Między liniami frontu stał jeden dom. W czasie walk dom się spalił. Ale ludzie tam zostali. Wieczorem widać było przy ognisku kobietę z dziećmi. Mimo ostrej strzelaniny one tam były, bo gdzie niby miały się podziać? Co się stało z tą rodziną, nie wiem.

Wycofując się z pola walki, trafiłem w żyto, które w czerwcu było już wysokie i dawało osłonę, ale tylko przed wzrokiem. Czołgając się, trafiłem na obniżony teren. Zsunąłem się z brzegu i zdążałem w stronę mostu kolejowego, by przejść na drugą stronę Styru.
Tu zupełna dezorganizacja frontu. Zorganizowanie jakiej takiej obrony stawało się niemożliwe, bo Moskale, a zwłaszcza kozacy szaleli w polu. Pod wysokim brzegiem znalazłem ukrytych kolegów. Siedzieli w poprzednio wykopanych okopach. Dołączyłem do nich. Było nas chyba 6 chłopa. U podnóża tego wzniesienia było trzęsawisko takie, że przechodzący żołnierz grzązł, prawie tonął. Pod samym brzegiem była ścieżka. Tą wąską ścieżyną przemykali koledzy. Okopy były nad ścieżką. Zatrzymywaliśmy biegnących, by było nas więcej w okopach do zorganizowania obrony. Kombinowaliśmy sobie i tak, że gdy nas będzie mało, to Moskale mogą nas bezkarnie pozabijać. Gdy zaś będzie nas dużo, to może się obronimy. W ostateczności muszą nas wziąć do niewoli.