wb_krople_calla01.jpg
Co zrobić z takim fantem? Zwykłe trio. Gitara, bas, perkusja. Zespół jak wiele innych przed nim i wiele innych po nich. Nazwa też jakaś taka zwykła, choć nieco posępna. Calla. Grają, oczywiście, rocka, bo cóż można grać w takim składzie? A jednak już od pierwszych taktów wiadomo, że nie będzie tuzinkowo. I że nie będzie łatwo.
I nie jest.

Grupa założona została raptem dziewięć lat temu, w 1997 roku w Nowym Yorku. Szybko – po wydaniu debiutu zatytułowanego po prostu Calla – dostała się pod skrzydła byłego lidera the Swans, Michaela Giry, który zadbał o to, by drugi album ukazał się nakładem jego własnej wytwórni. Scavengers, bo o tej płycie mowa, na dobre ukształtowało brzmienie Calli. Nie powiem, by było to brzmienie niepodrabialne, faktem jednak jest, że po dziś dzień (po wydanej w 2003 roku Televise i pod koniec zeszłego roku Collisions) Calla wciąż trzyma poziom wyznaczony na Scavengers.
wb_krople_calla_coll.jpg
To muzyka zanurzona, niczym beczka pływająca na powierzchni, w rzeczywistości, z której się urodziła. To Nowy Jork, po prostu. Nie ma co liczyć na to, że miasto da nam chwilę wytchnienia i ciszy. Że da złożyć poprawnie kilka dźwięków tak, by ułożyły się bez skaz. Calla nie wierzy w muzykę bez skaleczeń. To nie filharmonia, to muzyka budowana z trudem pośród szumów, trzasków, jęków, zgrzytów, pisków i hamujących pociągów.

W ogóle, gdy jest za ładnie (a bywa), Calla to psuje. Gitara robi jakiś niespodziewany zgrzyt, przeszywający cały nerw słuchowy. Bas, pięknie brzmiący w tle, nagle cichnie i zamiast niego pojawia się jakiś upiorny jęk.
wb_krople_calla_scav.jpg   Na jednym z moich ulubionych momentów, z płyty Scavengers na przykład, mamy do czynienia z huśtawką. Chyba od wieków nie odnawianą, bo skrzypi. Zaczyna skrzypieć jeszcze w trakcie trwania piosenki, a później już zostaje solo na huśtawkę. Solo na huśtawkę trwa ponad dwie minuty. Żebyśmy się dobrze zrozumieli – nie ma nic, prócz skrzypiącej huśtawki.
A mimo tego – bądź właśnie dzięki temu – zazwyczaj udaje im się złożyć dźwięki tak, by wywołać fascynację. Ciepły, mruczący wręcz głos Aurelio Valle, równie ciepły, jakby wyjęty z triphopowych produkcji bas Seana Donovana i nieagresywna perkusja, za którą siedzi Wayne S. Magruder, to zestaw idealny do komponowania miłych melodii, które przy odrobinie dobrej woli i słuchu nawet da się zaśpiewać, czy zagwizdać. Ta muzyka sączy się, niczym melodie Nicka Cave’a, pozornie bardzo leniwie, niosąc jednak ze sobą ogromny ładunek emocji.
wb_krople_calla_tele.jpg
Gdyby zostawić te melodie same w sobie, bez przeszkadzających dźwięków, którymi Calla okrasza kompozycje, mielibyśmy do czynienia z muzyką na miły, romantyczny wieczór przy świecach. A tak dostajemy muzykę na miły romantyczny wieczór w opuszczonej hali produkcyjnej przy płonącym koksowniku. Może niezbyt to miłe, ale na pewno oryginalne.