Sędzia przywołuje zawodników na środek ringu. Kładąc im ręce na ramionach, przybliża ich ku sobie tak, że wszyscy trzej stykają się głowami.
– To ma być uczciwa walka! Żadnych ciosów poniżej prawdy historycznej! Wymagam maksymalnego obiektywizmu w analizach. Żadnych akapitów pod publiczkę, żadnych pokrętnych tez, żadnych ciągniętych za uszy wywodów! Nie dopuszczę do matactw przy doborze źródeł! Nie będę tolerował klinczów naginaniem faktów, czy fauli cytatami z sufitu. Żądam szacunku dla czytelnika! Nie chcę tu widzieć bijatyki, tylko szlachetną szermierkę na pióra, zrozumiano?
Obaj przeciwnicy potwierdzają i odskakują do swych narożników, w których ułożono stosy książek: w czerwonym widać grube tomiska Upadku Cesarstwa Rzymskiego, w niebieskim egzemplarze Bitwy o Atlantyk.
Zawodnicy pozdrawiają czytelników po brzegi wypełniających halę. Autor Upadku… kłania się powoli i dostojnie, jak przystało na zawodnika w kategorii ciężkiej (640 stron druku wraz z mapkami i ilustracjami), trenującego w słynnej „stajni” Worcester College of Oxford.  Peter Heather reprezentuje Wielką Brytanię, walk na historycznym ringu stoczył już całe mnóstwo, wciąż pozostając niepokonanym. Jego przeciwnik (również Brytyjczyk) to o wiele młodszy challenger Bernard Ireland z Royal Naval Scientivic Service. Jest dużo lżejszy (kategoria do 356 stron druku, map, fotografii i tabel), ma też o wiele skromniejsze konto od przeciwnika, lecz również nie zaznał jeszcze smaku porażki.
Wrzawa wśród czytelników na rośnie. Obfitych kształtów blondyna (występująca topless, lecz w mundurowych spodniach Kriegsmarine) z tablicą informującą o rozpoczynającej się za kilka sekund pierwszej rundzie marynarskim krokiem opuszcza ring. Gong! Pierwsze starcie! Rozpoczyna się walka o mistrzowski pas WHBA (Word Historical Boxing Asociation). Jej promotorem jest poznański Dom Wydawniczy „Rebis”.

I RUNDA

Sędziowie oceniają w niej książki walczących autorów po kątem wagi tematów, czytelniczego na nie zapotrzebowania, a także doboru i wykorzystania źródeł, obiektywizmu, rzetelności prac, ich naukowej wartości.

Jako pierwszy do ataku rusza Peter Heather. Kontynuując chlubne tradycje brytyjskiej szkoły historii starożytnej, zajmuje się kresem Cesarstwa Rzymskiego (ściślej – zachodniej jego części), by uleczyć odbiorców z fatalnego zauroczenia Gibbonem, a także powtarzanymi za nim niemal identycznymi tezami, zarówno o przebiegu katastrofy, jak i jej przyczynach. Autor boksuje z powagą profesora z Oksfordu, przez co część publiczności opuszcza trybuny z grymasem zawodu na twarzach. To ci, którzy spodziewali się „ogórkowych” sensacji o upadkogennym ołowiu rur w akweduktach (przez co rzekomo Rzymianie stali się bezpłodni), o samobójczej skłonności do gorących kąpieli (efekt identyczny), o karze za rozpustę i bezbożność itp. Sędziowie z uznaniem kiwają głowami i reagują natychmiast – na korzyść Heathera. Upadek Cesarstwa Rzymskiego uznają za mannę z Rebisu dla tęskniących do dzieła uwzględniającego badania najnowsze.

