„Peter Pan”
USA / UK 2003
Reżyseria: P.J. Hogan
Scenariusz: P.J. Hogan i M. Goldenberg na podstawie książki J.M. Barrie
Muzyka: James Newton Howard
Występują: Jeremy Sumpter, Rachel Hurd-Wood, Jason Isaacs, Olivia Williams, Lynn Redgrave, Ludivine Sagnier

 

Die meisten Erwachsenen legen ihre Kindheit ab wie einen alten Hut.
Sie vergessen sie und denken nicht mehr daran, dass sie jemals existiert hat.
Aber nur, wer erwachsen wird und ein Kind bleibt ist auch ein Mensch.
– Erich Kästner*

   Moja wina. Po prostu nie dałam mu szansy. A przecież doskonale wiem, iż disneyowska warstwa różowego lukru jest w stanie sprowadzić każdy pierwowzór literacki do środka wywołującego natychmiastowe wymioty. Nie, nie obejrzałam wersji Disneya w całości, Piotruś Pan na podstawie kilku scen został skojarzony z irytującym chłoptasiem mającym za jedyny życiowy cel droczenie się z groteskowym i głupawym piratem. Ot, taki Tom i Jerry, tylko (nieznośnie) rozciągnięty w czasie. Na zawsze więc wylądował w dolnej szufladzie mej pamięci, tejże szufladzie, do której się nie zagląda, mimo wszystkich Spielbergów, Hoffmannów i Williamsów tej ziemi.

Na zawsze… aż do pewnej jesiennej środy, gdy gradobicie z ulewą przekonało całą moją rodzinę, że jedynym przyjemnym miejscem jest domowa kanapa. Kabaret Starszych Panów dość szczegółowo opisał, co się dzieje z dziećmi w czasie deszczu, więc zapobiegawczo włączyliśmy wideo z nagranym uprzednio Piotrusiem Panem w wersji J. P. Hogana. Film nadawany był kilka dni wcześniej po godzinie dwudziestej, zapewne nie bez powodu, toteż przysiadłam się do malców, by w razie czego za pomocą klawisza FF ocenzurować akcję na ekranie.


Piotruś i Wendy

   I wpadłam.

Piotruś Pan opuścił z prędkością światła szufladkę pt. „przepadnij i zapomnij” i przeprowadził się na wyżyny. A ja zaczęłam się zastanawiać, jak to się stało, że w ciągu ponad jednej trzeciej stulecia, którą spędziłam na tym świecie, nie dane mi było poznać tej zachwycającej historii. Disneyowska dywersja swoją drogą, jednakowoż należę do gatunku, który żadnej baśni nie przepuści, jakże to możliwe więc?!

Takie zaległości można na szczęście szybko odrobić. Stąd moja biblioteczka wzbogaciła się właśnie o grubawą książeczkę autorstwa Jamesa Matthew Barrie.

Zanim jednak przejdę do oryginału, muszę wspomnieć o filmie, któremu koniec końców znajomość z Panem zawdzięczam. Tym bardziej, że – zupełnie niezasłużenie – zniknął z afiszów kinowych równie szybko, jak się na nich pojawił, zgubił się gdzieś między Powrotem Króla a Więźniem Azkabanu.
Tymczasem film jest po prostu wart uwagi. Nakręcony z okazji setnych urodzin Piotrusia, jest pierwszą ekranizacją kinową, w której rolę tytułową gra dziecko. Do tej pory w postać latającego chłopca wcielali się dorośli (nota bene nie tylko mężczyźni, na teatralnych deskach – gdyż matką książki była sztuka teatralna – tytułową rolę grywały też kobiety). Jest też ekranizacją okrzykniętą zbiorowo przez recenzentów jako szczególnie wierna książce – cóż, ja tego okrzyku na pewno nie powielę, może dlatego, że nie widziałam żadnej innej.


