Rosjanie pod Czartoryskiem na kierunku Maniewicz przerwali front mimo umocnienia austriackiego dlatego, że pierwsi uderzyli. Wyprzedzili Austriaków o parę dni.
Po latach, gdy czytałem o wojnie 1914-1918 było tam szczegółowo opisane przygotowanie Austrii do potężnej ofensywy. O tych przygotowaniach i dacie rozpoczęcia ofensywy zdradziła Rosjanom jakaś księżniczka węgierska, żona wyższego oficera w armii austriackiej. Rosjanie to umiejętnie wykorzystali. Kiedy jeszcze trwały ruchy wojsk austriackich, ot taki trochę bałagan przyfrontowy, Rosjanie uderzyli przerywając naszą linię. Przejęli inicjatywę. Nastąpił odwrót wojsk austriackich na całym froncie wołyńskim.
I znowu znalazłem się w centrum wydarzeń światowych.

W czerwcu 1916 roku rosyjski generał Brusiłow rozpoczyna ofensywę na ogromnym froncie – od błot pińskich aż do granicy rumuńskiej. Efektem tej ofensywy zakończonej we wrześniu było zniszczenie niemal dwóch armii austriackich. Rosjanie wzięli do niewoli ponad 480 tysięcy jeńców austriackich, zdobyli około 500 armat i 2.000 karabinów maszynowych.
Ale to się będzie dopiero działo. Opisane zdarzenia były tylko wstępem do tego, co miało nastąpić. Oczywiście z moim udziałem,

Pod osłoną nocy odeszliśmy dosyć daleko. Nad ranem znaleźliśmy się za lasem. Doszliśmy do wsi. Tu zbierały się oddziały i pułki wszystkich narodowości. Nasz pułk, jak i inne, był poważnie nadszarpnięty. Była już środa, a kuchni ani śladu. Ostatni raz z kuchni jedliśmy w poniedziałek rano. Zorganizowane oddziały odeszły w swoim kierunku. Nie mogliśmy zatrzymać się dłużej w celu uformowania, bo patrole meldowały, iż Rosjanie nadchodzą. Nasze wojska rozbite, zdezorganizowane i zdemoralizowane odwrotem nie były w stanie stawić oporu, tym bardziej, że generalnie brakowało amunicji.

Szliśmy drogami, przez lasy, przez wsie. Nie można było zatrzymać się na odpoczynek, bo Moskale deptali nam po piętach. Weszliśmy do lasu. Płynęła tam rzeka. Przy moście stał ogromny magazyn z prowiantem. Mój pluton zatrzymali przed mostem. Dali nam karabin maszynowy i rozkaz utrzymania mostu tak długo, aż nasze wojsko  przejdzie most i pobierze zaopatrzenie. Mieliśmy też nie dopuścić do rozproszenia się oddziałów w celach rabunkowych, gdyż to zatrzymałoby wycofywanie się, a nieprzyjaciel dosłownie za plecami. Można było wziąć w sposób zorganizowany tylko tyle ile zmieści się na wozy. Skorzystaliśmy tylko tyle na tym, że dali nam po konserwie i trochę sucharów.

Za mostem las się urywał i było widać wieś. Okopaliśmy się na przyczółku mostowym. Wpada na nas kuchnia polowa. Z daleka widzieliśmy, że coś pędzi na nas, ale w kurzu nie mogliśmy rozpoznać co to. A to kucharz pędził oszalały, bez opamiętania bijąc batem konie. Ledwieśmy go powstrzymali. Jąkając się ze strachu powiada, że we wsi są już kozacy. Kazano mu tam czekać z obiadem na swoją kompanię,  a tu nagle zjawili się kozacy i ledwo udało mu się uciec manewrując między chałupami.
Magazyny zamknęliśmy, a wozy odprawili galopem. Piechota  i artyleria dostała rozkaz natychmiastowego odmarszu. Konie ruszyły  z kopyta. Ruch ustał. Od czasu do czasu nadciągali jeszcze na most ranni, maruderzy, osłabieni z głodu. Dawaliśmy im konserwy i suchary. Jak daleko  zdołali odejść, nie wiadomo.

