Jerome K. Jerome, „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)”
Wydawnictwo CiS, Warszawa 1999
Tłumaczenie: Kazimierz Piotrowski

 

Chciałam napisać coś o poważnej książce, takiej, która zmusza do refleksji, która nie daje o sobie zapomnieć, której fragmenty kołaczą się nam po głowie, a mijani ludzie i napotykane sytuacje kojarzą się z losem bohaterów.
I wtedy zrozumiałam, że nie da się pisać przy ponad trzydziestostopniowym upale o skutych zimnem brytyjskich pejzażach, czy wilgotnych, ociekających deszczem i spowitych mgłą ulicach Londynu. Trudno w zimowe miesiące na Syberii uwierzyć w ciepło hawajskiej plaży, nawet jeśli na chwilę przymkniemy oczy. Tak samo trudno w środku lata wczuć się w chłodny i dokuczliwy klimat Wyspy. A ponieważ cieszenie się urokami urlopu jest w tym roku przez pracodawcę przyjemnością mi oszczędzoną (przynajmniej na razie), myśli nieustannie uciekają ku letnim uciechom, błogiemu lenistwu i wyprawom w nieznane.
Idealną książką mogącą ostudzić me cierpienia i obrzydzić zalety wypoczynku jest klasyczna już, bardzo brytyjska i napisana ponad sto lat temu powieść Jerome K. Jerome’a  „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)” [Three Man In a Boat To Say Nothing of the Dog].

Jej bohaterowie (George, Harris i Montmorency) początkowo planują, a później, mniej lub bardziej konsekwentnie, realizują plan rejsu wodami Tamizy. W przedmowie do pierwszego wydania napisano: Urok tej książki zasadza się nie tyle na jej stylu literackim czy też użyteczności informacji, jakie zawiera, ale na jej niewolniczej wierności prawdzie.
I choć nikomu nie będzie łatwo ślepo uwierzyć w prawdziwość opisanej historii, gdzie humorystyczne i absurdalne przypadki dopadają jak zaraza trójkę przyjaciół, to mnie słowa autora jak najbardziej przekonują. Już nigdy nie powiem, że skoro pech prześladuje kogoś na każdym kroku, to takie nagromadzenie nieszczęścia nie może być rzeczywiste i niezamierzone. Po lekturze „Zwariowanej łódki czyli żałosnej historii Radosnej Przygody” Kanadyjczyka Farleya Mowata (czyżby łódki w tytule były dla Czytelników gwarancją zabawy i śmiechu?), czy przygód Amerykanina na Wyspach Brytyjskich w „Zapiskach z małej wyspy” Billa Brysona wiem, że naprawdę wszystko się może zdarzyć. Nie mówmy, że coś nas nie dotyczy, bo życie szybko ten pogląd zrewiduje. Wystarczy zaplanować choćby najmniejszy domowy remont, a już po chwili wszystkie plagi egipskie dopadają nas, zanim po raz pierwszy użyjemy młotka.
To samo przytrafiło się trójce dżentelmenów u Jerome’a. Autor z nieukrywaną przyjemnością dopuszcza Czytelników do uczestnictwa w przygotowaniach do rejsu. Śledzimy plany dotyczące dojazdu, noclegów, ekwipunku, higieny i wyżywienia. A wszystko to przystrojone jest wyśmienicie w doskonały angielski humor, który można albo pokochać albo znienawidzić.

