Życie w labiryncie.

Byłam na otwarciu tej wystawy. Nie udało mi się zobaczyć wszystkiego. Dobrze było jednak pójść na wernisaż, bo można było poobserwować, jak ludzie zachowują się w salach zaaranżowanych tak niesamowicie – w wysokich ścianach galerii pokrytych wielkimi kropkami, lub w zamkniętych, ograniczonych salkach wyłożonych lustrami i wypełnionych nadmuchanymi przedmiotami o łagodnych kształtach.
Sama artystka zachęca do swobodnego odbierania jej sztuki, do rozluźnionego potraktowania stworzonej przez siebie przestrzeni.

Yayoi Kusama, o czym można się przekonać oglądając jej prywatne fotografie w katalogu z wystawy (opracowanym przez kurator wystawy Marię Brewińską), ma bardzo dziwną twarz. Na zdjęciach z różnego okresu jej życia jej twarz sprawia wrażenie uparcie nieruchomej, nie wyrażającej żadnej emocji, z szeroko otwartymi, badawczymi oczyma, bez uśmiechu; jakby stężała, a jednocześnie jakoś nieśmiała. W tym sensie jej sztuka jest równie niepokojąca; czuje się wprost pulsującą pomysłowość, delikatność i jednocześnie natarczywość prostego efektu. Przy tym, mimo „totalnego” charakteru, ta sztuka nie przytłacza, jest subtelna.
Dzięki prostocie i oszczędności środków intencje Japonki są czytelne od pierwszego wejrzenia. Czytelne – co nie znaczy proste czy uproszczone. Tematami „wiodącymi” Kusamy są pojęcia abstrakcyjne i trudne do przedstawienia – nieskończoność, nieobecność, ból, obsesja, powtarzalność, jednostkowość. Podziw budzi już sam sposób, w jaki przedstawia „rzeczywistość” tych pojęć. (Bo biograficzne korzenie tej sztuki to zupełnie inna sprawa; zainteresowanych odsyłam do szczegółowego biogramu artystki w katalogu wystawy, albo na stronę Zachęty ).

Nieobecność – w zestawie slajdów, owoc performansu z 1966 r. pt. „Spacer” – Kusama, ubrana w kolorowe kimono i z przystrojoną sztucznymi kwiatami przeciwsłoneczną parasolką, spaceruje ulicami miasta. Jest słoneczny dzień, dzielnica raczej przemysłowa, gdzieś widać rzekę, niekończący się mur, śmieci przy krawężniku. Postać uchwycona w czasie tej przechadzki sprawia wrażenie ducha – również dzięki odprężonej, zupełnie nieruchomej twarzy, która czasem patrzy prosto w obiektyw. Obecność postaci ubranej w tradycyjny japoński strój jest obecnością postaci z jakiejś innej rzeczywistości. Spacer, ta najbardziej demokratyczna rozrywka, odbywa się tu w okolicy niezbyt typowej dla przechadzek. Po drodze nic się właściwie nie wydarza – te dwadzieścia pięć zdjęć tchnie iście Jarmuschowską atmosferą z jego wczesnych filmów. Przy tym musimy pamiętać, że Kusama nie zrealizowała filmu ze swego performansu. Wybrała slajdy – jeden za drugim, dziesięć sekund i następny… Dwadzieścia pięć odsłon niedostrzeganej przez nikogo obcości.

Oczywiście – można się także zastanowić, czym różni się spacer od „Spaceru”? Dlaczego nikt nie zwraca uwagi na dziwnie ubraną kobietę? Czy bezradność spojrzenia, gestu tej japanese in New York powinniśmy odczytywać jako minimalną obcość? A może spacer jest oswajaniem świata przez obcokrajowca?
Bo gdyby nie to, że Kusama często fotografuje się na tle czy też wewnątrz swych prac (często w olśniewających przebraniach, niczym wróżka lub tajemnicze, nie do końca zidentyfikowane żyjątko), można by powiedzieć, że jest to sztuka bez człowieka. Narzuca się jednak pewna, ściśle związana z podmiotem, idea: istnieć to być postrzeganym. Idea w tym wypadku bez filozoficznych, sprzecznych konsekwencji, potraktowana ze wspaniałą przekorą. Nad wystawą krąży duch zabawy w chowanego. Kusama błogosławi i akceptuje w swej sztuce złudzenie, lekceważy rozróżnienie na martwą naturę i ożywioną „figurę” (manekiny stojące w zaprojektowanych salach, jej własne ciało potraktowane jako element martwej natury), porusza to, co nieruchome i zatrzymuje ruch (wczesne „tradycyjne” prace z lat pięćdziesiątych, które również można zobaczyć na warszawskiej wystawie – są jakby zapisami eksplozji plastycznych figur), porusza i „ożywia” obrazy (jak artyści op artu).
Kusama tworzy labirynty przestrzenne, ale jest mistrzynią labiryntów optycznych. Wymyśla artefaktyczne kryjówki i zakamarki, a nawet całe ciała niebieskie (nieobecna w Warszawie praca „Pokój – gwiazda”), mające jednak służyć najgłębszym potrzebom żyjącego stworzenia – w warunkach świata, który nadweręża jego życie psychiczne.  Zmuszonego szukać środków, by oszukać, zmylić, obezwładnić oko. By poradzić sobie w lodowato – gorącym piekle braku uwagi, braku spojrzenia i nadmiernej kontroli czyjegoś wzroku.