Naraz widzimy, kozacy nadjeżdżają, i to z dwóch stron. Podjechali skrycie lasem i krzakami. Zobaczyliśmy ich dosłownie w ostatniej chwili. Otworzyliśmy ogień z karabinów i karabinu maszynowego. Widać było jak kilka koni padło. Zawrócili. A drogą na most ciągnęli jeszcze nasi, czasami jakaś zapóźniona podwoda wleczona przez umęczone konie lub jakaś spóźniona armata.
Kozacy znowu podjechali, ale za chwilę uciekli. I tak jeszcze parę razy. Co się dzieje? To była tylko gra mająca na celu odwrócenie naszej uwagi. Nie możemy jeszcze tego zrozumieć, gdy już drugi oddział kozacki obsadzony po przeciwnej stronie drogi wali w nas salwami karabinowymi. Lasem podsuwa się piechota rosyjska. Na drodze nie widać już nikogo. Zbliża się wieczór. Nie mamy tu już nic do roboty.

Na moście i pod magazynem stały beczki z naftą. Rąbiemy beczki, nafta się rozlewa. Ktoś ją podpala. Koledzy podtrzymują palbę karabinową by nas osłonić. Magazyn się zapalił. Most podpalił ostatni żołnierz schodzący zeń. Do tej akcji przygotowaliśmy się jeszcze będąc przed mostem. Zdawaliśmy sobie sprawę, że kozacy mogą przecwałować nawet po palącym się moście. Ale oni na to się nie zdecydowali. Widziałem jeszcze jak nadjechała pruska armata zaprzężona w parę koni, ale most już się palił  i konie nie poszły  w ogień. Próbowali odciąć konie i wierzchem przejechać most, ale te stawały dęba i wreszcie odwróciły i poniosły. Kozacy zdecydowali się jednak przejść most, ale ich konie też nie poszły w ogień, bo most już płonął na całego.

Zrobiła się noc. Zebraliśmy się do kupy i ruszyliśmy ostrym marszem za swoimi. Był problem z karabinem maszynowym, bo trzeba było obsłudze pomagać go nieść. W końcu trafiliśmy na jakąś podwodę i załadowali karabin. Noc była pogodna i ciepła. Spać się chciało, bo byliśmy piekielnie zmęczeni przeżytym dniem. Usiedliśmy w lesie przedrzemać troszeczkę.
Ledwie oczy przymknąłem, usłyszałem strzelaninę, i to całkiem niedaleko. Kozacy podchodzili nas z flanki. Dalej w nogi. Za nami szły patrole i budzili tych, którzy posnęli. Szukali ich po lesie i popędzali do przodu, bo Moskale już następowali. Ludzie kompletnie osłabli z głodu, bo niektórzy od poniedziałku nie mieli nic w ustach, a spało się w marszu. Budzono się w momencie, gdy jeden wszedł na drugiego. Całe wojsko szło jak śpiący rycerze. Zbieraliśmy w lesie kapustę zajęczą i grzyby. Jedliśmy na surowo. Niektórzy żuli żywicę sosnową wybieraną z naczyniek rozwieszonych na drzewach.

Spotkał mnie mój komendant kompanii, nadporucznik Piotrowski. Miałem pełną czapkę kapusty zajęczej i jadłem ją (kapustę). Pyta się, co ja jem, i prosi by mu dać trochę. Jechał na koniu. Koń w lesie nie miał problemu z wyżywieniem się. Gorzej było jeźdźcowi.
Nagle pada rozkaz:
Schwarmline auf der Stelle und schüssen  (tyralierą w miejscu strzelać).
Rozsypaliśmy się w tyralierę i nieco podsunęli do przodu w kierunku jakichś okopów. Przez całą zimę na tyłach kopano bardzo solidne okopy, by w razie odwrotu były gotowe linie oporu. Kiedy byliśmy już w okopach i zaczęli strzelać, zauważyliśmy, że Moskale podsunęli się już pod same okopy. W tym miejscu była jakaś polana. Poszły w ruch granaty ręczne. Już widzieliśmy zabitych i rannych. U nas także były już ubytki. Z tyłu za naszymi okopami biegła leśna wąska dróżka. Nią to przyszliśmy w to miejsce.