Walczący autor prezentuje (tak własne, jak i kolegów po fachu) osiągnięcia, dokonując syntezy wyników szczegółowych dociekań naukowych podejmowanych w ostatnim czterdziestoleciu. W pracy nad źródłami pisanymi posługuje się ciosami prostymi krytyki literackiej, w odmienny (a brzemienny w skutki) sposób odczytując znane materiały źródłowe. Niektóre, dotąd dyskwalifikowane, przywraca do łask, a część do tej pory uznawanych za fundamentalne ustawia na półce z literacką fikcją. Zawodnik Heather nie bije poniżej pasa wytrychem „zaginionych źródeł”, choć w kilku przypadkach nie wyklucza ich istnienia. Usiłuje niejednokrotnie rekonstruować źródła niezachowane, opierając się na istniejących, zawierających tamtych streszczenie czy rozwinięcie. Zaufanie wzbudzać musi przyznawanie się profesora (bez zbędnych uników) do luk w materiale dowodowym. Niektóre pytania autor zawiesza, na inne zaś nie odpowiada, nie mając ku temu podstaw, o czym zawsze lojalnie informuje: nie staram się mydlić […] oczu, kiedy […] trop się urywa albo […] kwestie pozostają niewyjaśnione. Przez całą pierwszą rundę zawodnik z Oksfordu podkreśla, iż zgon rzymskiej Europy to jedna z najważniejszych zagadek historii, intrygująca tym bardziej, iż jej rozwiązanie ma kluczowe znaczenie dla rozumienia późniejszych dziejów naszego kontynentu, których kres imperium cezarów był akuszerem.

W odróżnieniu od P. Heathera, Bernard Ireland zajmuje się wydarzeniem mniej odległym w czasie – kampanią atlantycką II wojny światowej, niesłusznie zwaną u nas Bitwą o Atlantyk. Battle? Bitew na atlantyckim akwenie rozegrano w latach 1939-1945 dziesiątki, setki. Można rzec – były nimi wówczas wszystkie konwojowe rejsy. Raczej zatem – „kampania”, „bój” czy „batalia”. Po co jednak rozdzierać terminologiczne szaty, skoro Battle of the Great Britain zwiemy uparcie „Bitwą o Anglię”, a poza pięściarzem Normanem Davisem (Wisła Kraków – Walia) nikogo to jakoś nie bulwersuje.
Zdawać by się mogło, że temat Bitwy o Atlantyk posiada dużo mniejszy kaliber od problematyki poruszonej w Upadku Cesarstwa Rzymskiego – tam powolny krach ogromnego imperium, a tu „marna” sześcioletnia kampania. To przekonanie błędne. Ireland celnymi seriami sierpowych argumentów wyjaśnia, iż przecież inny od znanego wynik atlantyckiego starcia  odmieniłby losy II wojny światowej, przez co świat stałby dziś na zupełnie innym fundamencie: brunatnym lub czerwonym. Czytelnicza publiczność zgadza się z takim postawieniem sprawy. I to nie tylko maniacy militariów doby II wojny, których liczba – w odróżnieniu od weteranów ówczesnych walk – nie maleje.
Analizując walkę o Atlantyk, Peter Ireland pełnymi garściami w bokserskich rękawicach czerpie z archiwów alianckich i niemieckich. Trzeba przyznać – czerpie umiejętnie, w sposób obiektywny i budzący zaufanie. Ilekroć dane są rozbieżne, ilekroć prześwitują przestrzelinami luk – zawodnik uczciwie ten fakt sygnalizuje. Naukowa rzetelność nie jest Irelandowi obca, na co w każdej sekundzie walki daje liczne dowody.

GONG!
W zgodnej opinii sędziów – starcie remisowe. Zawodnicy ciężko sapią w narożnikach, po ringu wolno przechadza się brunetka w powłóczystej białej szacie. Nad głowę unosi ręce trzymające tablicę. Komu starożytne rzymskie cyfry nieobce, ten wie, że za chwilę rozpocznie się…

II RUNDA

Tym razem punktowana jest wartość poznawcza obu ksiąg, na ile wykraczają poza obowiązujący kanon wiedzy, na ile zaś się w nim mieszczą.