Arcydzieła kunsztu translatorskiego dokonał Kazimierz Piotrowski, choć młodsze wydania powieści ukazały się już w tłumaczeniu Tomasza Bieronia. Zwolennicy i przeciwnicy obu panów tworzą wśród Czytelników dwa odrębne obozy. Ja nie stanę po stronie żadnego z nich, bowiem znam tylko efekt pracy jednego, ale jestem przekonana, że ta historia broni się sama w każdym z dwóch polskich tłumaczeń.
Ogromnym atutem książki jest lekki styl oraz wierność relacjonowania kolejnych etapów nawodnej wyprawy. Przy okazji tej podróży poznajemy trochę historii Anglii oraz topografię regionu. Każdy z 19. rozdziałów przytacza jakąś przezabawną historię, a rozwój wydarzeń przekonuje, iż cała trójka bohaterów nie była zupełnie przygotowana na niedogodności, jakie przysparza rzeczna wyprawa. Nagłe zmiany pogody, zimno i wilgoć, monotonia pejzażu oraz prostota posiłków szybko wprawiają podróżników w zły nastrój.
Ale tylko ich. Czytelnik ubawi się niemal na każdym etapie czytania oraz pokręci głową z niedowierzaniem nad mnogością problemów jakie na łodzi mogą sprawiać nawet najprostsze czynności i przedmioty. Krótkie tytuły zapowiadające rozdziały szybko pozwalają się zorientować, z jakimi katastrofami przyjdzie im się zmierzyć (Perfidia szczoteczek do zębów, Pogańska natura lin holowniczych, George i jego koszula: opowieść z morałem, Harris gotuje się na śmierć, Pies w nastroju filozoficznym, Rzeka w swych różnych wcieleniach).
Najkrócej można by rzec, że „Trzech panów w łódce” to prosta wakacyjna opowieść, nie warta odnotowywania i rezerwowania jej osobnego miejsca na tle bogatej literatury brytyjskiej. Bynajmniej błędne byłoby takie mniemanie. Jerome K. (mało kto wie, że ta tajemnicza litera ukrywa jakże swojsko brzmiące słowo Klapka) Jerome, jak rzadko który pisarz, stworzył bohaterów z krwi i kości, którzy nie zdają się papierowymi ideałami, ale Brytyjczykami walczącymi z rozbrajającą szczerością ze zdarzeniami, jakie zgotował im dotychczas skromnie prowadzony żywot. Ponieważ od zawsze planowanie wolnego czasu wiąże się z ryzykiem sprawdzenia siebie w sytuacjach niecodziennych (głód – przejedzenie, zimno – udar słoneczny, brak funduszy – nadwyżka finansowa), proponuję wszystkim, którzy muszą wciąż siedzieć w nagrzanych pomieszczeniach biur, sklepów czy redakcji, próbę odnalezienia radości w prostych czynnościach. Prostych, ale pozwalających wznieść się na moment nad poziom chmur wiszących za oknem. A słowa autora ze wstępu niechaj staną się tylko lekką zachętą ku temu: Było lato, a Londyn jest latem tak piękny. Rozpościerał się przed mymi oczyma, niczym baśniowe miasto spowite złote mgiełką, pracowałem bowiem w pokoju położonym wysoko nad wierzchołkami kominów. […] Podczas tych letnich miesięcy napisałem książkę. Wydawało mi się to jedynym rozsądnym zajęciem.

Coś w tym jest, skoro te słowa nie opuszczają mnie. Piszmy więc tego lata. Przyglądajmy się rozleniwionym myślom, swobodnie falującym w upalnym podmuchu wiatru. Piszmy opowiadania, poezje, powieści, notujmy pojedyncze słowa, które być może w jesienny wieczór ułożą się właściwie we większy fragment. A ja mogę tylko dodać, parafrazując wypowiedz Jerome’a, że podczas jednego letniego popołudnia napisałam tę recenzję. Wydawało mi się to jedynym rozsądnym zajęciem.

Autor przezabawnych przygód panów na łódce popełnił również inne dzieło podróżnicze (a raczej „cyklistyczne”), dotyczące wyprawy rowerowej Anglików do Niemiec. W 1900 roku ukazało się „Trzech panów na rowerach” (Three Man on the Bummel), książka mniej u nas znana i popularna, ale równie godna polecenia. Tym bardziej, że czas sprzyja i przejażdżkom rowerowym i rejsom wodnym.