Nadjechała pędem armata. Z przeciwnej strony nadbiegli nasi żołnierze z krzykiem, że kozacy stoją już na drodze. Artylerzyści  zaczęli pośpiesznie odwracać armatę, by uciec tą samą drogą, którą przyjechali. Prosili kolegów z piechoty o pomoc. Piechurów kręciło się koło nas wielu. Byli z różnych oddziałów i nie wiedzieli, gdzie się udać.
Nasza kompania, mając swego dowódcę i będąc jako tako zorganizowaną – broniła okopów. Strzelaliśmy bez opamiętania. Korzystaliśmy z amunicji kolegów rannych lub zabitych. Ogień prowadziliśmy może z godzinę albo i dłużej. Zdawało mi się, że strzelamy już wieczność.
Kiedy artylerzyści zmagali się nadal ze swoją armatą, nadbiegli nasi z wiadomością, że Moskale są już na drodze.

A było to tak: atakujący nas Moskale wycofali się, nie mogąc przemóc naszej obrony i przełamali się na innym odcinku, nie tak dobrze zorganizowanym. Z jednej strony kozacy, z drugiej strony piechota rosyjska, a my pośrodku z jedną armatą. Artylerzyści wreszcie opanowali się i przygotowali do strzelania kartaczami. Okazało się, że nie mają pocisków w jaszczykach (skrzynkach amunicyjnych).
Do ucieczki pozostał nam tylko jeden kierunek. Można było przeprowadzić atak. Oficerowie, którzy się z nami znajdowali, namawiali do tego, ale nikt ich nie słuchał. Każdy starał się jakoś swoim przemysłem ujść w gąszcze, tak, by go nikt nie widział. Nikt jakoś nie chciał głowy nadstawiać. Każdy był zadowolony z zaistniałej sytuacji stwarzającej możliwość ucieczki. Artylerzyści poodcinali konie i z nimi przepadli w lesie.

Szliśmy, a raczej biegli, nie znając kierunku. Mogliśmy uciekać tylko w tym kierunku, bo już z trzech stron byliśmy otoczeni. W lesie było gorąco i parno nie do wytrzymania. Do tego byliśmy głodni i paliło nas pragnienie. Zmieniliśmy kierunek, bo znowu wpadliśmy na nieprzyjaciela. To nas przybywało, tak, że mogliśmy nawet zorganizować obronę; to znów nas ubywało, że stanowiliśmy tylko kilkuosobową grupę. Wszystko było w ruchu.

Już prawie cały dzień miotamy się po tym lesie. Zaczęło się ściemniać. Chcąc nie chcąc, musieliśmy się zorganizować w obronę z tylu, ilu nas było. Nie mieliśmy innego wyjścia. Broniliśmy się do ciemnej nocy. Później wszystko ucichło, a my biegiem na oślep, ile tylko kto miał sił. Trafiliśmy na pobojowisko. Byli tam zabici i ranni, nasi i Rosjanie. Wszystko wymieszane. Naszych rannych zabraliśmy ze sobą.
Nareszcie jakimś cudem trafiliśmy na bardzo dobrze utrzymaną szosę. Maszerowało dużo wojska, jechały podwody i artyleria, karabiny maszynowe i wozy sanitarne. Dołączyliśmy do nich. Tu maszerowało się wygodnie, bo równa droga pozwalała spokojnie spać w marszu. Nie było niebezpieczeństwa zderzenia się z drzewem czy też potknięcia o korzenie. Jedynie od czasu do czasu wpadało się na któregoś  z kolegów, także drzemiącego. Szła cała nasza dywizja. Rozbita i rozproszona. Po drodze stały patrole i wskazywały miejsca, gdzie który pułk się organizuje.
Moja dywizja miała cztery pułki. Pułki 17. i 34. tworzyli sami Polacy, 33. Rusini, i nasz 18. złożony z Polaków, Rusinów i Niemców.

Idąc dalej gościńcem, poczułem zapach zupy. To właśnie tu gromadził się mój pułk. Idąc za zapachem trafiłem do kuchni. Kucharze spytali z której jestem kompani. Odpowiedziałem, że z czwartej. Odesłali mnie dalej, gdzie stała nasza kuchnia. Zmęczony śmiertelnie szedłem półprzytomny, obijając się o drzewa, do mojej kuchni. Odnalazłem ją, tylko że nie wiedziałem, gdzie podstawić menażkę by, mi nalano zupy. Byłem tak nieprzytomny. Kucharze śmiali się ze mnie, że stoję jak manekin, a ja stałem i spałem.