Virginia Woolf
Do latarni morskiej
To the Lighthouse
Tłum. Krzysztof Klinger
Czytelnik, Biblioteka Czytelnika
Warszawa 2000, str. 248

 

Spojrzał na Latarnię. Widział bielejące skały i gołą prostą wieżę w białe i czarne pasy; dostrzegł nawet okna i schnącą na skałach odzież. Więc to była Latarnia? Ale tamta z dzieciństwa też była Latarnią. Nic nie jest po prostu tylko jedną rzeczą. Tamta również była Latarnią. Ledwo się ją dostrzegało przez zatokę. Wieczorem otwierała i zamykała swoje oko, a jej światło docierało do nich, gdy siedzieli w słonecznym, pełnym świeżego powietrza ogrodzie.

Są książki do opowiadania i książki wyłącznie do przeżywania – wywołujące określone uczucia, ale trudne do streszczenia w kilkunastu zdaniach. Jedne nadają się do zdradzania treści, nie psując Czytelnikowi nic z radości ich czytania; drugie tworzą w nas jedynie niewyraźny obraz będący zlepkiem pojedynczych scen, obraz przesycony emocjami jak mgliste wspomnienie dawnych, przebrzmiałych już zdarzeń. Po lekturze tych drugich pozostaje jedynie uczucie zachwytu i zadowolenia oraz pewna aura tajemniczości i przyzwolenia na uczestniczenie w tajnym rytuale zawiązanym między nami a autorem. Twórczość Virginii Woolf należy w moim mniemaniu do kategorii książek nieopowiadalnych. Nie wynika to bynajmniej z faktu, że nie można pokusić się opowiedzenia ich treści. Jednak według mnie wszystko, co napisała Woolf, należy zdecydowanie do powieści „emocjonalnych“, czyli takich, które wyraźniej pozostawiają w Czytelniku obraz emocji jakie wzbudzała lektura niż konkretną treść. Virginia Woolf to mistrzyni archiwizowania stanu ducha i umysłu. Jej bohaterki – często bardzo zbliżone, by nie rzec, portretujące wprost samą pisarkę – to istoty szarpane całą gamą emocji, a co za tym idzie wrażliwe, żywo reagujące na wszystko co dzieje się w ich otoczeniu i próbujące znaleźć sobie w życiu najlepszą ścieżkę, po której warto kroczyć każdego dnia.

Virginia Woolf – brytyjska pisarka (1882-1941) tworząca powieści, eseje i opowiadania – zasłynęła takimi dziełami jak Fale (The Waves), Orlando (Orlando: a Biography), Lata (Years) czy Pani Dalloway (Mrs. Dalloway). Ja chciałabym zatrzymać się na chwilę przy bardzo biograficznym utworze Do latarni morskiej (To the Lighthouse), w którym autorka sięgnęła pamięcią do czasów nadmorskich wakacji spędzanycyh z rodzeństwem i rodzicami w jednej z kornwalijskich miejscowości letniskowych. Ta powieść, zaliczana w krajach anglojęzycznych do jednego z najważniejszych jej dzieł, w Polsce bywa niestety niedoceniana i traktowana jako mało reprezentatywne dzieło, które nie oddaje w pełni stylu pisania Woolf. Wielka to szkoda, bo czyż nie jest bliska samej pisarce opowieść o miejscach i sytuacjach, które sama odwiedziła i doświadczyła? To właśnie w zaułkach pamięci Woolf przetrwała prawdziwa latarnia, widywana tak często w dzieciństwie, która o różnych porach dnia oraz przy zmiennej pogodzie przewija się przez całą opowieść (Czytelnik ma też szanse zobaczyć, jak spędzano letnie wakacje w epoce wiktoriańskiej). Do latarni morskiej to także reprezentatywny przykład narracji Woolf – specyficzna zabawa bogatym i poetyckim językiem oraz emocjonalna huśtawka jej bohaterki – kobiety szarpanej wątpliwościami, poszukującej swego miejsca w życiu, naznaczonej talentem tworzenia dzieł sztuki (w tym przypadku malarstwa) i walczącej o prawo równości kobiet i mężczyzn we wszystkich dziedzinach życia. Ta klasyczna już powieść, wydana po raz pierwszy w 1927 roku, dziś zgodnie jest zaliczana do kanonu europejskiego modernizmu.

