Życie ukryte w słowach
La vida secreta de las palabras
Reżyseria: Isabel Coixet
Występują: Sarah Polley, Tim Robbins, Javier Cámara i inni
Hiszpania 2005
122 min.

 

Bohaterką filmu jest młoda kobieta, Hanna, pracownica fabryki-molocha gdzieś w Irlandii. Z długiego szeregu dni, z których każdy podobny jest do siebie i wypełniony tymi samymi czynnościami z przerwami na identyczne posiłki, wyrywa ją uprzejma, ale stanowcza sugestia szefa, by wzięła dłuższy urlop. Hanna wyjeżdża do portowego miasteczka, ale przy pierwszej nadarzającej się okazji zatrudnia się na platformie wiertniczej jako pielęgniarka poparzonego tam w czasie pożaru robotnika, Josefa. Jej opieka nad niezdolnym do bezpiecznej przeprawy do szpitala na lądzie mężczyzną ma trwać akurat tyle, ile jej urlop.

Dziwny niepokój wprowadza w tę historię już od pierwszych scen – pięknych widoków zanurzonej w bezkresie morza platformy – dziecinny, mechaniczny głosik z offu, który mówi o sobie, że towarzyszy Hannie. Hanna, milcząca i zamknięta w sobie, czasem do kogoś dzwoni, a gdy słuchawkę podnosi przystojna, starsza pani, dziewczyna nie odzywa się, chętnie natomiast słucha jej słów. Małomówność i obojętność Hanny na gwar dookoła ma określone usprawiedliwienie – kobieta posługuje się ukrytym w małżowinie aparatem słuchowym, który włącza i wyłącza – kiedy sama chce, jak podkreśla.

Prostota, z jaką opowiadana jest ta historia, omroczona jest przez ślady tajemniczej przeszłości. Nie poznamy jej jednak prędko. Gdy Hanna przybywa na platformę, okazuje się, że po wypadku wstrzymano wydobycie surowca, a pozostałych kilku członków załogi czeka niemal bezczynnie na rozstrzygnięcie losów ich firmy. Hanna w ciągu dnia dogląda Josefa, wskutek wypadku pozbawionego wzroku. On, zdany całkowicie na aktywność i pomoc swej pamięci, wyobraźni i pielęgniarki, chętnie mówi, snuje na głos rozmaite fantazje, chce sprowokować swoją opiekunkę do mówienia.
Słowa: czasem mówi się po to, by zamaskować milczenie, kryjące prawdziwy temat, który nas obchodzi; mówimy coś, byle uśpić ciekawość innych. Podsuwa się światu jakąś historię, byle sobie ją szybko połknął, przetrawił i wypluł; można też ukryć się za bezbrzeżnie nudnym przebraniem i anonimową egzystencją. Niczego od nikogo nie chcieć. Mieć święty spokój – bez pytań, ciekawskich spojrzeń, emocjonalnego zaangażowania. Święty spokój jest wysoko ceniony na środku morza.

Morze jest tu wieloznaczną metaforą, czymś jak życie niepochwytnym i niemal bez dna. Dzień i noc fale uderzają w wielotonową konstrukcję – można je policzyć i ocenić bezpieczeństwo tego przylądka cywilizacji wydanego słonym żywiołom. W głębokościach oceanu śpią kamienie, sny, morskie stwory, których przetrwanie zależy od przypadku. Równie obojętne światu na powierzchni, co świat im.

Mijające dni na platformie przynoszą drobne, ledwie zauważalne zmiany. Działają całkiem jak drobinki piasku, jak kropleki mgły, które potrafią unieruchomić najwytrzymalsze mechanizmy żelaznych maszyn. Hanna właśnie w tym miejscu wiecznej wilgoci poznaje smak zapiekanego sera i kuchnię pachnącą bazylią – kucharz jest wybitnym mistrzem w swym fachu, ale też się tu skrył, by gotować dla rozbitków na środku morza. Przed odlotem Josefa do szpitala, a tym samym końcem jej pracy na morzu, Hanna podejmie pewną decyzję. Dzięki niej na zawsze zapisze się, wyryje, w pamięci Josefa.

Nie zdradzę tajemnic bohaterów filmu. Chociaż… jakie to tajemnice? „Niemal co dzień o nich można przeczytać w gazetach”; ot, jeszcze jeden news, z miejscem przeznaczenia na pierwszą, trzecią lub ostatnią stronę. To słowa tajemniczej kobiety od telefonów, do której wyzdrowiały, po wielu tygodniach, Josef w końcu dociera poszukując Hanny.

Reżyserka filmu zakończy tę historię stawiając nad życiem postaci staranną kropkę nad i. Nie znaczy to jednak, że znajdą się odpowiedzi na wszystkie pytania zadawane ustami postaci przez twórców filmu. Nie zostaniemy też przekonani, że czas i troskliwość leczą rany. Wcale nie – a pytania bez odpowiedzi skierowane prosto do nas staną się palące.
Po niezgrabnie przygotowanym (a przez to przytłaczającym, jednocześnie płaskim i zobojętniajacym) rozwiązaniu fabuły w końcówce filmu (jednak warto zostać na widowni aż do końca napisów końcowych!) z ciemności sali kinowej wynurzamy się przygnębieni, bezradni, zmieszani. Czy o taki efekt chodziło twórcom filmu? Na szczególne wyróżnienie zasługuje gra Sarah Polley (Hanna) i kreacje aktorów w drugoplanowych rolach (Javier Cámara, Sverre Ankel Ousdal!) – to jasne punkty dzieła.