Nalali mi tej zupy i kazali odejść na stronę i zjeść. Idąc, zderzyłem się z drzewem, pod którym usiadłem i zacząłem jeść. To był dość gęsty rosół z ryżem,  ale ryż był tak skiśnięty, że mimo głodu nie dało się go jeść. Sen jednak przemógł głód. Nie wiem, czy zjadłem ze dwie łyżki rosołu, gdy usnąłem. Obudziłem się już za dnia. Wkoło mnie stali koledzy wesoło śmiejąc się. Ja siedzę oparty o sosnę, w jednej ręce trzymam menażkę a w drugiej łyżkę pełną tej skisłej kaszy. Wstałem i poszedłem do kuchni pobrać świeżą kawę, chleb, papierosy (mimo, że nie paliłem),  rezerwową suchą kawę i inne produkty. Przed południem dostaliśmy na obiad kawał mięsa. To był pierwszy normalny posiłek od niedzieli, czy poniedziałku, a był już piątek. Nie spaliśmy też chyba od pięciu dni.

Uformowali nas, policzyli ubytki. Brakowało wielu z nas. Byli to polegli, ranni i wzięci do niewoli rosyjskiej. Przyszedł nowy batalion, którym uzupełnili braki. Byli wśród nowoprzybyłych chłopcy z mojej wsi – Wesołej. Było trochę radości w tym smutnym wojennym życiu. Ale radość tę tłumiła obawa o bliższą i dalszą przyszłość. Zaczęły się wypytywania, co słychać we wsi. Z kolei myśmy zdawali sprawozdanie kto zabity, kto ranny. Niewiele nagadaliśmy się, bo nadleciał samolot rosyjski i zaczął zrzucać bomby na stację kolejową. Wojsko było rozłożone na szerokiej polanie przed stacją. Momentalnie wszyscy rozbiegli się do lasu okalającego polanę. Na polanie pozostało kilku maruderów. Ja też pozostałem. Nie chowałem się do lasu, tylko pobiegłem na środek łąki. Samolot zaczął latać nad lasem i tam zrzucać bomby, bo lotnik widział, gdzie podziało się wojsko. Nie opłacało mu się zrzucać bomb na łąkę, gdzie pozostało tylko paru żołnierzy i to w rozproszeniu.

Zbombardowana stacja zaczęła się palić. Z magazynów kolejowych wyrzucano prowianty. Pobiegłem coś zdobyć. Magazyn był niemiecki i Niemcy nie dopuścili Austriaków do rabowania ich mienia. Zdążyłem nabrać w menażkę marmolady, która topiła się w płonącej beczce.
Kiedy się uspokoiło, zrobiono zbiórkę i kazano uzupełnić amunicję. Każdy z nas dawał kolegom  kartki z adresami swoich rodziców. Ja także dałem kilka kartek różnym kolegom i sam zebrałem kartki od nich. Wymiana tych adresów miała na celu powiadomienie rodziców, gdyby któremuś coś się przytrafiło; zginąłby lub dostał się do niewoli.

Zaczęły dochodzić do nas odgłosy strzałów karabinowych, a od czasu do czasu huk armat. Nasza kompania skierowała się do lasu. Szedłem z przodu z dowódcą kompani. Z naprzeciwka nadbiega żołnierz  węgierski – honwed. Pytamy, gdzie jest pozycja schwarmlini. Ten powiedział, że tu jest linia frontu i popędził dalej na tyły. Za tym żołnierzem pędził oficer z rewolwerem w ręce i krzyczał, by ten nie uciekał, tylko się okopał i walczył. Skoro nas zobaczył, że idziemy zatrzymać nieprzyjaciela, schował rewolwer i pomknął spokojnie na tyły.

Przedzierając się przez krzaki, zarośla, gałęzie i ścięte pnie natknęliśmy się na linię Moskali posuwających się w naszym kierunku. Zobaczyłem, że gęsto ich w linii. Odległość między nimi a nami wynosiła 30 – 50 kroków. Szybko rozsypaliśmy się w tyralierę i każdy krył się gdzie tylko mógł, za drzewa i korzenie, bo na kopanie okopów nie było już czasu. Strzelaliśmy dosyć długo. Ulokowałem się w rozwidleniu korzeni. Moskale popadali na ziemię i czołganiem przybliżali się do naszych pozycji.
Zanim doszło do strzelaniny szli oni wyprostowani, nie kryjąc się i nie zachowując środków ostrożności. Dlatego też po naszych pierwszych strzałach wielu ich padło rannych i zabitych. Słychać było jęki i krzyki. Karabin mój rozgrzał  się i zaciął.

