I.    Początki i nadzieje

   Sigur Rós to islandzki zespół z dziesięcioletnią tradycją. Pierwszym albumem był Von, album wypełniony niepokojącą muzyką pełną trzasków i gitarowych przesterowań. Von (po islandzku ‘nadzieja’) nie rokował większych nadziei co do przyszłości grupy. Podobnie jak w przypadku debiutanckiego Bleach Nirvany nic nie zapowiadało tego, co miało nastąpić. I tak, jak w przypadku Nevermind, tak drugi album Islandczyków nazwany Ágætis Byrjun (czyli… dobry początek!) był zaskoczeniem. Oczywiście, post factum, można się było doszukiwać w Von zapowiedzi drugiej płyty.

Ágætis Byrjun czarował na wiele sposobów. Głosem Jónsi Birgissona, balansującym na granicy falsetu, tekstami po islandzku (a właściwie po isladzku/hoplandzku. Ten drugi język formalnie nie istnieje – narodził się na potrzeby Sigur Rós). I muzyką, która potrafiła, trochę na podobieństwo muzycznych morderców spod znaku Godspeed You! Black Emperor, z prostego i delikatnego dźwięku rozrosnąć się do symfonii.
Instrumentarium wykorzystywane przez Sigur Rós jest dość nietypowe jak na zespół rockowy: mnóstwo tu pianina i skrzypiec. Zwłaszcza smyczki są szczególnie ważne – budują zimny i przestrzenny nastrój, typowy dla tego zespołu.

II.    Takk, czyli dziękujemy

   Pamiętam czas po wydaniu przez grupę Sigur Rós trzeciego (a drugiego dostępnego, bo Von długo czekał na reedycję) albumu. Na forach dyskusyjnych pojawiały się wypowiedzi w stylu ‘no nie wiem’, ‘przekombinowany’, ‘dziwnie się tego słucha’ oraz ‘zasnąłem przy trzecim kawałku’. ( ) – bo o nim mowa – to dobry album, ale zdecydowanie nie można nazwać go kontynuacją fenomenalnego rockowego Ágætis Byrjun. Taką kontynuacją jest wydany właśnie Takk.

Na Takk składa się jedenaście piosenek i każda z nich (prócz może spokojnego instrumentalnego intro) ma w sobie to, za co pokochałem Sigur Rós po Ágætis, a czego zabrakło na ( ). Dynamikę. Rozbudowane instrumentarium, które jeszcze trzy lata temu służyło uśpieniu bądź wprowadzeniu w stan alfa umysłu słuchacza, teraz rozbrzmiewa jak za starych dobrych czasów. Tak jest na przykład w trzecim utworze, Með Blóðnasir, gdzie początkowa fortepianowa fraza powoli rozrasta się do orkiestrowego brzmienia. Przywodzi tym samym na myśl najlepsze momenty Ágætis, jak na przykład Starálfur. Tak jest również w fenomenalnych Saglópur/Mílanó, dwóch niezwykle dynamicznych piosenkach, wybuchających eksplozją dźwięków. Tak jest, w mniejszym bądź większym stopniu, na całej tej płycie. To jest to, na co czekałem po Ágætis Byrjun.

Warto zauważyć także, że Jónsi Birgisson znów śpiewa pełnym głosem. To bardzo przyjemne doznanie, tym bardziej, że wraz ze wzmocnieniem brzmienia wzmacnia się również wokal (by, w Hoppipolli chyba, osiągnąć apogeum: Jónsi śpiewa warcząc!)
( ) nadawał się do tego, by puścić przed snem i spokojnie odpłynąć. Takk się do tego nie nadaje. I bardzo dobrze.

tu jest zaś oficjalna strona zespołu