Mój umysł składa się z fragmentów
Byron, Dziennik
1.

Badacze zajmujący się romantyczną poetyką fragmentu wskazują zazwyczaj na dwie zasadnicze przyczyny jego niezwykłej popularności w epoce1. Po pierwsze, źródeł tej popularności można się doszukiwać w XVIII-wiecznej modzie na wszelkiego rodzaju „rękopisy odnalezione” (bądź podrobione). Szczególnym zainteresowaniem poszukiwaczy cieszyły się wówczas zwłaszcza zabytki literatury średniowiecznej i ludowe pieśni.

Świadomość, że wszystkie ocalałe sagi, poematy i pieśni stanowią jedynie nikłą część dawnej kultury, dodatkowo intrygowała wielbicieli przeszłości, pobudzała ich wyobraźnię i prowokowała do intensywnych starań o ocalenie jak największej ilości śladów dawnego piśmiennictwa. Znak czasu, który odcisnął swoje piętno na starych rękopisach i drukach, nadawał im swoistego uroku, był jakby stemplem poświadczającym ich archaiczność i autentyczność (z podobnych przyczyn kultura drugiej połowy XVIII wieku tak bardzo ceniła sobie ruiny). Na fali tej mody, za sprawą zwiększonego zainteresowania starożytnością, szybko zaczęły pojawiać się mniej lub bardziej udane falsyfikaty, które – czy to w celu ukrycia fałszerstwa, czy też ze względów estetycznych – także ogłaszano jako fragmenty. Wystarczy wspomnieć, że niewątpliwie najsłynniejszy z tych falsyfikatów – Pieśni Osjana Jamesa Macphersona – nosi podtytuł Fragments of Ancient Poetry. Za sprawą Pieśni i tysięcy podobnych stylizacji2  fragment stał się pod koniec XVIII wieku popularną formą pisarską. Tekst fragmentaryczny zaczął kojarzyć się z czymś prawdziwym, niezafałszowanym. Dotyczyło to zwłaszcza „odnalezionych” – oczywiście we fragmentach – pamiętników.

Po drugie, źródeł romantycznej mody na fragmenty można się doszukiwać w recepcji powieści Laurence’a Sterne’a, którego czytali lub przynajmniej znali z drugiej ręki wszyscy czołowi romantycy: Byron, Mickiewicz, Słowacki, Jean Paul, E.T.A. Hoffmann i inni. Jak pisała Marta Piwińska: Sterne patronował romantycznej biografii złożonej z luźnych epizodów, pełnej przemilczeń i przegadań (dygresji)3. Angielski pisarz dokonał bowiem w literaturze, jak zauważa badaczka, prawdziwego „przewrotu kopernikańskiego”4: odwrócił mianowicie relację między autorem/narratorem a powieściową fabułą. Naczelnym tematem swoich powieści uczynił „ja” narratora, natomiast fabułę traktował jedynie jako pretekst do obserwacji owego „ja”. Powieściowa prawda Sterne’a to prawda „czującego” i przeżywającego podmiotu, prawda oparta na jednostkowym przeżyciu, na subiektywnym, „sentymentalnym” oglądzie świata. Podróż sentymentalna jest zatem nie tyle podróżą w sensie dosłownym, ile wędrówką „wewnętrzną”. Mniej istotna jest jej trasa i cel. Uwaga autora skupia się na czym innym: na wrażeniach, impresjach i przeżyciach sentymentalnego podróżnika. Oddaniu tych właśnie wrażeń podporządkowana została struktura Podróży sentymentalnej i Życia i myśli JW. Pana Tristama Shandy. Sterne z premedytacją naruszał w nich chronologię opisywanych wydarzeń, burzył klasyczną kompozycję, lekceważył zasady gatunkowe. Jego powieści przyjmowały postać luźno powiązanych ze sobą fragmentów, ponieważ tylko w ten sposób możliwe było uchwycenie zmiennej, płynnej, niefrasobliwej narracji „czującej” jaźni.