Nie chcę tutaj pisać o treści książki, bo, podobnie jak inne utwory Woolf, ta snuje się leniwie swoim własnym tempem. Ale ten spokój i pozorna statyczność nie harmonizują z burzą i wichrami przetaczającymi się w głowie Lily Briscoe – jednej z głównych postaci powieści. Lily jest malarką i na kolejnych malowanych w plenerze płótnach odtwarza nie tylko nadmorskie pejzaże, lecz powraca również do minionych lat i dzieciństwa spędzanego na wybrzeżu wraz z rodziną i grupką przyjaciół. Kolejne pociągnięcia pędzla, przypatrywanie się detalom otoczenia i zjawiskom atmosferycznym przenoszą Lily i Czytelnika w odległe czasy, dla których tłem są letnie dni spędzane na zabawach na plaży, wycieczkach morskim brzegiem i wyprawach łodziami do widniejącej daleko na horyzoncie smukłej wieży latarni morskiej.

   Byli już zupełnie blisko Latarni. Majaczyła tuż przed nimi, pobłyskując bielą i czernią, a fale rozpryskiwały się o nią jak szkło rzucone o ścianę. Widać już było rysy i szczeliny w skale i okna na wieży, na jednym z nich dostrzec można było białą plamę a na skale pod Latarnią zielony trójkąt trawy. Jakiś mężczyzna wyszedł z wieży popatrzeć na nich przez lornetkę i znów się schował. A więc to jest ta Latarnia…[…] Wygląd jej pomógł mu skrystalizować pojęcie, jakie miał o swym własnym charakterze.

   Słowo „latarnia” pojawia się w całej powieści Woolf zapisane z wielkiej litery. To nie tylko powtarzający się element architektury krajobrazu spełniający określone funkcje, to również symbol – ukryty w pokładach pamięci obraz kojarzony z dawno minionymi latami i naszym dziecięcym pojmowaniem świata. To również solidna budowla na skałach pośród rozkołysanych fal nieujarzmionego żywiołu nawiązująca do silnej konstrukcji psychicznej niektórych (głównie męskich) bohaterów zestawianych z rozchwianymi uczuciowo kobietami. Lily drobiazgowo oddaje na obrazach pejzaże, w których się znalazła. Pcha to jej myśli ku dniom, których nie jest w stanie realistycznie namalować, podobnie jak wspomnienia nie są już szczegółową rejestracją dopiero co przeżytych zdarzeń, a raczej przetworzoną przez lata mglistą wizją tamtych dni. Odnajdywane ponownie miejsca nie pokrywają się z obrazami zanotowanymi w pamięci, burzą spokój, spychają uwagę ku chwilom na przemian spokojnym i dramatycznym, ku uniesieniom radości i złości. Najlepiej ujmuje to poetyckie niemal wyznanie jednego z bohaterów tej książki:

[…] Lecz mnie burzliwsze zalewały fale
I ku groźniejszej ciągnął mnie wir skale.

   To, co w rzeczywistości było sielankową pogodą i spokojnym oddawaniem się sztuce, nie zawsze pasowało do stanów ducha i uczuć malarki. Leniwe pociągnięcia pędzla i stonowane barwy nie dowodziły spokoju umysłu. Przeszłość Woolf zamknięta została w ramy nie tylko namalowanych przez Lily obrazów – odległe lata skrywały również skrajne emocje. W opowieści o wakacjach rodziny Ramseyów spędzanych wspólnie na szkockiej wysepce Skye wpleciono wspomnienia pisarki o wcześnie zmarłej matce, ojcu i rodzeństwie.
Jak zwykle u Woolf opisy przyrody i przemyśleń bohaterów wywołują silne emocje u Czytelników, jakby stan ducha samej pisarki w chwili aktu tworzenia przenosił się w czasie na każdego kto zdecydował się z nią zmierzyć. Czytelnik niemal namacalnie obcuje z opisywanymi zjawiskami. Poznając kolejne rozdziały Do latarni morskiej przebywamy w miejscach, gdzie zewsząd słychać szum fal, naszą skórę pieści słoneczny dotyk, pod stopami skrzypią deski drewnianego tarasu letniego domku, a milcząca służąca podaje nam popołudniową herbatę w stylowej porcelanie na poruszanych wiatrem śnieżnobiałych obrusach. Pisarka doskonale oddała kwintesencję takich magicznych wakacyjnych dni i śmiało odkrywała burze i sztormy przechodzące w myślach młodej malarki. Poetyckie wizje przeplatają się z egzystencjalnymi rozterkami sprawiając, że spokój bywa tylko pozorny, a prawdziwe myśli oddają wzburzone fale i narastający wiatr.