Znów pierwszy do ataku rusza P. Heather. Od pierwszego do ostatniego ciosu jego dzieło posiada dla zatopionego w lekturze tak walor porządkujący (doskonale systematyzuje fakty i ich interpretacje znane już wcześniej), jak i urok zaskoczenia – kryje niespodzianki w miejscach, w których na tzw. „zdrowy rozum” być ich nie powinno. Choćby wówczas, kiedy autor – na pozór samobójczo – stwierdza, iż żadnego upadku Rzymu nigdy nie było. Zanim jednak wyprowadza ten obrazoburczy cios, odrzuca jako nieudokumentowane twierdzenia o nieuchronności katastrofy w wyniku: uwiądu biurokratycznego, systemowego krachu gospodarki, kryzysu moralności, zapaści militarnej z powodu barbaryzacji armii oraz kryzysu społecznego nieuchronnego w ustroju niewolniczym. Tezie o zgubnej deromanizacji imperium przeciwstawia gardę analizy postępującej romanizacji tak ludów żyjących w obrębie cesarstwa, jak też – bliżej lub dalej – sąsiadujących z cesarstwem.

Precyzyjnie wymierzając ciosy, zawodnik rozwiewa bajki o niezmiennie odzianych w skóry, a wiecznie chciwych „perkalu i paciorków” germańskich dzikusach. P. Heather ukazuje kilkuwiekową ich ewolucję, a także prawie zupełny brak o tym pojęcia rzymskich elit politycznych i wojskowych. Błyskotliwymi zwodami wspartymi licznymi podbródkowymi odrzuca też deterministyczną tezę o nieuchronności konfliktu Rzymu z „barbarią” w wyniku rzekomo nierozwiązywalnej sprzeczności interesów – podpiera to licznymi dowodami. Podobnie bez wahania uniewinnia Heather chrześcijaństwo, oskarżane często o zniszczenie imperium z racji swych ciągot ewangelizacyjnych (wobec barbarzyńców) oraz destrukcyjnych (wobec świeckiej władzy państwowej). Zawodnik Oksfordu dowodzi, że w tym samym stopniu imperium uległo chrystianizacji, co chrześcijaństwo romanizacji. Wiara chrystusowa (skutkiem upaństwowienia) stała się czynnikiem imperium spajającym, a nie destruktywnym. Prawy sierpowy – chrześcijański Wschód przetrwał swego zachodniego bliźniaka o tysiąclecie – jest tylko jednym z wielu ciosów, jakie oksfordczyk zadaje w tej fazie wywodu.
– Cóż więc się stało z Cesarstwem Zachodnim? Skoro nie upadło, to gdzie się podziewa? – wykrzykuje ktoś z trybun. Dynamicznym półhakiem P. Heather wyjaśnia, że Rzym faktycznie nie istnieje, lecz nie tyle upadł, co trzymana przez wieki w jego zachodniej łapie Europa uległa ewolucyjnemu (choć ze sporą dozą gwałtu) przekształceniu. Barbarzyńscy diabli wzięli scentralizowany organizm cesarstwa, przetrwała jednak – podkreśla pięściarz – z nienaruszoną kulturą romanitas  („rzymskość”) prowincjonalna, ewoluując i jednocząc się wokół nowych centrów powstałych na terenie cesarstwa. Nie tyle zatem upadek, co rozkład. Proces zresztą bardzo rozłożony w czasie, niejednakowy dla całego terytorium. Brak dającej opiekę i gwarancję własności władzy centralnej skłonił prowincję, rwąc jej więzi z Rzymem, do lojalności wobec dominujących nowych ośrodków.
– Dlaczego do tego doszło? – pytająco skanduje widownia. – Nec Hercules contra plures! – odpowiada zasapany P. Heather, lokując na korpusie problemu serię uderzeń:  zajęty na froncie perskim Wschód popełnił (wymuszony) błąd, sprzeniewierzając się odwiecznym zasadom politycznym – nieopatrznie wpuścił gockiego wilka do swej owczarni. Wywołało to spiralę klęsk kolejnych, a także odwróciło uwagę Zachodu (wspierającego bliźniaka) od niebezpieczeństwa germańskiego, co z kolei pozwoliło na przekraczanie Renu coraz liczniejszym grupom „gości”. Rozerwanie (definitywne) imperium nastąpiło później od środka, poprzez upadek centrum oraz coraz silniejszą (często wrogą) niezależność nowopowstałych ośrodków politycznych. Pomijając zniszczenia i pożogi w momentach starć militarnych, zachodnie prowincje rzymskie całkiem nieźle zniosły upadek „centrali”. Upadek Rzymu oznaczał raczej ewolucję, a nie kataklizm – boksuje P. Heather – Zachód pod przemożnym naciskiem plemion barbarzyńskich wyewoluował z jednego organizmu państwowego w wiele innych, które ruszyły dalej odrębnymi, choć w wielkiej mierze wspólnymi drogami.