Metodę tę przejęli i po swojemu rozwijali romantycy. Korsarz, Dziady, Godzina myśli, Beniowski czy Menego to tylko nieliczne przykłady takiego sternowskiego ujęcia biografii romantycznego bohatera. Błędem byłoby jednak traktować romantyczny fragment jako prostą kontynuację i rozwinięcie techniki powieściowej angielskiego pisarza. Nie tłumaczy go również moda na „fragmenty starożytnej poezji” ani tym bardziej zwyczaj publikowania powieści w odcinkach5. Bowiem nie tylko i nie przede wszystkim o psychologiczny weryzm (prawdę sentymentalnego odczuwania świata) romantykom chodziło, nie zawsze interesowała ich stylizacja utworu na podniszczony średniowieczny rękopis. W XVIII-wiecznym fragmencie odnaleźli oni wygodną formę, którą interpretowali jednak na własny sposób.

2.

Hegel w przedmowie do Fenomenologii ducha pisał, że „prawda jest całością”6. Romantycy nie wierzyli mu jednak, bo na ogół nie ufali filozofom, chociaż często z filozofami się przyjaźnili, z filozofii, zwłaszcza idealistycznej, czerpali inspirację, a poezja była dla nich sposobem filozofowania. Nie wierzyli zwłaszcza filozofii tworzącej abstrakcyjne „systemata”, cechującej się przewagą teorii nad praktyką, takiej, która – jak pisał Norwid w Promethidionie – wybierała „wiedzę” zamiast „mądrości” i tym samym wyczerpywała się w jałowej żonglerce pustymi terminami. Dla Norwida synonimem takiej „sofisterii” był właśnie Hegel. Dla Mickiewicza – filozofia w ogóle. Warto tu przytoczyć jego znamienny list do filomatów (z 27 I / 8 II 1820 roku). Mowa w nim o filozofach, których dzieła przesłał poecie do Kowna Jan Czeczot:
Nie czytałem tych durniów, ale każą (słyszę) biedę zwyciężać. Durnie, powtarzam; uczyli pływać, stojąc na brzegu, czasami wleźli do małej sadzawki i radzi, że wypłynęli, piszą już teorie. Durnie, po trzecie; gdyby ich kto do jeziora, na przykład na dwa lata do Kowna rzucił, pływaliby może dłużej ode mnie (wątpię), a w końcu i głupiec, i filozof musi topić się. Najlepiej nie czuć; ale nie można7.

Ten, który nigdy nie wypłynął na głębokie wody (na przykład nie był belfrem w Kownie), nie zrozumie tonącego (kowieńskiego belfra). Nie można uczyć kogoś pływać, stojąc bezpiecznie na brzegu, przy pomocy samych tylko „teorii”. Prawdą jest wyłącznie to, zdaje się tu mówić Mickiewicz, czego sam na własnej skórze doświadczam. I dlatego prawdzie naukowej, filozoficznej, teoretycznej Mickiewicz-romantyk przeciwstawia w tym liście prawdę własnej egzystencji. A ta jawiła się najczęściej jego rówieśnikom i następcom nie jako sensowna całość, ale jako coś przygodnego, rozdartego, rozbitego; jako nieskładny zbiór epizodów. Takie postrzeganie egzystencji było wspólnym, pokoleniowym doświadczeniem romantyków. Dawał mu wyraz Krasiński, żaląc się przyjacielowi: Żyję w świecie, którego nie scala żadna jedność. Sny przenoszą mnie w przeszłość, potem ukazują rąbek przyszłości, która znika po chwili (…) Jest to jak gdyby labirynt8; Słowacki, postulując w Godzinie myśli: Trzeba życie rozłamać w dwie wielkie połowy, i dodając w Horsztyńskim: Są serca rozdarte na cztery części… jak zapisane głupim poematem karty papieru w ręku rozsądnego człowieka...; wreszcie Musset, kreśląc zbiorową biografię przedstawicieli swojego pokolenia: Za nimi przeszłość, na zawsze zniweczona, szamocząca się jeszcze na własnych gruzach (…), przed nimi świt olbrzymiego widnokręgu, brzaski przyszłości; i, między tymi dwoma światami… coś podobnego do Oceanu, który dzieli stary ląd od młodej Ameryki, coś dziwnie niepewnego i mglistego (…). Otóż w tym chaosie trzeba było wówczas wybierać9. Wyłania się z tych wybranych przypadkowo cytatów obraz egzystencji rozdartej, pozbawionej osi i drogowskazów. Egzystencji, która jest zaledwie fragmentem niezrealizowanej całości, zbiorem epizodów, których nie scala żaden cel ani żadna idea.