Zagubieni chłopcy

   Paul John Hogan, australijski reżyser – który miał swego czasu odwagę obsadzić everybody’s darling Julię Roberts w roli wrednej zazdrośnicy (Mój przyjaciel się żeni), stworzył na podstawie książki wręcz barokową ilustrację. Znakomite efekty specjalne, rewelacyjnie „zrobione” wróżki, dopieszczona scenografia (nooo, może przymknijmy oko na nieco plastikowe kwiatki w Nibylandii), kontrast między mroczną i uporządkowaną wiktoriańską Anglią a jasną i dziką krainą dzieci, dbałość o szczegół (vide: urządzenie do palenia dwóch cygar na raz używane przez Hooka lub fakt, że Tiger Lilly mówi w filmie narzeczem Irokezów), fantastyczna choreografia scen walki, cudowna muzyka. Po tym filmie widać, że zainwestowano weń dużo pieniędzy (ponad 100 mln dolarów!) i jeszcze więcej serca. Doborowa obsada – odtwórca roli Piotrusia Pana, Jeremy Sumpter, został za swoją kreację nagrodzony Young Artist Award i Saturn Award, niektórzy pozostali młodociani aktorzy otrzymali nominacje do tychże nagród. Grająca Wendy Rachel Hurd-Wood, wtenczas debiutantka, gra obecnie w Pachnidle Toma Tykwera.
Dzieci grają w rzeczy samej rewelacyjnie, przede wszystkim Sumpter, jednocześnie pełen uroku, łobuzerski, beztroski, bezczelny, sympatyczny, zarozumiały i bez serca. Nie sposób go nie lubić. I nie sposób go zrozumieć (przynajmniej z punktu widzenia dorosłej kobiety). Wendy zaś jest po prostu uroczą małą kobietką. Ucukrowana przez Disneya wróżka Dzwoneczek okazuje się być w hoganowskiej rzeczywistości dość chamską i chorobliwie zazdrosną osóbką, nie zapominajmy jednak, że według Barrie wróżki są tak małe, iż mieści się w nich tylko jedno uczucie na raz… Ludivine Sagnier gra ją z pasją, całą sobą – nie da się inaczej, biorąc pod uwagę jej maleńkość.
Zaskakujący są również piraci, po prostu wilki morskie, którzy wcale nie są bandą czyhających na dziecięce życie debili. Smee jest wręcz czarujący, zaś dowodzący nimi Hook jest postacią zasługującą głównie na współczucie.

Postaci głównych bohaterów zostały nakreślone zgodnie z pierwowzorami książkowymi. Akcja też, poza paroma taktycznymi przesunięciami (jak też cięciami nożyc cenzorskich, bowiem w Europie film został dopuszczony od lat sześciu, kręcony zaś był dla widowni powyżej 12-tego roku życia, w związku z czym okrojono go o kilka drastyczniejszych scen), z grubsza odpowiada literackiej.


Dzwoneczek

   Z grubsza, gdyż Hogan opowiada jednak inną historię niż J.M. Barrie. Choćby fakt, że otwiera oczy widza na zupełnie inne aspekty rywalizacji miedzy Hookiem a Piotrusiem. Tu nie chodzi tylko o zemstę, o odciętą rękę, czy o denerwującą bezczelność. To raczej rywalizacja między kimś, komu się udało pozostać wiecznym chłopcem, a kimś, kto tego nie osiągnął w pełni (w końcu bycie piratem też jest jakąś formą bycia niedorosłym, w każdym razie można robić co się chce i nie trzeba płacić podatków) i gorzknieje z zazdrości. To dlatego James Hook niszczy zegary, przypominające mu, że się starzeje, nieodwołalnie przemija. Krokodyl z budzikiem w brzuchu, wyrwany ze snu przez braci Wendy, staje się personifikacją Chronosa.

Przemilczany zostaje też fakt cerowania przez Wendy chłopięcych skarpetek – jej matkowanie zgubionym chłopcom jest tylko zabawą. Dużo większą zaś wagę położono na podkreślenie budzącego się między Piotrusiem i dziewczynką uczucia. W książce uczucie to jest w zasadzie tylko udziałem Wendy, książkowy Pan kocha dziewczynkę tak jak kocha się ulubioną zabawkę. Hogan obdarza zaś wiecznego chłopca zdolnością do uczuć nieco większych. I tak, Piotruś jest bardzo przywiązany do Dzwoneczka. A jeszcze bardziej do Wendy – aż do chwili gdy zdaje sobie sprawę, że miłość to nie tylko zabawa i jaką musiałby zapłacić cenę, gdyby pozwolił jej nad sobą zapanować.

