1. Przekaz
Trylogia „qatsi” Godfreya Reggio traktuje o życiu. A konkretnie o życiu ludzi. A jeszcze konkretniej – o życiu wszystkich ludzi. Każda z trzech części skupia się na innym fragmencie owego życia, uwypuklając pewne zjawiska, inne tylko anonsując. Trzy powstałe do tej pory filmy uzupełniają się nawzajem, czasem wprost do siebie nawiązując – Reggio wykorzystuje raz użyte zdjęcia, miksuje je, dokłada możliwości nowych interpretacji. Każdy z tych filmów jest w zasadzie wielkim teledyskiem. Zwłaszcza w Koyaanisqatsi widać to szczególnie wyraźnie – jesteśmy atakowani z ekranu bardzo szybko następującymi po sobie obrazkami: pędzące samochody, zmieniające się światła, walące się budynki, tłum ludzi. Z lotu ptaka albo od dołu. Przyspieszone albo spowolnione. I tak naprawdę nie sposób opowiedzieć tego filmu: nie ma żadnego bohatera, chyba że za takiego przyjmiemy ziemię i ludzkość. Nie ma dialogów. Reżyser niczego nie tłumaczy.
   I dobrze, że tego nie robi. Oglądając Koyaanisqatsi i widząc wybuch bomby jądrowej, budynki wysadzane w powietrze czy startującą rakietę kosmiczną, pomyślałem sobie: Boże, to przecież piękne. I rzeczywiście, nawet pędzące samochody, tłum ludzi spieszących się nie wiadomo gdzie (a każda twarz taka sama), grzyb jądrowy i fala radioaktywnego tsunami – to wszystko jest piękne. I przerażające zarazem. Koyaanisqatsi z języka Indian Hopi oznacza „zwariowane życie” albo „życie, które utraciło równowagę”. Jak dla mnie kwintesencją tego filmu jest jedna krótka scena pokazująca człowieka we wnętrzu jakiejś fabryki. Stoi na żelaznej platformie, obok niego wznosi się wielka, stalowa, odrapana szafa. Mężczyzna pali papierosa i patrzy w przestrzeń, ale w tym miejscu nie ma na czym wzroku zawiesić. Nie ma tam nic, do czego człowiek mógłby się z dumą przyznać. Wzrok mężczyzny nie wyraża niczego, prócz spokojnego i zrezygnowanego pytania „co ja tutaj robię?”.

Druga część jest silniejszym oskarżeniem. O ile w pierwszej części pokazana była nieodwracalna i obrzydliwa w formie dewastacja przyrody, o tyle Powaqqatsi ukazuje zniszczenie ludzi. Samo słowo oznacza „życie, które by przetrwać, musi żywić się innym życiem”. Akcja filmu – jeśli można mówić tu o jakiejkolwiek akcji – toczy się w świecie drugiej kategorii. Afryka. Indie. Chiny. Świat, który zaraziliśmy naszą kulturą i który wziął ją z dobrodziejstwem inwentarza, zaimplementował i przyjął jak swoją.
I tu też w pamięci pozostają pojedyncze sceny. Widzimy kobietę kąpiącą się nad Gangesem, za każdym obmyciem obracającą się o 360 stopni, by odmówić modlitwę. Widzimy ludzi tańczących w jakimś przedstawieniu, liczącym zapewne setki, jeśli nie tysiące lat. Bitwa na kije. Taniec. Śpiew. Młócenie zboża – i śmiech, prawdziwy, autentyczny śmiech (choć niesłyszalny). Chłopiec niosący wiązkę drewna. A potem widzimy obrazki na ekranie telewizora i za chwilę znów – tych samych ludzi, tylko idących ulicą. Podmywających się na chodniku, zanurzających ręce w zepsutym hydrancie lub kałuży. I w końcu taki sam chłopiec idący na tle odrapanego muru, pokrytego szkaradnym graffiti.