Romantycy najczęściej doszukiwali się przyczyn takiego stanu rzeczy w otaczającej ich rzeczywistości: społecznej i politycznej. Zgodnie podkreślali, że przyszło im żyć w „czasie marnym”. Musset we wstępie do Spowiedzi… scharakteryzował całe pokolenie „synów rewolucji i wnuków cesarstwa” jako ludzi pozbawionych teraźniejszości. Krasiński porównywał wydarzenia 1846–1848 do Apokalipsy, a siebie samego do Kasandry. Teraźniejszość jakby dla nich nie istniała, a jeśli istniała to tylko jako piekło, przekleństwo, czas próby, epoka przejściowa. Żyli oni nieustannie wychyleni w przeszłość lub przyszłość. Dlatego tak często powracali do wielkich mitów ludzkości: mitu dzieciństwa, mitu średniowiecza, mitu starożytnej Grecji (Słowacki, Krasiński, Novalis). Stąd też brały się ich marzenia o powszechnych rewolucjach i projekty mesjanistycznych utopii (Mickiewicz, Cieszkowski). Fragmentaryczne biografie romantycznych bohaterów – tych z powieści poetyckich Byrona, Dziadów Mickiewicza czy Kordiana Słowackiego, by przywołać tylko najbardziej znane przykłady – są odbiciem tego fundamentalnego egzystencjalnego, pokoleniowego doświadczenia10. Miłość Gustawa już się skończyła, pozostała tylko pamięć o niej – pamięć zawodna, wybiórcza i niesprawiedliwa. Pamięć, dla której przeszłość dostępna jest już tylko we fragmentach. Z kolei prawdziwa misja Konrada zacznie się dopiero w ostatnim fragmencie epilogu, po spotkaniu z „prorokiem”, pod oknem cara. Życie (?) pierwszego jest nieustannym rozpamiętywaniem, życie drugiego – ciągłym oczekiwaniem. Te i wiele podobnych biografii nie mogły mieć początku albo końca (a najczęściej i tego, i tego). Opowiadano je zatem w utworach oddanych do druku z adnotacją, że stanowią one „pierwszą część” planowanej całości (Beniowski, Kordian) albo przeciwnie – w utworach ogłoszonych jako zarzucone, już z góry skazanych na pozostanie fragmentem (Godzina myśli, Menego).

3.

W swojej najważniejszej rozprawie o estetyce Schelling zdefiniował dzieło sztuki jako skończone przedstawienie nieskończoności11. Krasińskiemu, który był do filozofów bardziej przychylnie nastawiony niż Mickiewicz, i który czytał Schellinga, głęboko zapadł w pamięć ten estetyczny postulat. Jednak to, co filozof zamknął w zwięzłej i atrakcyjnie brzmiącej formule, dla poety stanowiło nie lada wyzwanie. Jak mianowicie to, co „nieskończone”, zawrzeć w tym, co „skończone”?
Słowa wyrażające nasze uczucia, nasze namiętności, nasze przeżycia, są zawsze zupełne: zdają się oznaczać jedność zamkniętą, gdy tymczasem nasze uczucia i przeżycia nigdy prawie nie są czymś zamkniętym, zupełnym (…). Weźmy na przykład słowo miłość: w każdym języku słowo to oznacza rzecz prawie całkiem inną niż w poszczególnej duszy; słowo jest tu czymś nieruchomym, ustalonym, skończonym; w duszy miłość jest uczuciem potężnym, składającym się z tysiąca odruchów, które rozszerza się i kurczy, rośnie i opada, słowem żyje i wskutek tego nie ma granic, jest nieskończone i nie mieści się w czasie12.

