W jedną majową niedzielę, gdyśmy byli na mszy polowej, trębacz zatrąbił na alarm i do zbiórki na odmarsz. Dochodziło już do nas dudnienie armat. Sygnał ten przeszył nas do szpiku kości. Niektórzy starsi żołnierze żegnali się i odmawiali modlitwy, jak by to był sygnał na śmierć. Na mnie głos trąbki podziałał paraliżująco. Dosłownie skamieniałem i nie mogłem ruszyć się z miejsca. Stanęło mi przed oczyma całe widmo grozy wojennej. Znowu zacznie się mordowanie. Popatrzyłem po kolegach. Każdy przeżywał zew trąbki na swój sposób. Każdy na swój sposób przypominał sobie doświadczenia wojenne.

Msza trwała nieprzerwanie. Po zamilknięciu trąbki nastąpił moment Podniesienia. Ministrant dzwonił głośniej niż potrzeba było, co jeszcze bardziej spotęgowało w naszych duszach poczucie grozy. On także był zdenerwowany. W ciszy, jaka zapanowała słychać było ciężkie westchnienia. Po podniesieniu:
–  Habacht (baczność). W prawo zwrot. Marsz.
Pomaszerowaliśmy na swoje kwatery. Ksiądz kończył mszę bez nas. W czasie takiej mszy polowej warta honorowa pełniła służbę w pełnym uzbrojeniu. Na Ewangelię i Podniesienie nie klękała ani nie zdejmowała czapek, tylko prezentowała broń.
Pośpiesznie wydano obiad, jeszcze nie dogotowany. Odmarsz.

Szliśmy bardzo szybkim marszem. Dzień był gorący. Woda się z nas lała, bo mundury przesiąkły potem na wylot. Pragnienie okrutnie dokuczało, lecz nie było czasu na odpoczynek ani szukanie wody. Cały pułk maszeruje, ponad 3.000 ludzi. Nie było możliwości zdobycia wody w takiej ciżbie.
Maszerowaliśmy po piaszczystej drodze. Męczyliśmy się okropnie. Z nastaniem nocy widać było łunę powstałą ze świateł rakiet i reflektorów. Strzelaninę było słychać coraz wyraźniej. Nagle, późno w nocy stanęliśmy na drodze w takim szyku, w jakim maszerowaliśmy. Nie wyglądało to na odpoczynek. Może dowództwo straciło orientację? Może czekało na dalsze rozkazy? Zaczął padać deszcz. Posiadaliśmy na drodze. Nakryłem się płachtą namiotową i zwinąłem jak kot. Deszcz bębnił po płachcie i to mnie uśpiło. Przebudziłem się, dookoła czarna noc i cisza przerywana hukiem od strony frontu.

Straciłem orientację  i nie wiedziałem, w którą stronę poszło wojsko. Szukałem śladów na błocie, ale czerń nocy nie pozwoliła mi się zorientować co do kierunku odmarszu. Puściłem się w drogę na chybił trafił. Szedłem dość długo, może z pół godziny. Po drodze spotkałem barak wojskowy i poznałem, że to miejsce już mijaliśmy. Oznaczało to, że ja poszedłem w odwrotnym kierunku, wróciłem się. Odwróciłem i pomaszerowałem dobrze nogi wyciągając. Droga weszła w las. Ciemno, tylko piasek się bielił. Trzymałem się tego bielejącego pasma. Obawiałem się, czy czasami front nie został przerwany i Moskale nie poszli naprzód. Wtenczas oczywiście wpadłbym im w ręce.
Zaczęło świtać. Doszedłem do szosy. Wzdłuż szosy ciągnęła się kolejka leśna. Już był dzień, gdy nadjechała lokomotywka ciągnąca parę wagoników. Maszynista wytłumaczył mi, że nie widział żadnego wojska, bo wyjechał z lasu z boku. Idę drogą. Widzę ślady ludzi i koni. Wyszedłszy z lasu, zobaczyłem zabudowania i kręcących się koło nich żołnierzy. Znalazłem swoją kompanię. Było już po śniadaniu. Byłem wyczerpany, szedłem przecież przez pół nocy. Niedługo odpocząłem, bo dalej marsz. Szliśmy lasami. Każda kompania oddzielnie. Znaczyło to, że już idziemy na linię frontu.