Wyczerpany oksfordczyk zwalnia nieco tempo walki, co wykorzystuje autor Bitwy o Atlantyk. Wyprowadza dziesiątki ciosów, chcąc przekonać do siebie arbitrów doskonale wiedzących, iż niejeden zagajnik wycięto, by wydrukować flotylle książek traktujących o drugowojennych zmaganiach na Oceanie Atlantyckim. Zawodnik boksuje doskonale i sprawia, że po lekturze jego książki nikt nie żałuje kilku wyciętych nań brzózek.

Praca Irelanda systematyzuje wiedzę czytelnika o rzekomo znanej już na wylot kampanii, oferuje też obszerny przegląd  zastosowanej wówczas technice wojennej. To zdecydowanie największa zaleta książki, ale są i inne: naszkicowanie politycznego i historycznego tła zdarzeń, bez czego wiele innych prac grzeszy mieliznami.
Zawodnik rozpoczyna swą opowieść, kryjąc się za gardą analogii. I tu czytelnik ma uczucie przykrego déjà vu, gdy autor stwierdza autorytatywnie, iż – przynajmniej w przypadku admiralicji brytyjskiej – historia vitae magistra non est. Mimo tragicznych doświadczeń z lat 1914-1918, w roku 1939 Brytyjczycy nie byli gotowi do wojny na morzu, a przecież po raz kolejny ochrona szlaków morskich posiadać musiała wagę szczególną, zaś choćby z prasy wiedzieć można było, iż  niemiecka doktryna wojenna znów wielki nacisk kładzie na U-Bootwaffe. Nie zadbano jednak w stopniu dostatecznym o rozwój flotylli eskortowych, o lotnicze wsparcie, zbyt małą wagę przyłożono też do techniki zwalczania okrętów podwodnych. Zamaszystym sierpowym wskazuje tu brytyjski pięściarz na porażające straty, które stocznie Królestwa były w stanie uzupełniać w pełni, a nawet z nadwyżką dopiero w roku 1943.

Energicznie boksujący zawodnik proponuje odmienną od tradycyjnej periodyzację. W wyniku nader skrupulatnej analizy statystyk strat, konfrontując źródła obu zmagających się stron, dochodzi do wniosku, iż przełom nie nastąpił, gdy go triumfalnie urbi et orbi ogłosił Winston Churchill. Ireland – przy akceptacji arbitrów – dopatruje się odwrócenia wojennej karty już w drugiej połowie roku 1941, kiedy to u-booty przestały zatapiać wymaganą przez Doenitza liczbę statków. U-Bootwaffe została wówczas nie tyle pokonana, co przestała zwyciężać, a w zderzeniu z rosnącym potencjałem produkcyjnym stoczni alianckich stanowić to musiało kres marzeń III Rzeszy. Wprawdzie wejście do walki niedoświadczonej floty USA znów podniosło wydajność „wilczych stad”, lecz wynik starcia był przesądzony. Uprzedzając czytelnicze wątpliwości, autor wyprowadza precyzyjny lewy sierpowy: politycy brytyjscy zdawali sobie doskonale sprawę ze stanu rzeczy, lecz wyolbrzymiając zagrożenie, pragnęli wymusić na USA większą pomoc i ulżyć przez to swemu krajowi, mając na uwadze powojenny układ sił.
Ku sporemu zaskoczeniu publiczności Ireland odmiennie niż inni autorzy przygląda się stosunkowi Kriegsmarine do rozbitków alianckich. Nie pochwala bestialstwa, lecz tłumaczy pozostawianie szalup samym sobie obawą załóg niemieckich przed zatopieniem ich okrętów. Boksuje jednak na tyle obiektywnie, by nie zapomnieć o załogach włoskich ratujących rozbitków bez oglądania się na możliwe straty własne.
Pojedynczy sierpowy Irelanda wspominającego w jednym zdaniu (sic!) o roli Polaków w sprawie Enigmy częściowo tylko satysfakcjonuje polską część widowni. Kompletnie rozczarowuje natomiast brak jakichkolwiek wzmianek o naszej flocie i lotnictwie. Zbyt głośny nadwiślański szloch nie jest jednak na miejscu, gdyż sami po macoszemu traktujemy walki polskich „Wellingtonów” z u-bootami, a równie gładko jak Brytyjczycy o „Piorunie”, „Burzy” i „Błyskawicy” zapominamy choćby o wkładzie Arabów we francuskich mundurach w nasze zwycięstwo pod Monte Cassino.