Wydaje się zatem, że język nie jest w stanie wyrazić tego, co „nie ma granic, co jest nieskończone i co nie mieści się w czasie”. A jednak właśnie to trzeba za jego pomocą wyrażać. Skoro tak, należy owe nieskończone i językowo nieuchwytne fenomeny przynajmniej w jakiś sposób w dziele zasugerować. W tym celu romantycy często uciekali się do pomocy przemilczenia13. Kategoria ta ściśle wiąże się z problematyką fragmentu. Przemilczenie jest bowiem w tekście „miejscem pustym”, brakiem słowa, a zarazem jego ekwiwalentem. Odsyła ono do tego, co nie zostało napisane i sprawia tym samym, iż utwór staje się fragmentem niewypowiedzianej całości, odsyłaczem do czegoś niewyrażalnego. Tak jest na przykład w sonecie Mickiewicza Droga nad przepaścią w Czufut-Kale:

Mirzo, a ja spojrzałem! Przez świata szczeliny
Tam widziałem – com widział, opowiem – po śmierci,
Bo w żyjących języku nie ma na to głosu14.

Jest zarazem jakiś zachwyt, bezradność i niezdarność w tym „tam widziałem”. Mickiewicz nie mógł jednak oddać wrażenia, jakie wywarła na nim górska przepaść inaczej. Są bowiem rzeczy, których nie sposób wyrazić. Dlatego zamiast opisu pojawia się tu gest ręki, który kieruje wyobraźnię czytelnika ku „szczelinom świata”, zastępując ich niemożliwy opis. Przemilczenie pojawia się tu jakby w zastępstwie języka, gdy mowa okazuje się niewystarczającym narzędziem poznania i wyrażania.
Najczęściej ujawniało się ono w tekście jako „miejsca puste”: światła, pauzy, wielokropki, nagle urwane wersy. Tym nieobecnym graficznie, aczkolwiek niezwykle skondensowanym semantycznie miejscom, Norwid w swoim ostatnim eseju nadawał doniosłe filozoficzne znaczenie. Przemilczenie, pisał, będąc żywotną częścią mowy, daje się naprzód w każdym zdaniu wyczytać, a potem jest logicznym następnego zdania powodem i wątkiem (…). Zdania tak abstrakcyjnie bladego, które by wcale nie przynosiło ze sobą przemilczenia, prawie niepodobna jest wymyślić!15. Każdy tekst zawiera zatem jakąś przemilczaną treść, każdy jest semantycznie niesamodzielny – jest fragmentem. Słowa, zdania, wiersze, powieści, dramaty to tylko pojedyncze kwestie jakiegoś odwiecznego i nieskończonego dialogu.
Norwid co prawda zastrzegał, że jego teoria jest na wskroś oryginalna, jednak nietrudno dostrzec jej romantyczne korzenie. Milczenie (1882) jest jakby podsumowaniem i wyciągnięciem ostatecznych wniosków z romantycznej filozofii fragmentu. Bowiem podobnie jak wcześniej dla Mickiewicza i Krasińskiego, tak i dla autora Nerwów fragment był sygnałem – faktycznej bądź mistyfikowanej – niepewności i bezradności poznawczej. Ilustrował filozoficzne przekonanie o ułomności ludzkiego poznania.

4.