W międzyczasie zauważyłem, że naszych strzałów prawie nie słychać, tylko gdzieś jakieś pojedyncze. Natomiast kule rosyjskie tylko trzaskały  po drzewach. Bili oni tzw. kulami dum-dum. Kule te rozpryskiwały się przy zderzeniu z twardą powierzchnią, rozrywały się jak granat. Była to straszna broń. Kula taka po trafieniu człowieka przechodziła na wylot wyrywając po stronie wylotu ogromną dziurę.
Rozglądnąłem się, ale już nie zauważyłem żadnego z kolegów. Wszyscy pouciekali lub wycofali się do tyłu. Pozostałem sam. W ferworze strzelaniny nie zauważyłem, kiedy oni odeszli. Nie widziałem w pobliżu ani Austriaków, ani Moskali. Niewesoła sytuacja. Sam i to w dodatku w lesie. Zerwałem się i biegnę. Ale dokąd? Spostrzegłem przed sobą, że las prześwieca. Pomyślałem, że to pewnie pole. Posuwam się ostrożnie, by się nie ujawnić. Był to zrąb, czyli wycięty las. Na ziemi leżały kłody gotowe do wywiezienia. Wyszedłszy na zrąb natknąłem się na żołnierza rosyjskiego. Wyrósł jak spod ziemi, stał w odległości może 20 kroków.

Był to ogromny chłop z czarną brodą, obwieszony medalami. Trzymał w ręce granat i wyciągał zawleczkę zapalnika. Nie zastanawiałem się wiele, co robić, czy aby nie strzelić, ale bezwiednie rzuciłem się za grubą kłodę, obok której stałem. W ostatniej chwili kątem oka zauważyłem, że zamachnął się tym granatem w moją stronę.
Rzeczywiście, rzucił, i to całkiem celnie. Uchroniła mnie kłoda. Granat upadł tuż przed kłodą i wyrwał pod nią dziurę o jakieś pół metra od moich nóg. Poczułem jakieś szarpnięcie. Pewnie jestem ranny, pomyślałem, jednak żadnego bólu nie odczuwałem. Bałem się podnieść, by nie spowodować jakiegoś krwotoku z ran, chociaż krwi nie widziałem. Obmacałem się i nie znalazłem żadnej rany. Korzystając z jeszcze trwającego zadymienia i zakurzenia spowodowanego wybuchającym granatem zerwałem się i popędziłem jak oszalały w przeciwnym kierunku od niebezpieczeństwa. Nie spotkałem nikogo. Bardzo źle się czułem w osamotnieniu. Jest takie powiedzenie wojenne, że jeżeli ginie się  w towarzystwie – to i śmierć nie jest taka straszna (?!?)

Wybiegłem z grubego lasu i znalazłem się na przestrzeni porośniętej krzewami i młodymi drzewkami. Tu zobaczyłem w odległości może 40 kroków Moskala w pozycji strzeleckiej i złożonego do strzału do jakiegoś celu, a może i do mnie? Schroniłem się za grubą kłodę. Strzelaninę było słychać ze wszystkich stron. Pociski świstały i trzaskały po drzewach. Nie brałem się do strzelania mimo, że widziałem przebiegających Moskali. Zakładałem, że spotkawszy mnie samotnie walczącego – mogą zabić, zaś widząc samotnego i bezbronnego, to tylko wezmą mnie do niewoli. Zorientowałem się, że jestem w samym środku frontu rosyjskiego. Doszedłem do wniosku, że mogę uciekać tylko w jednym kierunku, i to w kierunku, gdzie klęczał ten Moskal składający się do strzału, bo po bokach widziałem przebiegających Rosjan.

Wyglądnąłem zza mojej kłody i nie zobaczyłem nikogo, nawet tego Moskala. Ten jeden kierunek wydał mi się najbezpieczniejszy, nawet też z tego powodu, że stąd dochodziły odgłosy tylko pojedynczych strzałów. Puściłem się biegiem. Pędząc koło tego miejsca, gdzie klęczał ten Moskal, zobaczyłem go leżącego w kałuży krwi. Prawdopodobnie nie żył. To mi dodało otuchy, że może natrafię na nasz front.

Rzeczywiście, spotkałem kolegów siedzących na skraju lasu. Siadłem z nimi i razem odpoczywaliśmy. Byłem ogromnie zmęczony. Pod pasem i szelkami od plecaka była piana z potu. W lesie było gorąco i parno, przecież to był czerwiec. Zapanowała cisza.
Z boku, linią leśną nadbiegło jeszcze kilku kolegów, ledwie dyszeli. Powiedzieli, że ich ścigali Rosjanie. Jeden z nich, Franek Pomykała z Wesołej ucieszył się bardzo ze spotkania ze mną. Byliśmy bardzo dobrymi towarzyszami. Franek mówił, że zgubił plecak, w którym miał chleb i cały żołnierski majątek. Prosił mnie, bym poszedł z nim szukać. Powiedziałem kolegom,  by na nas poczekali. Franek prowadził lasem, trasą, którą uciekał. Nikogo już nie było widać. Wreszcie znaleźliśmy plecak i wrócili do towarzyszy, którzy czekali na nas. A z tym plecakiem, to chyba musiało być tak: on go zrzucił, a nie zgubił. Aby plecak zdjąć, trzeba było wykonać kilka skomplikowanych ruchów. Sam on mu z pleców nie spadł.