GONG!
I w tej rundzie remis. Autorzy dochodzą do siebie w narożnikach, a po ringu marszowym krokiem krąży młoda kobieta w bikini nader skąpym, lecz mimo to ozdobionym, złotą nicią haftowanym, napisem Royal Navy. Z napisu na trzymanej przez nią tablicy jasno wynika, iż za moment rozpocznie się…


III RUNDA

Teraz pod osąd dostają się: spójność narracji, logika i przejrzystość oraz stopień uogólnienia analiz.

Chcąc przeważyć na swoją korzyść szalę zwycięstwa, pierwszy do ataku rusza Ireland. Boksuje w pełni świadom faktu, że narracji Bitwy… nie da się zarzucić ani braku logiki, ani też zachwiań chronologii. Niestety – sporo jego ciosów pruje powietrze, gdyż niezasłużonym z kolei pochlebstwem byłoby stwierdzenie, iż popełnił relację przejrzystą. Czytelnik po wielekroć tonie w iście atlantyckich spienionych falach statystyk oraz szczegółów technicznych. Autor kilkakroć rzuca koła ratunkowe diagramów oraz wykresów, spuszcza szalupy tabel, lecz niewiele to pomaga – co rusz słona woda natłoku informacji rozbija opowieść, zalewając czytelnicze oczy. Podobne zarzuty nie byłyby zasadne wobec podręcznika akademii Royal Navy, lecz Bitwa… jest – jak się zdaje – pracą (w zamierzeniu) mającą popularyzować historię. Jako taka powinna trafiać nie tylko do zaintrygowanych wymiarami nitów w poszyciach fregat i korwet, lecz także do szarych zjadaczy popularnonaukowych bochenków. Książce Irelanda brakuje niezbędnego dla popularyzacji wiedzy stopnia uogólnienia analizy. Pozbawiony go potop detali przypomina chwilami wyśmienitą zupę, którą w messie podano wprost na obrus, zamiast nalać do talerza.

Wietrząc swą szansę, do kontrataku rusza P. Heather. Ciosy zadaje z ogromną swobodą. Jego metodę narracji w Upadku… śmiało można polecić (żal, że nie sposób zmusić do naśladownictwa) tym z jego kolegów po fachu, którzy ślęcząc nad źródłami ku chwale przyczynków, monografii i monografijek, zapominają o naczelnym imperatywie historyków – tworzeniu rekonstruującej dzieje narracji. P. Heather rozumie to doskonale i walczy bez oglądania się na gromy rzucane zapewne przez jego kolegów tłoczących się na zakurzonym uniwersyteckim Olimpie, niedostępnym czytelnikowi nieprofesjonalnemu. Wędrując od szczegółu ku stosownemu stopniowi uogólnienia, autor zręcznie zarysowuje tło wydarzeń, a każdą partię rozważań kończy krótkim, acz treściwym resume oraz pytaniami zapowiadającymi ciąg dalszy. Czyni to tak, że nie sposób pogardzić przynętą i zerwać się z haczyka. Kohorty analizowanych faktów, wsparte (zawsze uprawnionymi) dygresjami nie stanowią dla zawodnika celu samego w sobie, nie są popisami erudycyjnymi, lecz w sposób logiczny rozwijają wywód. Każda jego fraza wynika z poprzedniej, płodząc jednocześnie kolejne.