Genezyjska twórczość Słowackiego jest jednym wielkim palimpsestem16, w skład którego wchodzą poematy (Król-Duch), dramaty (na przykład Samuel Zborowski, Ksiądz Marek), liczne wiersze, setki nieuporządkowanych większych i mniejszych fragmentów, zarysów, szkiców, notatek, tekstów przekreślonych i inne. Jakby tego było mało, nie bardzo wiadomo, czy wciąż powstające kolejne odmiany tekstów miały eliminować poprzednie redakcje i je zastępować, czy też funkcjonować równolegle z wersjami poprzednimi. Albo-albo. Całość, o ile można mówić w tym przypadku o jakiejś całości, przypomina bardziej zbiór nieuporządkowanych, luźno powiązanych ze sobą elementów niż z zamysłem komponowane dzieło. Poszczególne utwory Słowackiego z tego okresu, te, które znamy z wydań, są w równej mierze dziełem samego autora, co jego wydawców, którzy na własną odpowiedzialność starali się zaprowadzić w tym nieładzie porządek. Trudno jednoznacznie stwierdzić, na ile chaos, który pozostawił w swoich papierach poeta wynika z przyjętej filozofii pisania, a na ile z pośpiechu, w jakim pracował nad swoimi ostatnimi dziełami. Jakkolwiek by było, dla nas teksty te są, mówiąc metaforycznie, światami uchwyconymi w momencie powstawania, gdy stwórcze fiat poety jeszcze nie wybrzmiało. Z konieczności zatem musimy o nich myśleć i pisać jako o fragmentach.

Na tę fragmentaryczność był zresztą Król-Duch skazany. Słowacki marzył przecież, tak jak wcześniej Novalis, o napisaniu dzieła totalnego, ogarniającego wszystkie dziedziny wiedzy, będącego w równym stopniu literaturą, filozofią i nauką. Takie dzieło nieuchronnie musiało rozrastać się w nieskończoność, musiało pozostać fragmentem. Zgodnie z filozofią genezyjską duch skazany jest na wieczną pracę, wciąż zmienia przy tym formy i nigdy nie wiąże się trwale z materią. Podobnie chciał chyba tworzyć Słowacki. Dlatego nie troszcząc się zbytnio o racjonalny porządek swojego dyskursu, zapisywał gorączkowo, niemal automatycznie kolejne obrazy, których następstwem i wzajemnymi relacjami rządzi logika poetyckiej wizji. Są one świadectwem mistycznego doświadczenia i jego prawdzie zostały podporządkowane. Jak pisała Maria Janion:
Jest to całość szczególnego rodzaju: całość romantycznej »formy otwartej«, całość wielowariantowa, nie linearna, migotliwa, w której biegną równocześnie pulsujące wątki. Używam słowa »pulsujące« rozmyślnie. Jak bowiem inaczej wyrazić ideę rzeczywistości epifanicznej i wulkanicznej mistycznego Słowackiego, rzeczywistości objawiającej się w rozbłyskach, przez to nieciągłej i wybuchającej to większymi, to mniejszymi skupieniami17.