Pułk był przygotowany do wielkiej ofensywy. W każdym plutonie był karabin maszynowy. Dowództwo przygotowywało się do pierwszego natarcia tak, by zaskoczyć Rosjan.
Strzały coraz wyraźniejsze. Na postoju rozdali nam amunicję  i granaty ręczne. Było co dźwigać. W lesie gorąco i parno. Mijamy stanowiska artylerii. Słychać już nawet pojedyncze strzały karabinowe, głosy ludzi, komendy, jęki  rannych.
–  Bagnet na broń. Naprzód marsz.
Działałem jak automat. Bagnet na broń, to bagnet na broń. Założyłem ten bagnet na karabin i walę naprzód. Taki rozkaz. Kule świszczą. Strzelamy, ale nie wiemy do kogo i gdzie on jest. Już popołudnie. Nadbiegają żołnierze. Widzę, że to legioniści. Nawymyślali nam, że do nich strzelamy. Z miejsca zrozumiałem, że koledzy nie spodziewając się tam naszych wojsk wzięli poruszających się na przedpolu ludzi za Moskali. A to ze szczególnego powodu. Zarówno Rosjanie jak i legioniści nosili okrągłe czapki.

Kazano nam pośpiesznie przesunąć się na prawe skrzydło. Tam Rosjanie przerwali front. Te wojska, które tu są – powinny linię frontu utrzymać. My zaś mamy zlikwidować wyrwę we froncie austriackim.
Pobiegliśmy w prawo. Trafiliśmy na kozaków. Strzelamy do nich. Oni nie za bardzo mogli poruszać się w lesie na koniach, więc się wycofywali. Nie wiadomo, jakim sposobem dostała się tu konnica. Prawdopodobnie był to przedni patrol, który przedarł się przez nasze linie Kilku kozaków i kilka koni padło od naszych strzałów.
Idąc naprzód posuwamy się po trupach Austriaków i Rosjan. Wreszcie natrafiliśmy na silny opór nieprzyjaciela. Już są u nas zabici i ranni. Ranni nie odchodzili od naszej linii, bo bali się zabłądzić w lesie  i natknąć na jeszcze większy ogień. Za nami pokazało się jakieś wojsko. Ktoś krzyknął:
–  Moskale za nami.

Obróciliśmy się, gotowi do obrony. Patrzymy, a to Niemcy. Oni także mieli okrągłe czapki jak Moskale. Niemcy stracili kierunek i chcieli się wycofać. Tymczasem natrafili na nasz atak i zamiast do tyłu, jak się okazało, szli do przodu. Kiedy Niemcy zobaczyli, że trzymamy front, wycofali się. A tu z tyłu rzeczywiście nadeszli Moskale. Dopuściliśmy ich całkiem blisko, bo zdawało się, że to wracają Niemcy. W lesie i to dość gęstym, rozpoznanie mogło być mylące.
Zostaliśmy otoczeni. Moskale i z przodu i z tyłu. Niewiele myśląc, każdy na własną rękę zaczął szukać ratunku. Jedni poszli na prawo, a ja z kilkoma kolegami  w lewo. Krzyk, huk, harmider w lesie niesamowity. Spotykamy w lesie rannych i zabitych Rosjan, Austriaków, Niemców, kozaków i legionistów. Ranni, którzy mogli chodzić, nawet nie wiem, czy tylko nasi, przyłączyli się do nas. Powiadali, że od dłuższego czasu nie spotkali nikogo.
Przedzierający się przez las Niemcy pospołu z legionistami zwarli się z Moskalami w walce wręcz.

Gdy nasza grupa przyłączyła się do walczących, Moskale poddali się. Co teraz z nimi robić i gdzie teraz  z nimi iść? Chłopcy z mojego plutonu wybrali mnie komendantem swoim, bo żadnej szarży nie było z nami. Wszystko się rozsypało po lesie. Ja ze swoją grupą, ciągle powiększającą się, bo przybywali nam nowi rozbitkowie, idziemy według naszego mniemania na tyły naszego frontu. Może gdzieś napotkamy jaką komendę? Żywiliśmy nadzieję, że tak jak już nieraz bywało w odwrocie, jakimś trafem wszyscy spotkamy się w jednym miejscu. Znajdą się też i dowódcy.