GONG!
W zakończonej właśnie rundzie sędziowie przyznają zwycięstwo zawodnikowi z Oksfordu. Jego lekko zamroczony przeciwnik zmierzając na odpoczynek do narożnika, wpada na hożą blond-dziewoję o długich do pasa warkoczach, spływających jej na plecy spod plastikowej imitacji germańskiego hełmu z połowy V wieku. Jak Odoaker tarczę, potomkini Lorelei dzierży w swych krzepkich dłoniach tablicę z numerem kolejnego starcia…

IV RUNDA

Wraz z gongiem rozpoczynającym ostatnie starcie euforyczni dotąd fani Heathera milkną, przygryzając nerwowo palce. Oczy zasnuwa im widmo porażki ich ulubieńca. Z miejsc zrywają się natomiast zwolennicy jego rywala przekonani, iż z łatwością odrobi on straty z rundy poprzedniej. Wierzą święcie, iż Oksfordczyk rychło padnie na deski pod gradem ciosów – przecież Ireland ma za sobą długotrwały i intensywny trening dziennikarski, a jego przeciwnik to profesor z namaszczeniem zamiatający togą posadzki pamiętającej średniowiecze uczelni.
Ku zdumieniu i rozpaczy swych fanów marynista już na pierwszych stronach cofa się do narożnika i opiera o liny. Ruchy ma powolne, ciosy zadaje w próżnię. Dużo lepiej prezentuje się Peter Heather, reprezentujący sztukę walki właściwą brytyjskiej szkole historii. Jego szanse w rundzie, w której ocenia się literackość obu książek, atrakcyjność przekazu, przystępność języka (m.in. poprzez rezygnację z profesjonalnego żargonu) okazują się jednak spore. Profesor boksuje w pełni skoncentrowany, choć z wielką swobodą, co ważne, gdyż o ostatecznym wyniku walki zadecyduje przecież to, z której lektury czytelnicy czerpią większą przyjemność.

Ukryty za podwójną gardą Ireland usiłuje przetrwać nawałnicę Heathera, któremu za nic proletariackie korzenie nowożytnego boksu –  oksfordczyk pomny markiza Queensberry atakuje bez ustanku, aczkolwiek z gracją i dystyngowanie. Jego przeciwnik usiłuje klinczować cytatami z Doenitza, udaje też, że wypadł mu ochraniacz akapitów, za co oficjalnego upomnienia udziela mu arbiter ringowy, a punktowi z dezaprobatą kręcą głowami. Zrozpaczony Ireland zrywa się do kontrataku: wyprowadza lewe proste (zbyt nielicznych) cytatów z Churchilla, idzie do zwarcia przytaczając skrawki wspomnień brytyjskich admirałów i niemieckich podwodniaków. Na Heatherze nie robi to wrażenia. Schowany za gardą ironii swych analiz memuarów rzymskich biurokratów, co rusz kontruje sierpowym historycznej anegdoty, trafia półhakami cytatów antycznej korespondencji prywatnej, często obezwładniającej swym niezamierzonym humorem, a zawsze dającej szanse zrozumienia, co „chylącym się ku upadkowi” Rzymianom w duszach grało.
Oksfordczyk boksuje zachowując niezbędny dystans wobec dziejowej materii, ale równie dobrze czuje się w półdystansie merytorycznie uzasadnionej dygresji. Ku zadowoleniu publiczności oraz sędziów – nie poklepuje jednak tematu rozważań po plecach. Rozpaczliwe podbródkowe marynisty w postaci „niemiecko-zwięzłych” aforyzmów dowódców U-Bootwaffe – chybiają celu. Knockdown! Ireland pada na deski. Na „sześć” wstaje chwiejnie na nogi. Sędzia zagląda mu w oczy, mętne jak kilwater za lotniskowcem eskortowym, lecz pozwala kontynuować walkę.