Czy jednak pisząc o Królu-Duchu  i innych dziełach genezyjskich jako o romantycznych fragmentach, nie mylimy pojęć? „Fragment” jest w ogóle określeniem nieprecyzyjnym, zawierającym w sobie co najmniej kilka różnych znaczeń. Próbę typologii tego zjawiska podjął Kazimierz Bartoszyński18. Podzielił on wszystkie fragmenty na „imitowane” i „autentyczne”. Fragmentaryczność „imitowana” oznacza celowe nadawanie dziełu pozorów niekompletności. Jest ona pewną konstrukcją artystyczną, kompozycją udającą nieład, imitującą fragmentaryczność. Tak rozumiany fragment jawi się jako zjawisko artystyczne polegające na grze z formą, cechujące się rozluźnieniem bądź odrzuceniem tradycyjnej kompozycji (nielinearność narracji, brak początku bądź zakończenia, przeskoki i inwersje czasowe). W rzeczywistości stanowi on jednak intencjonalną i semantyczną całość, faktycznie bowiem jest tekstem skończonym (każda „antyforma” jest jakąś formą, każda „antykompozycja” jakąś kompozycją). Czynnikiem decydującym okazuje się tu intencja autora, który świadomie nadaje dziełu cechy fragmentu. W ten sposób skonstruowane są na przykład powieści poetyckie Byrona, który w przedmowie do Giaura pisał: Rozerwane ułamki niniejszego poematu składają powieść o smutnych losach branki muzułmańskiej19. Podobnie  w Bohaterze naszych czasów (dziennik Pieczorina), Dziadach czy Beniowskim.
Z kolei do fragmentów „autentycznych” można zaliczyć zarówno teksty z natury niesamodzielne (aforyzm, glosa), jak i utwory, które znamy w wersji niepełnej na skutek zniszczenia lub zagubienia części tekstu (Poetyka Arystotelesa, Kazania świętokrzyskie). Fragment „autentyczny” reprezentują więc, zdaniem Bartoszyńskiego, teksty po prostu przez autora niedokończone lub uszkodzone. To właśnie przypadek Króla-Ducha (a także innych pism Słowackiego z lat 40-tych, które pozostały w rękopisach) czy Vade-mecum Norwida, które przetrwało do naszych czasów w wersji niepełnej (zaginęło albo uległo zniszczeniu kilkanaście ogniw cyklu).

Wydaje się, że podział ten jest oczywisty i jak najbardziej metodologicznie poprawny. Zwróćmy jednak uwagę, że kryterium podziału (intencja autora) jest cokolwiek mało precyzyjne. Co bowiem wiemy o intencjach Słowackiego, dotyczących jego niewydanych pism z lat 40-tych? Być może zamierzał je uporządkować i wydać, ale niewykluczone, że było odwrotnie. A jeśli chciał wydać, to co i w jakiej kolejności, w jakim porządku? Które fragmenty przeznaczył do publikacji, a które miał zamiar odrzucić? A może sam się już w tych zapiskach gubił20? Król-Duch nie jest z pewnością konwencjonalnym, „imitowanym” fragmentem, ale na dobrą sprawę, w kształcie, w jakim dotrwał do naszych czasów, stanowi on graniczny przypadek takiej romantycznej poetyki, którą Słowacki doprowadził tu konsekwentnie do końca. Czy naprawdę ma znaczenie, że poeta po prostu nie dokończył pisać, że zabrakło mu czasu by powstało Dzieło? Jarosław Marek Rymkiewicz twierdził, że i tak nigdy nie wypowiedziałby on swojej myśli konsekwentnie i do końca:
Słowacki nie był w stanie wyłożyć swojej myśli systematycznie i wyłożył ją chaotycznie, ponieważ jego myśl była chaotyczna. Chaos panujący w rękopisach – tak mówi mi mój domysł – ma więc swój odpowiednik, swoje usprawiedliwienie w chaosie panującym w myśli Słowackiego. Odmiany, wersje, warianty, kolejne redakcje mają swój odpowiednik w myśli, która się wikła, chce się rozwikłać, ale rozwikłać się nie mogąc, wikła się jeszcze bardziej21.
Równie zasadnie można by powiedzieć, że Słowacki nie tyle nie mógł, ile nie chciał „wyłożyć swojej myśli systematycznie”. Znamienne, że w latach 40-tych tak mało troszczył się o kończenie i wydawanie swoich dzieł (tych kilka utworów, które opublikował, stanowiło zaledwie ułamek tego, co pozostawił w rękopisach). Więc może sam proces pisania, owo „wikłanie się” było dla niego istotniejsze niż efekt finalny? Może Słowacki przestał troszczyć się o zamknięte, semantycznie jednoznaczne Dzieła, bo zrozumiał, że nie dadzą mu one tego, co ma do zaofiarowania fragment? Być może to właśnie fragment był dla niego – paradoksalnie – jedynym sposobem dotarcia do mitycznej całości.