Georges Perec
Życie instrukcja obsługi
La Vie Mode d’Emploi
tłum. Wawrzyniec Brzozowski
wyd. Fundacja „Literatura Światowa”, Warszawa 2001

Najprościej byłoby powiedzieć, że jest to powieść o puzzlach.
Powyższe zdanie zawiera dziewięć słów, jeden przecinek, jedną kropkę; w sumie sześćdziesiąt jeden znaków drukarskich.

Oczywiście, statystyka nie wyczerpuje tego, co dane zdanie wyraża, jest przecież jeszcze jego znaczenie (a idąc za myślą Ricoeura, jego sens nie zawiera się w nim samym – by go poznać do końca, należałoby przebadać jeszcze okoliczne zdania, a być może nawet całe rozdziały)
Po co ta cała ekwilibrystyka, oceniająca jedno, proste przecież i wydawałoby się, nie zawierające specjalnie ukrytych treści, zdanie? Byłoby to pretensjonalne i niepotrzebne rozdrabnianie się – gdyby tylko szło o recenzję prostej książki prostego autora – lecz mowa przecież o książce Życie instrukcja obsługi Georgesa Pereca.

Życie instrukcja obsługi to jedna z niewielu książek, co do których mam pewność, że nie zostaną nigdy odczytane do końca. Nawet nie chodzi o to, że do odczytania tej książki potrzebny jest geniusz, którego żaden człowiek nigdy nie zgłębi. By do końca odczytać intencje autora, należałoby być bowiem Georgesem Perecem, a to raczej niemożliwe.

Najprościej byłoby powiedzieć, że jest to powieść o puzzlach.
I rzeczywiście – puzzle, ich powstawanie, ideologia, układanie i historia zajmują całkiem sporo miejsca. Tylko, że wychodząc poza treść książki należałoby stwierdzić, że i forma jest rodzajem puzzli. Cortazar proponował grę w klasy, zabawę, w której reguły pozostają w miarę ruchome – jego książkę można odczytać na wiele sposobów – za każdym razem mając rację. Z Perecem jest inaczej: każda próba poukładania tej książki jedynie przybliża nas do ostatecznego rozwiązania (które, nota bene, jawi się iście heglowsko: oto mamy szansę dojrzeć w tej książce umysł pewnego człowieka z na tyle dużą dokładnością, byśmy mogli poczuć się obco).
Perec pozostawia w książce ślady, i to na kilku poziomach. Opisując historię Bartlebootha, wizjonera i miliardera, człowieka, który układa puzzle, Perec opisuje także Wincklera, człowieka, który owe puzzle starannie (wręcz niemożliwie, na granicy absurdu) przygotował. Od niechcenia i mimochodem dowiadujemy się, że Winckler zwykł zostawiać ślady, by ułatwić układanie puzzla – jak również fałszywe ślady, by owo układanie utrudnić. Czasem zaś mieszał ślady prawdziwe i fałszywe… Czy podobnie postępuje Perec? Można się domyślać, że tak.

Jego książka jest układanką również pod innym względem. Racja chronologiczna nakazuje przyznać, że historia literatury zna już próbę opisania jednego dnia w książce – tego, na poły niemożliwego zadania, podjął się Joyce, opisując ulissesiadę pana Blooma. Perec posunął się krok naprzód: w jego książce jest opisane nic.
Puzzel wszak nie przedstawia całego dnia, ani nawet godziny. Przedstawia obraz i obraz ten jest nieruchomy. Na 596 stronach (w polskim tłumaczeniu, do tego dochodzi blisko 100 stron dodatków) nie dzieje się nic. Obraz jest idealnie statyczny, jedyne co się porusza, to historie, retrospektywy, od których książka aż się roi. I, oczywiście, ani słowa o przyszłości.

W końcu przecież jest to historia życia, czy może wielu żyć – a może jednego, tylko w wielu wersjach, albo jednego, jedynego, tylko w różnych teraźniejszościach? Nie wiem sam. Ale, jak na historię życia przystało, często zerkamy w przeszłość, jakby rekompensując sobie niemożliwość zerknięcia w przyszłość.
Niewidoczny z punktu widzenia zatrzymanego czasu bohaterów powieści narrator przemierza wszystkie pomieszczenia kamienicy, w której czas się zatrzymał (ciężko bowiem rzec, że dzieje się tu „akcja”), opisując z niebywałą szczegółowością wszelkie napotkane przedmioty, wystrój wnętrz, zastygłe w bezruchu sylwetki mieszkających tu ludzi. Czasem jeden przedmiot będzie pretekstem do długiej opowieści – czerwony szkielecik prosięcia na komodzie, pierścionek złożony z pierścieni, obraz ze służącym i panią domu… Jak w życiu, chciałoby się rzec – czyż nie znamy takich przedmiotów, opowiadających – samym swoim istnieniem – historie?

Choć, być może, wszystko to jest tylko złudzeniem, grą, niepewną i chwiejną, w której nie ma żadnych reguł; książka ta jest jedynie zbiorem luźnych opowieści, niezwiązanych ze sobą postaci, przypadkowych przedmiotów porozstawianych po przypadkowych pomieszczeniach. Może Perec, niczym okrutny minotaur, zwabiwszy nas w labirynt swojego umysłu wplótł w osnowę budowli nieciągłości, dzielenie przez zero, perpetuum mobile i alef? Oddajmy głos Gaspardowi Wincklerowi, który właśnie porzucił jedną ze swoich łamigłówek: Rzecz nawet nie w tym, że to dość skomplikowane (…) to jest po prostu bez sensu, bo gdyby te wszystkie nalepki wymieszać i wyciągnąć dwie na chybił trafił, to i tak okazałoby się, że mają co najmniej ze trzy elementy wspólne.
Pozostaje tylko pytanie, czy to prawdziwy, czy fałszywy trop pozostawiony przez Pereca?