Arundhati Roy
Algebra bezgranicznej sprawiedliwości
The algebra of infinite justice
tłum. Justyna Grzegorczyk
Zysk i s-ka
Poznań 2005, stron 263

 

Mam poważny problem z Algebrą bezgranicznej sprawiedliwości, pierwszej – po Bogu rzeczy małych – książce Arundhati Roy wydanej w Polsce. Kłopot ten polega na tym, że nie jest to beletrystyka. Nie można skupić się na wątkach głównych i pobocznych, bohaterowie są mało wyraziści (ale za to autentyczni) i trudno jest traktować tę książkę jako całość. To zbiór politycznie zaangażowanych esejów dotyczących indyjskiej bomby atomowej, zapór wodnych, imperialnych zapędów Stanów Zjednoczonych. Z jednej strony – wiem, o czym pisze. Rzeczy, o których opowiada, zakłamani politycy, których opisuje, walka prostych ludzi do życia (czasem godnego życia, a czasem po prostu – do życia) – to wszystko jest mi bliskie. I odległe, bo przecież dzieje się gdzieś tam, w Indiach, daleko. Indie, Pakistan, Chiny, miliardy ludzi, których nie znam i których nigdy nie poznam. Co ja wiem o Indiach? Mahatma Gandhi, Jawaharlar Nehru, święte krowy, kolonia brytyjska, kasta niedotykalnych, Bollywood… Pojęcia mniej bądź bardziej abstrakcyjne, nie składające się na żadną rzeczywistość.
Algebra bezgranicznej sprawiedliwości jest hermetyczna. Nie wzbogaca mojej wiedzy o Indiach. Opisy partii politycznych, pobieżne, przygotowane dla kogoś, komu nie trzeba tłumaczyć czym różni się Partia Kongresowa od BJP i VHP.
Mimo tego ta książka działa. I choć w kilku miejscach byłem zażenowany żarliwością (graniczącą z patosem?), z jaką autorka występuje „przeciw”, to jest tu kilka fragmentów, które na dłużej pozostaną w mojej głowie:

O bombie atomowej:

   Bomba jądrowa jest najbardziej antydemokratyczną, antynarodową, antyludzką i najgorszą rzeczą ze wszystkiego, co wyprodukował człowiek.
Jeśli wierzycie w Boga, to pamiętajcie, że ta bomba jest wyzwaniem rzuconym Bogu przez człowieka.
Można to sformułować bardzo prosto: „Mamy potęgę zdolną zniszczyć wszystko, co Ty stworzyłeś”.
Jeśli nie wierzycie w Boga, wtedy popatrzcie na to inaczej. Nasz świat ma 4,6 miliarda lat.
A może się skończyć w jedno popołudnie. (s. 45)

O wielkich tamach:

   Wziąwszy pod uwagę to, że ludność Doliny Narmady walczy z tamami od 50 lat, rząd z pewnością mógłby zrobić choć tyle, by potwierdzić, że wielkie tamy w Indiach są jedynym sposobem, by zaopatrzyć w żywność rosnącą populację.
Znam tylko jedno studium na ten temat (…) szacuje się w nim, ze wielkie tamy są odpowiedzialne za 12 procent całkowitej produkcji ziarna w Indiach. (…)
Według Ministerstwa Żywności i Zaopatrzenia Ludności 10 procent całkowitej produkcji ziarna w Indiach, to znaczy 20 milionów ton, zostało zniszczonych przez owady i gryzonie z powodu złych i niewłaściwych obiektów magazynowych. Jesteśmy chyba jedynym państwem na świecie, które buduje tamy, wysiedla całe społeczności i zalewa lasy po to, aby nakarmić szczury (s.62)
Interesujące, że tama Farakka, która kieruje wody Gangesu do Portu Kalkuta, ograniczyła dostęp do wody pitnej 40 milionom ludzi, którzy mieszkają w dole rzeki w Bangladeszu. (…)
Zbudować tamę, aby zabrać wodę 40 milionom ludzi. Zbudować tamę, aby udawać, że daje się wodę 40 milionom ludzi.
Kim są ci bogowie, którzy nami rządzą? (s.104)

I wreszcie o sobie samej:

   Jestem (podobno) tym, co w mowie potocznej dwudziestego pierwszego wieku nazywa się 'pisarką-aktywistką’. (Coś na kształt kanapotapczanu). (…)
Moja teza jest następująca: zostałam obciążona tą podwójną nazwą, tą okropną zawodową etykietką nie dlatego, że moje prace są polityczne, ale dlatego, ze w esejach staję po określonej stronie. Zajmuję stanowisko. Mam własny punkt widzenia. Co gorsze, wyjaśniam, że uważam za słuszne i moralne zajmować określoną postawę, a co jeszcze gorsze, robię wszystko, co w mojej mocy, aby żarliwie nakłaniać do poparcia tej postawy. U pisarza dwudziestego pierwszego wieku uznaje sie to za dość sztywne i prostackie (s. 141).

I to jest niezaprzeczalna zaleta tej książki – Arundhati Roy, nawet w roli kanapotapczanu – jest niesłychanie autentyczna i szczera.