Żeby było mniej przyzwoicie, Wendy pociąga zarówno wieczny chłopiec oraz jego dziecięca beztroska, jak i fascynuje ją posępny Hook. W końcu obaj są swoim wzajemnym awersem i rewersem, mimo wielu – głównie fizycznych – przeciwieństw. Samotni i nie umiejący kochać. Jednym z bardziej poruszających fragmentów w filmie jest scena pojedynku Piotrusia z Hookiem, w której pirat krzyczy „oto zginiesz samotny i niekochany”, po czym dodaje cicho i z żalem „tak jak ja”. Może dlatego ze sobą walczą, gdyż w tete-a-tete unaoczniają sobie nieprzyjemną prawdę o własnym podobieństwie. Żaden z nich nie potrafi jednak zrezygnować z siebie – Piotruś nigdy nie porzuci zabawy i braku zobowiązań, Hook zaś pancerza grozy i okrucieństwa, ukrywającym jego prawdziwe ego. W książce Barrie opis oczarowania Wendy kapitanem piratów ma długość trzech zdań złożonych. W filmie jest ono zdecydowanie wyraźniejsze, nie będę jednak zdradzać szczegółów, by tym, którzy filmu nie widzieli, nie psuć zabawy.


James Hook

   Całość historii przyprawiona jest też uśmieszkiem Freuda, w końcu podobieństwo fizyczne między ojcem Wendy i Hookiem jest nieprzypadkowe. J.M. Barrie reżyserując sceniczną wersję Piotrusia życzył sobie, by ojca Wendy i przywódcę piratów odtwarzał ten sam aktor. Hogan spełnił ten warunek (nawiasem mówiąc , charakteryzacja jest tak dobra, że gdybym nie wiedziała skądinąd o tym fakcie, nie zauważyłabym, że bojaźliwego i zapiętego pod szyję urzędnika bankowego i dzikiego pirata gra ten sam J. Isaacs).

Sumując te wszystkie smaczki, drugie dna i zdecydowanie zmysłowe aspekty historii, aż dziw, że film był w ogóle wyświetlany w USA. Faktem jest, że dzieci takiej interpretacji jak moja raczej nie ukują, ba, wręcz nie zauważą. Zachwyt moich synków (6 i 3) wzbudził przede wszystkim tykający krokodyl, poza tym Indianie, piraci, sceny latania i walki. Cała reszta już mniej, ale w końcu dziewczynki też są grupą docelową tego filmu, stąd musi być i miejsce na tańce wróżek, syreny i pierwsze zakochanie.

A książka? Zamiast chichotu Freuda sączy się z niej tu i ówdzie dydaktyczny smrodek, niemniej jest uroczą lekturą nie tylko dla dzieci. Także dla rodziców i wszystkich nie do końca dorosłych dorosłych. Co prawda, szukając informacji o książce i filmie spotkałam się też z bardzo oburzonymi głosami. Dotyczyły one… cerowania skarpetek oczywiście, i wszystkiego co się z tym wiąże. Przyznam, że mnie osobiście to nie razi, skoro Wendy lubi cerować (a lubi) – jej sprawa. Poza tym przecież chodzi o dzieci i ich zabawy, w (nie zapominajmy o tym) epoce wiktoriańskiej. Barrie ze swadą i brytyjską ironią (szczególnie widoczną w opisach dotyczących ojca Wendy i stojących w opozycji do nich opisach jego żony) nakreślił portret angielskiej klasy średniej. Jednak – może za wyjątkiem nieszczęsnego cerowania – historia jest uniwersalna i nie zestarzała się ani trochę. Nie zestarzeje tak długo, jak długo dzieci będą radosne, niewinne… i bez serca.

 

———
* Większość dorosłych odkłada dzieciństwo na bok, jak znoszony kapelusz. Zapomina je i nie przypomina sobie, że kiedykolwiek istniało. Ale tylko ten, kto dorasta i jednocześnie pozostaje dzieckiem, jest też człowiekiem. Erich Kästner, cytat z książki „Kruszynka i Antoś„.