Wciąż nie umiem opowiadać książek Virginii Woolf. Dlatego zamiast pisać o tym, co przytrafiło się bohaterom, wolę podzielić się odczuciami, jakich dostarczyła mi jej proza. Jak mało kto umie ona słowem poruszać najdelikatniejsze struny kobiecej natury. Woolf wiedziała jak opowiadać, aby być zapamiętaną. Ale tak naprawdę nie na tym jej zależało. Zapamiętujemy rzeczy, które bliskie są naszym wewnętrznym przeżyciom i dotykają naszych problemów. Cała twórczość tej pisarki tak bardzo, wręcz egoistycznie, skupiała się na autoanalizie, że na myślenie o Czytelniku zabrakło miejsca. A mimo to wszystko o czym pisze porusza do dzisiaj, a wątpliwości szarpiące kiedyś jej duszę równie mocno nurtują  współczesne kobiety.

Virginia Woolf bywa nazywana pisarką feminizującą. Nie bała się pokazywać prawdziwej natury kobiet, nie uciekała przed trudnymi tematami i dylematami dnia codziennego. Na swoje nieszczęście, żyła w trudniejszych dla kobiet czasach, co dodatkowo obciążało jej wrażliwą psychikę w wielu codziennych sytuacjach. Najważniejsze zdarzenia ze swego życia opisywała bez fałszu. Skupiała się na dokładnym analizowaniu tego, co czuła, zagłębiając się wręcz w swym narastającym bólu. Często mam wrażenie, że każda z jej powieści to na nowo pisana autobiografia i wnikliwe badanie najważniejszych zdarzeń z  życia. Również w Do latarni morskiej próbuje rozprawić się poprzez słowa ze śmiercią bliskich osób, tęsknotą i życiem po rozstaniu z ukochanymi. Być może śmierć była jej obsesją. Zakończone samobójstwem życie analizowali liczni biografowie, którzy mogą jedynie interpretować pewne fakty, nigdy nie poznawszy wszystkich okoliczności i nigdy nie mogąc zaspokoić swojej ciekawości. Nikt z nas nie zrozumie wszystkich ukrytych w jej dziełach osobistych przesłań i odnośników. Odpowiedzi nie udzieliła na nie za życia, a tym bardziej śmierć i to, co po sobie pozostawiła, nie będzie jednoznacznym rozwiązaniem tych kwestii.

Jak pisałam, Do latarni morskiej nie da się streścić. Nie widzę jednak powodu, aby to czynić. Za każdym razem kiedy biorę do rąk powieść Woolf, pragnę jedynie zatrzymać w pamięci odczucia, które rodzą się we mnie podczas tej lektury. To one pozwalają mi sięgać po kolejne jej książki. To one powodują, że zadaję sobie coraz więcej pytań, a nie ograniczam się jedynie do poznawania treści utworu by potem wskoczyć bezmyślnie do kolejnej książki. Virginia Woolf stosowała w swych powieściach słynny styl narracji – tzw. technikę strumienia świadomości – który idealnie oddaje tok myśli i nie utaja emocji. Użycie tej techniki powoduje, że mamy wrażenie przysłuchiwania się wewnętrznemu monologowi narratora. Ten rytm rozmowy z samym sobą to najbardziej charakterystyczna cecha jej pisarstwa. Kto tego nie polubi, raczej nie odkryje dla siebie tego rodzaju literatury. A że bywa wciąż inspiracją i natchnieniem przekonać się można było podczas lektury rewelacyjnych Godzin (The Hours) Michaela Cunninghama czy ostatniej powieści Jeanette Winterson Podtrzymywanie światła (Lighthousekeeping), w której dostrzegam analogie z Do latarni morskiej.

Dla mnie obcowanie z dziełami Woolf to przyjemność wskoczenia w kreowany przez nią świat. Przypomina to wizytę w dawno niewidzianym miejscu i trzeba powoli odszukiwać właściwy rytm, aby naprawdę dobrze się w nim poczuć i docenić całą jego moc. Czytanie tej pisarki nie jest tym samym, co poświęcenie wolnej chwili lekkiemu czytadłu. Mimo wysiłku jakiego nieraz od nas wymaga warto spróbować odwiedzić jej świat. Choćby dla tych emocji, jakie na bardzo długo po samej lekturze wciąż w nas pozostają i będą majaczyć jak niewyraźna sylwetka latarni morskiej zapamiętana z odległych lat dzieciństwa. Zachęcam, aby podążyć za tym światłem jak za drogowskazem dla gubiących się statków i podsycać od czasu do czasu jego ogień pozwalający na odkrywanie siebie w kolejnych powieściach Virginii Woolf.