Zderzenie kultur? – zdaje się pytać Reggio. Nie ma niczego takiego. Nasza kultura, jakkolwiek mielibyśmy problemy z jej definicją, już tam jest. Wszędzie. Płynie z telewizora i jest odtwarzana najlepiej, jak się tylko da. Problemy są dwa: co się stało z tamtą, która była od zawsze? Gdzie znaleźć Chiny, Indie, Afrykę? I druga rzecz: wykorzenienie, obecne w Koyaanisqatsi, zafundowaliśmy sobie sami. To my stworzyliśmy fabryki i zainstalowaliśmy szyby naftowe. Jeśli do kogoś możemy mieć pretensje, to daleko szukać nie musimy. Powaqqatsi rozpoczyna się i kończy tą samą sceną: kopalnia odkrywkowa i tysiące robotników. Jeden z nich niesiony jest przez dwóch współtowarzyszy. Prawdopodobnie nie żyje, pożarła go fabryka, bezosobowy twór, dla którego pracował. Fabryka – kopalnia – kombinat – miasto – maszyna – masa. To wszystko będzie żyć.

   Naqoyqatsi to życie jako wojna. Ale nie tylko. To również życie w innym świecie. Wirtualne byty stają się coraz mniej wirtualne. W pewnym momencie stajemy twarzą w twarz z komputerowymi gwiazdami – wychodzącymi z cyfrowych limuzyn, udające się na digital-party. Nieprawdziwe? Ależ skąd! Prawdziwe coraz bardziej. Ludzie są tacy nieprzewidywalni i tacy niedoskonali. Reggio zabiera nas w podróż cyfrowym tunelem, obserwujemy jak nasze zera i jedynki zaczynają tworzyć coś zupełnie codziennego. A gdzie człowiek? Gdzieś tam, za tym wszystkim, zapewne jakiś jest. Ale nie ma potrzeby o nim wspominać. Przyspieszając wśród generowanych komputerowo fraktalnych obrazów, wypadamy w końcu w znajomą scenerię: to pole naftowe. I wydaje się, że niezależnie od tego, w którym miejscu zaczniemy podróż, wyjdziemy w tym samym miejscu – tam, gdzie są pieniądze. Bo życie jako wojna nie dotyczy już i nie dotyka wielkich idei. Dotyka tylko tej jednej i to wcale nie szczególnie wzniosłej.

Koyaanisqatsi powstało w 1983 roku. Ostatnia część trylogii – Naqoyqatsi – w 2002 roku. Dzieli je blisko 20 lat różnicy, a jednak, w jakiś sposób, mówią o tym samym. A w zasadzie pytają o to samo: czy się przypadkiem gdzieś nie zgubiliśmy? Czy wiemy, dokąd chcemy dojść? A może czas się przyznać, że większość tego, co się dzieje, nas przerasta? Zdajemy sobie sprawę z tego, że przerasta jednostki. Ale może wszyscy już jesteśmy bezradni?
Z tej trylogii najsilniejszym ogniwem jest Powaqqatsi – jest jednocześnie najbardziej gniewnym filmem. Naqoquatsi chciałoby opowiedzieć o wojnie, ale skupia się raczej na elektronicznej alienacji i jako jedyne wybiega w przyszłość. Ten reżyserski profetyzm nie służy jednak filmowi: Reggio broni się jako biograf naszego życia, ale stając się antyutopistą przestaje być wiarygodny. Co zresztą jest dość słabym zarzutem wobec trzeciej części trylogii – jak wspomniałem na początku, reżyser i tak pozostawia odbiorcy swobodę interpretacji. Sama ta możliwość jest zaletą, którą rzadko nas obdarza X muza.

