Gonzague Saint Bris
Starcy z Brighton
Tłum. Renata Niziołek
Wydawnictwo Literackie,
Kraków 2004, str. 250

 

Są książki, które czytamy dla bohaterów. Ich losy przypominają nam nasze albo przeżywają oni to, co chcielibyśmy w życiu osiągnąć lub czego doświadczyć. Są powieści, dla których poświęcamy cały nasz czas, bo mają intrygę tak misternie skonstruowaną, że nie potrafimy się rozstać z książką, nie poznawszy jej zakończenia. Są biografie doczytywane w autobusach i tramwajach, dzięki którym przenosimy się do pracowni znanych malarzy, na plany zdjęciowe filmów, które nas poruszyły, stajemy jak cienie przy biurkach ulubionych pisarzy i jakby zza ich pleców obserwujemy powstawanie wybitnych dzieł. Czytamy powieści różnych gatunków i z wielorakich powodów.
Na naszej ścieżce lektur zdarzają się i takie książki, które trudno opowiedzieć, bo czas na ich kartach przystanął, akcja ogranicza się do zapisu stanu ducha bohaterów, a piękno języka wybija się ponad opowiadaną historię. Choć nie możemy ich streścić w kilku zdaniach (każda taka próba byłaby tylko szkodą wyrządzoną samemu dziełu), nie potrafimy jednoznacznie uchwycić ich zalet, one właśnie – choć z trudnych do ustalenia przyczyn – zostają w nas najdłużej. Dostarczają niezapomnianych wrażeń  i dołączają do listy książek, przy których poczuliśmy coś wyjątkowego i mieliśmy poczucie, że obcowaliśmy z literaturą, jaka wpada nam w ręce raz na kilka lat. Literatura taka szarpie sercem tak gwałtownie, że momentami trzeba wziąć kilkakrotnie większy oddech, aby to piękno nie oderwało nas od ziemi, bo powroty na nią są potem o wiele trudniejsze. Na pewno zdarzało się wam przy czytaniu odnieść wrażenie, że autor podzielił się tylko z nami swoją niezwykłą historią. Kolejne strony odbieramy wtedy jak zwierzenia wyszeptane do naszych uszu przez najbliższego przyjaciela…

Taką ważną książką stali się dla mnie w ostatnim czasie Starcy z Brighton Gonzague Saint Brisa – francuskiego pisarza, historyka i dziennikarza. Akcja tej opartej na wątku biograficznym powieści i – jak piszą krytycy – powieści życia (powstawała w latach 1977-2002) rozgrywa się poza prologiem i zakończeniem, w angielskim Brighton. Brighton to popularna nadmorska miejscowość letniskowa położona 75 km od stolicy, na południowym wybrzeżu Anglii. Do dziś bywa odwiedzana tłumnie przez samych Brytyjczyków i turystów z innych krajów Europy. Rodzina królewska ma tam swoją oficjalną letnią rezydencję, ale na uroczych uliczkach spotkać można także znanych aktorów czy muzyków. Kurort ten zachwyca architekturą, klifowym wybrzeżem, wąskimi, starymi uliczkami z licznymi restauracjami oraz atrakcyjnym, sięgającym daleko w morze molo, na którym poza deptakiem znajdują się stylowe pasaże handlowe oraz centra rozrywki.

Saint Bris uczynił bohaterem swojej powieści pięcioletniego Artura. I to on jest narratorem całej tej historii. Oczywiście postać ta ma wszelkie cechy samego pisarza, a przeżycia Artura odzwierciedlają młode lata Gonzague’a, spędzone z rodzicami w Anglii. Artur jest synem francuskiego dyplomaty, mieszkającego w eleganckiej dzielnicy Londynu. Ma kochających się rodziców, rodzeństwo, opiekunkę Nanę oraz swój nieskalany świat dziecięcych zabaw, który jawi się nam niemal idyllicznie.
Powieść zaczyna się w chwili, kiedy rodzice Artura, po kolejnej jego bójce z starszym bratem, postanawiają utemperować trudny charakter młodszego, wysyłając go do Brighton, miejscowości znanej z tego, że jej czyste powietrze, łagodny klimat i słoneczne lata dobrze wpływają na osoby nerwowe. W ten sposób chłopiec trafia do ogromnego, wiktoriańskiego domostwa nad brzegiem morza, którego prowadzeniem zajmują się siostry zakonne. Jego jedynymi towarzyszami, przypominającymi dawne życie w Londynie, zostają figurki ołowianych żołnierzy, których pełen karton zabrał ze sobą do nowego domu.