W innej sali („Sala video”), wyklejonej słynnymi kropkami Kusamy – znieruchomiałe, niczym absurdalnie śmiesznie, ogromne confetti – kolorowe kropki sprawiają wrażenie, że zaraz zaczną się poruszać. Jednak nie – to tylko jedna z wariacji na temat kropki, wprowadzenie. Dalej jest sala zatytułowana „Obsesja kropek” – lustra tworzą zamkniętą przestrzeń, odbijają w nieskończoność nadmuchane obłe formy czerwone w białe duże kropki oraz wchodzących tam widzów. W innej pracy – „Żyrandol bólu” – konstrukcja z luster zwielokrotnia obracający się powoli wewnątrz kryształowy żyrandol. Nie wiadomo, kiedy patrzymy na prawdziwy żyrandol, a kiedy na jego odbicie.

Taki powtarzający się wzór (bo powtarzają się też kropki, oka sieci, paski, wszelkie esy floresy) przywodzi na myśl ubarwienie egzotycznych gatunków np. ryb czy roślin (ale także całkiem zwyczajnych: muchomora, dalmatyńczyka, piegowatej twarzy, biedronki… plażowej piłki) – desenie nie tyle odpowiadają za atrakcyjność osobnika, co odstraszają jego naturalnych wrogów i rywali. Ale może służą także zabawie – jaki był zamiar rozrzutnej Natury? Zjawiska przyrody odtworzone w małej skali to ‘zabawki’ Kusamy – jak osiemnastowieczny przyrodnik, zafascynowana życiem owadów, odtwarza (czy też imituje) ich świetlny spektakl, wraz z kawałkiem otoczenia, w innej sali Zachęty („Świetliki na wodzie”). Taką mechaniczną zabawką, spektakularnym modelem żywej struktury – ale z innymi już konotacjami – jest także wyżej wspomniany „Żyrandol bólu”.

Dla japońskiej artystki ten aspekt pokrywania wszystkiego (łącznie z własnym ciałem) powtarzającym się wzorem, wydaje się być zachętą do zabawy w jakiegoś kameleona, do wypróbowania na sobie siły iluzji: „zrób swą własną nieobecność, zobacz, jak łatwo ukryć się, przybierając barwy otoczenia”. Kusama fotografująca się w obcisłych trykotach w kolorze tła – nie wiadomo czy jest to maskujący strój czy rozpraszający uwagę trick? Jednak najsilniejsze wrażenie, jakie odnoszę, jest takie, że artystka chce wtopić się w tło, chce dzięki sile iluzji na chwilę stać się częścią stworzonego przez siebie świata… Jedno ze zdjęć nosi tytuł „Zamazywanie siebie” – białe kropki naniesione są na kolorowe zdjęcie artystki siedzącej na koniu – na dwa te „obiekty” razem.

Inna praca, „Ogród Narcyza”, to instalacja z lustrzanych kul rozsypanych na podłodze i odbijających otoczenie… Jednak fragmentaryczne zwielokrotnione odbicia  w tych „krzywych” lusterkach odwracają raczej uwagę patrzącego, niż służą kontemplacji własnego oblicza…
Inne materiały, których artystka używa tworząc swe obsesyjne ciągi to: makaron, drobne owoce, charakterystyczne szmaciane fallusy, rękawiczki oraz kwiaty z długimi łodygami i okrągłymi, pełnymi kwiatostanami. Są to zarazem symbole obsesji naszej kultury: seksu i jedzenia (przewrotnie wykorzystany makaron i szmaciane fallusy, którymi artystka pokrywa i wypełnia całe przedmioty: kanapę, łódź, wiadra, buty). Kwiaty – tradycyjne tworzywo do układania ikeban czy odwzorowywania na materiałach na kobiece kimona – przez umieszczenie w innym kontekście są materiałem dla obsesji.

Kusama potrafi obdarzyć widza swoim dziwnym spojrzeniem, które dostrzega nie znaczenie czy funkcjonalność przedmiotu, ale przede wszystkim jego natręctwo. Sama artystka doświadczyła destrukcyjnej siły obsesji. Bo jeśli świat jest labiryntem – zdaje się mówić japońska artystka – a człowiek dziwną formą życia żyjącą w jego wnetrzu, wyjście z niego oznacza śmierć. Znacznie mądrzej jest znaleźć sobie w nim przyjazną niszę i zaakceptować jego dziwne piękno.

Kusama rozmachem swej sztuki przekonuje, jak łatwo, a nawet przyjemnie, jest oswoić ten idący w nieskończoność przymus powtarzania – można ustawiać na jego drodze lustro i odbić, zakrzywić ten promień…

17. 04. 2004 r