Wybraliśmy się do odwrotu, ale nie wiedzieliśmy w którym kierunku. Wybraliśmy losowo i trafiliśmy na dworzec kolejowy.  Tu spotkaliśmy dalszych naszych kolegów – rozbitków. Był nawet jeden karabin maszynowy, ale bez podstawy, tylko lufa. Żołnierz, który nosił podstawę,  gdzieś się zawieruszył.
Na torze Rosjanie ustawili swój karabin maszynowy i bili prawie bez przerwy. Nie dopuszczali do przejścia przez tory. W tym miejscu były trzy tory, bo to było przed stacją. Nasz celowniczy karabinu maszynowego położył lufę karabinu na pniu, myśmy starali się ją utrzymać. Przy strzelaniu okropnie rzucało tą lufą. Tak się rozgrzała, że aż parzyła. Strzelaliśmy bez celowania w kierunku Rosjan. Gdy rosyjski karabin przestał strzelać porzuciliśmy swoją maszynkę i biegiem przez tory. Na trzecim torze upadł jeden z kolegów, który biegł koło mnie. Zatrzymałem się i podnoszę go. Pytam czy jest ranny, a tu już zaczęły świszczeć kulki. I znów odezwał się rosyjski karabin maszynowy, ale zdążyliśmy przebiec cało i szczęśliwie. Nikt z naszej grupy nie był nawet ranny. Tylko kolega stłukł kolano.

Tak dobiegliśmy do okopów rezerwowych. W okopach tych rozlokowali się żołnierze niemieccy. Byli to starsi ludzie, starzy żołnierze. Ci chwytali nas i wsadzali do okopów. Zaczęło się mocowanie, bo żołnierze austriaccy nie mieli ochoty zajmować  i obsadzać okopów, bronili się przed tym. Wytłumaczyłem kolegom, że nie ma sensu siłować się. Zajmijmy okopy, posiedźmy trochę  i zobaczmy co się z tego wykroi. Żołnierzy austriackich ściągało coraz więcej. Wszystkich wychwytywali Niemcy. Żołnierze austriaccy widząc w okopach Austriaków myśleli, że są to nasze linie oporu. Niemcy widząc mniej więcej obsadzone okopy, pojedynczo zwiewali. My, Austriacy doszliśmy do przekonania, że to Niemcy mieli utrzymywać linię i chcieli wysłużyć się nami.

Wyszliśmy z okopów i poszli za nimi. Rozbiliśmy się na mniejsze grupy i zaczęliśmy przedzierać się przez las, każdy na swój sposób. Idąc przez las usłyszałem wieki hałas, skrzypienie kół. Podeszliśmy i ostrożnie skradali się w każdej chwili gotowi do strzału. To mogli być przecież Moskale. Okazało się, że są to austriackie tabory, podwody wojenne, armaty, kuchnie i karabiny maszynowe na wozach, ranni i zdrowi żołnierze. Wszystko wali naprzód w wielkim tłoku. Wozy psujące się spychano do rowów, by nie tarasowały drogi. Z niektórych wozów wyrzucano worki mąki, skrzynie z cukrem i sucharami, beczki z winem. A wszystko to czyniono, by ulżyć koniom. Droga była piaszczysta i koła wrzynały się głęboko. Konie były osłabione i wstrzymywały ruch. Świat się kończył.

Stałem i patrzyłem, co się dzieje, i to pod samym frontem rosyjskim, który się szybko posuwał i był odległy co najwyżej o pół kilometra. Przesłaniał nas tylko las, bo wojsko nie było zdolne do żadnej obrony.
Poszliśmy w kierunku, w którym zmierzały furmanki.  W przydrożnym rowie napotkaliśmy wylaną przez kucharzy gęstą zupę grochową obok na kupie gotowany ryż. Konie nie miały już sił ciągnąć pełnej kuchni, której metalowe koła wrzynały się w piasek, aż po osie, więc kucharze opróżnili kotły, by nie opóźniać pochodu. Posiadaliśmy kręgiem wokół tych kup menażu, powyciągali łyżki zza owijaczy i  kamaszy, zabraliśmy się do jedzenia. Zbieraliśmy z wierzchu groch, a dla odmiany ryż. Za głęboko nie można było sięgać, bo się nabierało piachu. Piasku i tak nie brakowało w tym jedzeniu, gdyż  pryskał on spod kół i kopyt końskich. Jedzenie nam smakowało. Łykaliśmy bez gryzienia, by nie słyszeć zgrzytu piasku w zębach.