Pierwszy wieczór w nowym otoczeniu zaważy na całym jego przyszłym życiu. W ogromnej, wieloosobowej sypialni nie pojawiają się na noc inne dzieci, tylko schorowani starcy maszerujący wolno do swych łóżek. Artur poznaje wtedy tajemnicę swego nowego nieprzyjaznego domu i odkrywa, że rodzice oddali go nie do ośrodka dla chorych dzieci, ale do domu starców. Spotkanie dwóch biegunowo różnych światów, reprezentowanych przez młodość oraz zmierzch życia, nie pozostanie bez echa dla żadnej ze stron.
    Z wielkim strachem myślę o widoku nadciągających starców, nie potrafię się przyzwyczaić do tego maszerującego po sypialni orszaku duchów. Chłopiec jest przerażony obcowaniem z ludźmi, w których dostrzega nieustanny pochód ku śmierci. Starcy natomiast ignorują jego wiek i traktują jak równego sobie, powierzając mu swoje kłopoty, niedomagania ciała, wspomnienia, złośliwości, odległą przeszłość oraz okrutne często zachowania. W porze podwieczorku byłem już w łóżku. A potem przyszli oni; przed mymi oczami przemaszerował orszak staruszków. Rozbierali się wolno, widziałem ich pergaminową skórę, pożółkłe koszule nocne, nieskończenie powolne gesty. Nie patrzyli na mnie, a ja czułem, jak bardzo jestem pośród nich samotny. Byli duchami z innego świata, pojawiającymi się po zapadnięciu zmroku. Czy Mary Shelley, królowa zatrważających historii, uczestniczyła w podobnym widowisku, gdy jako mała dziewczynka rozplatała wieczorem warkocze?

Książka Saint Brisa opowiada o dwóch latach pobytu Artura w Brighton. Wraz z jego powrotem w wieku lat 7 do rodziców i Francji opowieść urywa się i zaprzestajemy podglądać przemiany, jakie w nim zachodzą. Lecz to nie akcja, która wręcz ospale, jak człapanie starych, zmęczonych życiem nóg lub wolno puszczony film posuwa się naprzód, jest atutem tej powieści. Jej najmocniejszą stroną są pensjonariusze domu spokojnej starości, którzy tworzą swoisty gabinet osobliwości. To ich opowieści przeniosą Czytelnika w ciekawe historycznie czasy i bliższą oraz dalszą przeszłość Anglii.
Autor, jako historyk, wplótł w te wspomnienia narodziny Brighton jako kurortu; poznamy także kulisy powstawania wielkich dzieł literackich, historie z królewskiej alkowy, mroczne tajemnice Londynu, brutalne losy marynarzy, romantyczne historie miłosne, które łamały ówczesne konwenanse i nie mogły zakończyć się happy endem dla żadnej ze stron. Pisarz wybrał najważniejsze literackie wydarzenia z ostatnich wieków i misternie wplótł je w intrygę. Spotkamy więc na swej drodze Dickensa, Kiplinga, Louisa Stevensona, Freuda, Szekspira, osoby podejrzane o bycie Kubą Rozpruwaczem, lorda Byrona, Mary Shelley czy Paula Verlaina.