Pewien swego Heather przechodzi do frontalnego ataku: wyprowadza sarkastyczny lewy prosty portretu opisu „dyplomatycznych talentów” Attyli, poprawia potencjalnie arcynudnym, a faktycznie przesmakowitym, wywodem o wpływie niesymetrycznego łuku refleksyjnego na dzieje świata. Walkę kończy lewy sierpowy opowieści o kontredansie Alaryka wokół Rzymu, okraszonej pełnymi sarkastycznego polotu autorskimi komentarzami. Ireland pada po raz wtóry. Z trudem się podnosi, chce walczyć nadal, lecz na ring frunie ręcznik! Kto rzucił? Wydawca? Sędzia podnosi z desek bawełniany prostokąt i choć bada go skrupulatnie, nie znajduje nawet śladu po finalnym resume niezbędnym, by czytelnik Bitwy… czuł się słusznie bogatszy o nabytą wiedzę, a nie zmagał się z poznawczą hipotermią pośród oceanu wywodu pozbawionego należytej pointy.

Pokonany Bernard Ireland słania się w narożniku, a na środku ringu, choć spętany karbami szacunku dla przeciwnika, trwa festiwal radości Petera Heathera. Wysoko nad głowę unosząc mistrzowski pas, triumfator nie potrafi uwolnić się z objęć uradowanego wydawcy oraz słusznie z siebie dumnego tłumacza. W sektorach kibiców atlantyckich ponura cisza: swą konsternacją przypominają oficerów Kriegsmarine na pokazie nowej torpedy, która choć tak piękna, choć taka nowoczesna, to jednak trafia w gusta tylko i wyłącznie fachowców. Tuż obok tłum w legionowych pancerzach wiwatuje niczym weterani Cezara na koniec oblężenia Alezji. Czytelnicy, przed walką neutralni, teraz porwani walorami Upadku… przyłączają się do „Rzymian”.

Jeszcze nie koniec! Przedstawiciel „Rebisu” informuje, iż do jury d’appelle wpłynął protest z żądaniem unieważnienia walki – niesłusznie dopuszczono do starcia syntezy z monografią? Riposta jurorów jest błyskawiczna: – Czy to synteza, czy monografia, książka historyczna nie powinna przypominać wspomnień szalonego statystyka.  Autora zadaniem jest sprawić, by jej lektura była przyjemnością. Czy na U-bootach, czy pod Adrianopolem lub na Polach Katalaunijskich zmagali się żywi ludzie i niesłuszne jest zamienianie ich na „wilcze stada” cyfr. Zawodnik Heather o tym pamiętał i dlatego zwyciężył. W uznaniu wszakże naukowej klasy pokonanego przyznaje mu się jednak ćwierć  złotej klamry mistrzowskiego pasa.

Pokonany uśmiecha się z odrobiną satysfakcji, natomiast triumfator przekracza Rubikon oświadczając, iż nikomu niczego nie odda, bo czterdzieści lat badań, bo coraz mocniejsze okulary, bo reumatyzm, bo ten kurz w archiwach… Chórem protestują też jego kibice i formując testudo wbijają się w tłum zwolenników Irelanda, którzy zdążyli już hardo unieść głowy w marynarskich czapkach. W ruch idą pile, torpedy, onagry i bomby głębinowe. Z czasem walka przenosi się z trybun do księgarń. Wydawcy słusznie zacierają ręce…

Bernard Ireland
Bitwa o Atlantyk
The Battle of the Atlantic
tłum. Przemysław Bandel
Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2006

Peter Heathem
Upadek Cesarstwa Rzymskiego
The Fall of the Roman Empire
tłum. Janusz Szczepański
Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2006