Znowu natknęliśmy się na Moskali. Rozsypaliśmy się w tyralierę. Każdy krył się, gdzie mógł. Zza drzew, pni i wykrotów, a nawet trupów walimy w nich z karabinów. Ci pomału wycofali się, pozostawiając rannych i zabitych. Jak mówili ranni, była to grupa zagubionych i szukających kontaktu z Austriakami, by się im poddać do niewoli. Tymczasem myśmy ich przepłoszyli. Zbliżał się wieczór i jeść się zachciało. Wody w lesie nie brakowało. Chociaż brudna, ale gasiła pragnienie. Chcieliśmy wyjść z lasu do nocy. Pozostać na noc w lesie w takim bałaganie wcale nam się nie uśmiechało. Co robić ze sobą? Biegniemy w którąś stronę. Słychać zażartą bitwę i krzyki, słychać Austriaków. Zebrałem dosyć liczną grupę, bo każdy, kogo spotkaliśmy, przyłączał się do nas. Dołączyli też jacyś podoficerowie. Nie chcieli jednak przejąć komendy. Tłumaczyli się, że nie wiedzą gdzie są i co mają robić. Mieli swoje plutony, ale gdzieś się rozpadły w tym rozgardiaszu. Zostało ich niewielu i dołączyli do nas nie chcąc w pojedynkę szukać swych pododdziałów.

Wydałem rozkaz ruszenia z pomocą naszym. Chłopcy zgodzili się. Podsuwamy się tyralierą, ale nie strzelamy, by nie razić naszych. Gdy zbliżyliśmy się dostatecznie blisko zobaczyliśmy, że walka dobiega końca. Nastąpiła ugoda między walczącymi stronami. Austriacy się poddali, bo ich było mało. Jedni z moich chłopców krzyczą by strzelać, inni by nie strzelać, bo możemy trafić naszych, a jeszcze inni by poddać się do niewoli. Niby była taka zasada, że trzeba walczyć nawet w momencie zabierania do niewoli. Bito Moskali, ale padło dużo naszych. Kilku Moskali zbliżyło się, by zobaczyć co za goście się zbliżają. Gdy nas zobaczyli, krzyknęli:
–  Austrijcy !
Cały ich niewielki oddział zwrócił się w naszą stronę. Broniliśmy się. Z przeciwnej strony wszyscy padli na ziemię. Austriacy też. W czasie tej strzelaniny ta moja zbieranina kurczyła się, pojedynczo znikali. W końcu dałem rozkaz:
–  Rückzug (odwrót).

Kiedyśmy się wycofali i znaleźli na jakiejś polanie koło drogi spotkaliśmy się z tymi co byli wzięci do niewoli. Było ich tylko kilku. Powiadali, że reszta albo zginęła, albo nie udało im się uciec. „Swoich” jeńców rosyjskich gdzieś pogubiliśmy w lesie w czasie tej szarpaniny.
Na tej polanie zebrali nas, sformowali na nowo nie patrząc na to kto z był jakiego oddziału. Była to zbieranina: Austriacy, legioniści, Niemcy, nawet Moskale (tych odesłano do zgrupowania jenieckiego). Jakiś oficer objął komendę i naprzód. Oficer był Niemcem, Prusakiem. Jego zastępcą był Austriak. Niemca legioniści nie traktowali poważnie. Podzielił nas na plutony. Uskładało się chłopa na dwa plutony i jeszcze zostało na mały oddziałek.

W lesie zaczęło się uspokajać. Idąc naprzód natrafiliśmy na linię Moskali. Zaczęliśmy strzelać, Moskale też. Ich strzały były gęste, nasze rzadziutkie. Legioniści zwiali od nas ze swym oficerem, który w mojej grupie udawał szeregowca nie zdradzając swego stopnia. Austriaków też niewielu zostało. Nikt nie chciał słuchać oficera Prusaka.
Wspomnę tu, że choć wojnę prowadzili razem i na froncie obowiązywało pełne porozumienie, to Austriacy nienawidzili Prusaków, gdyż ci traktowali nas jako niższą kategorię ludzi – gorszy materiał wojenny. Jeżeli doszło do tego, że trzeba było razem nocować, to Prusacy zabierali lepsze kwatery. Nawet potrafili wysadzić Austriaków z kwater już przez nich zamieszkanych.

W końcu rozleźliśmy się wszyscy temu oficerowi. Zrobiło się już ciemno. Z kilkoma kolegami znalazłem się na drodze, którą maszerowało dużo wojska, jechały podwody, armaty. Wszystko to uciekało. Ogólny odwrót. Skończyła się całodniowa bitwa pod Maniewiczami.