Artur, żyjąc w otoczeniu osób, których jedynym zajęciem było wspominanie tego, co już minęło, sam psychicznie przeistacza się w starca. Zbyt szybko utracone dzieciństwo odbija się na jego relacjach ze współpensjonariuszami i najbliższymi. Starcy z Brighton – każdy na swój indywidualny sposób –  próbują swymi opowieściami przekazać chłopcu niezbędne mądrości życiowe i ukierunkować go ku realizacji marzeń, które przeciekły im w ciągu życia przez palce.
W kolejnych częściach książki spotykamy Dużego Willa – niedocenionego pisarza, który był przekonany, że Artur odnajdzie się kiedyś w literaturze i będzie studiował na Oksfordzie; arystokratkę Lady Beckford, która przeżyła namiętną miłość do francuskiego pilota André, a poślubiła wieloletniego przyjaciela rodziny; Generała, który za młodu był szpiegiem służb specjalnych i pracował dla Intelligence Service, a teraz z dawną przenikliwością obserwuje każdy krok chłopca, dając mu odczuć, że nic nie ujdzie jego uwadze; kurtyzanę Fajansową Fredę, znaną dawniej jako „Pannę Bicz”, która widzi w Arturze atrakcyjnego chłopczyka; marynarza Somerseta, twardego mężczyznę morza o sadystycznych skłonnościach, marzącego o znęcaniu się nad innymi i pokazującego swą wciąż niemalejąca siłę, który swym gwałtownym i nieprzewidywalnym charakterem budzi paniczny strach w Arturze oraz Oscara, czytającego śmiałe powieści i czasopisma, który skrycie chłopca pożąda i fascynuje się nieskazitelnością wieku dziecięcego.

Ten orszak dziwnych postaci towarzyszy Arturowi każdego dnia. Z dnia na dzień coraz bardziej odczuwa on na sobie skutki przebywania w tak wiekowym towarzystwie. Jego psychika ma teraz lat kilkadziesiąt i częściej czuje się równorzędnym kompanem starców, niż kilkuletnim chłopcem. Podczas wieczornych modlitw zdarza mu się mylić słowa i w nocnej ciszy recytuje: Ojcze nasz, któryś jest starcem…
Powrót do rodziny stanie się próbą przywrócenia w sobie zagubionego, zdawałoby się że bezpowrotnie, dziecka. Mimo nacisków ze strony współlokatorów, nie ma on jeszcze żadnych planów na przyszłość, nie chce na siłę układać swego losu, planować spraw, jakie nieuchronnie przyjdą wraz z dojrzewaniem i wejściem w dorosłość.

W Brighton chłopiec przeżywa też swoją pierwszą, platoniczną miłość. Sara, dziewczynka z miejscowej żeńskiej szkoły, stanie się dla niego wzorcem kobiecości, którego na pewno w przyszłości będzie poszukiwał w napotkanych w swym życiu kobietach. Choć spotkają się zaledwie kilka razy, Artur będzie nosił jej wizerunek we wspomnieniach i sercu. Dopiero co się poznaliśmy, mieliśmy za sobą pierwsze dni miłości, gdy myśli się o tej drugiej osobie, czeka na nią i pokłada w nią nadzieje; ale jest to także idealny moment na nieporozumienia. Wszystkie chwile są cudowne i wszelkie nieporozumienia możliwe. Gdy znaleźliśmy się w ogromnym holu wejściowym, patrzyliśmy na siebie jak obcy sobie ludzie. A przecież już się kochaliśmy. Miałem zaraz odejść z siostrą zakonną, unosząc w sercu wizerunek Sary, kobiety mego życia.

Saint Bris kończy swą opowieść w momencie powrotu chłopca do rodziny i do Paryża. Dzieje się to w momencie, kiedy na tron Anglii wstępuje Elżbieta II. W stolicy Francji spróbuje on na powrót stać się dzieckiem, choć w ostatniej scenie porzuca piaskownicę, w której bawił się ze starszym bratem i udaje na ławeczkę, siadając obok nieznajomego mu starca. Echa pobytu w Brighton są w nim wciąż silne, ale znajdziemy tam również postanowienie na przyszłość, które zawiera w sobie pragnienie odmłodzenia duszy.

Charles Dickens pisał o dzieciństwie, że to zapomniana prehistoria życia. Cóż, nam, Czytelnikom tej książki, pozostaje wierzyć, że Artur odnajdzie jednak to, co angielski pisarz uważał za rzecz bezpowrotnie zapomnianą. W końcu sam Saint Bris powieść swą zadedykował przeszłości, do której jestem przywiązany mimo wszystko, a przywiązanie na szczęście wyklucza zapomnienie.