2. Dźwięk
   Muzykę do wszystkich trzech części skomponował Philip Glass. Na podstawie tych trzech soundtracków możemy się zorientować, jak przebiegała ewolucja artysty. Od surowych i bardzo monotonnych dźwięków towarzyszących obrazowi Koyaanisqatsi po wręcz klasyczne brzmienie Naqoyqatsi. Jest coś pięknego w tych płytach i to coś wykracza poza same dźwięki: oto muzyka do filmu, w którym nie pada ani jedno słowo. Siłą rzeczy ta muzyka zajmuje inną pozycję niż ścieżki dźwiękowe w filmach fabularnych: staje się bohaterem obrazu. Moim zdaniem Glass wyszedł z tej próby obronną ręką.

O ile jednak sam film można zinterpretować, o tyle muzyka pozostaje nieopisywalna. Można dodać jedynie, że muzyka do Koyaanisqatsi jest oparta na prostym i powtarzalnym z uporem derwisza pomyśle – ponad 70 minut muzyki, która mogłaby trwać jeszcze przez trzy godziny bądź skończyć się po dwudziestu minutach. Muzyka do Powaqqatsi jest już bardziej zróżnicowana i – to podstawowa zmiana w stosunku do pierwszej części – zdecydowanie lepiej dopasowana do obrazu. Płyta podzielona jest na 18 części, a tytuły poszczególnych utworów dobrze oddają klimat filmu. W New cities of the ancient lands, Africa słyszymy nagle pobrzękiwanie kastanietów i bębny. From Egypt wita nas głosem muezina…

Ostatnia część, muzyka do Naqoqatsi, jest jednym z najlepszych dzieł Philipa Glassa, jakie w życiu słyszałem. O ile można mieć wątpliwości co do tego, czy Godfrey Reggio stanął na wysokości zadania pod względem kompozycji obrazu filmowego, o tyle Glass stworzył dzieło niesamowite. Zaprosił do współpracy słynnego japońskiego wiolonczelistę Yo-Yo Ma i klimat muzyki do tego filmu jest w większości przez niego właśnie kreowany. To muzyka, która mogłaby powstać w XVII wieku. Mogłaby powstać za sto lat. Mamy do czynienia z symfonicznym wręcz rozmachem (co, jak na kameralny bądź co bądź zespół towarzyszący Glassowi, jest niezłym osiągnięciem) i rewelacyjnymi partiami wiolonczeli w wykonaniu fenomenalnego wiolonczelisty. Czegóż chcieć więcej?

3. Przedstawienie

W dniach 1 – 3 lipca tego roku, w ramach międzynarodowego festiwalu na poznańskiej Malcie obraz i dźwięk uległy ponownej unifikacji. Na dachu Starego Browaru w Poznaniu ustawiono ogromny kinowy ekran. Przed ekranem zmontowano scenę. Philip Glass Ensemble miał grać na żywo ścieżkę muzyczną do obrazów Godfreya Reggio.

Przyznam szczerze, że było to jedyne w swoim rodzaju doświadczenie. Na szczęście pogoda dopisała, więc nad głową tylko niebo gwiaździste (projekcje zaczynały się o 22.30). Przed oczami film i muzycy. Pierwszy raz w życiu widziałem, jak muzyka idealnie wpasowuje się w ramy, do których została stworzona. Jednocześnie dopiero w przypadku tego typu przedstawień można podziwiać kunszt kompozytorski: widać było, jak wraz ze zmianą scen filmu, ewoluuje też sama muzyka. I łapałem się na tym, że nie wiem, na co mam patrzeć! Czy na scenę, by zobaczyć, kto zaczął śpiewać pięknym sopranem lub odkryć który z muzyków potrząsa dzwonkiem, czy na ekran, oglądając film. Zdarzało mi się zapomnieć, że muzyka jest tworzona na żywo. Zdarzało mi się zapomnieć, że jest jeszcze jakiś film na ekranie.
I niesamowite zakończenia każdego z koncertów: Philip Glass udający, że główną gwiazdą wieczorów jest Michael Riesman (dyrygent i klawiszowiec zarazem). Godfrey Reggio udający, że gwiazdą jest Philip Glass. I w końcu zespół oddający hołd reżyserowi, bo gdyby nie on przecież ta muzyka nigdy by nie powstała.