Pomnik należy wysadzić z godnością, nie naruszając powagi ZSRR – nakazała partia, z pryncypialną precyzją uściślając polecenie: Józefowi Wissarionowiczowi Stalinowi nie wolno wkładać do głowy materiałów wybuchowych, kategorycznie zabrania się w nią strzelać. Nie wolno też o sprawie mówić z nikim postronnym, nie ma też mowy o żadnym fotografowaniu, a o filmowaniu to już w ogóle. Kto się wyłamie – natychmiast zostanie aresztowany.

Już samo sformułowanie „pomnik wysadzić z godnością” przywodzi na myśl szczególnie groteskowe owoce filmowej „szkoły czeskiej”, przypomina najbardziej surrealistyczne akapity prozy z Pragi i okolic. Skojarzenia takie są tym bardziej słuszne, że to Czechowi właśnie – przerażonemu inżynierowi Křížkowi – rozkazano wysadzenie największego na świecie pomnika Stalina, który prażanom sprezentowała Komunistyczna Partia Czechosłowacji w roku 1955. Dokładnie wtedy, gdy w samym ZSRR, człapiąc chruszczowowskimi walonkami nadchodził czas demontażu stokroć nawet mniejszych monumentów zmarłego nareszcie Ojca Proletariatu. Ba! Gigantyczna i kosztowna szkarada królowała nad Wełtawą lat zaledwie siedem, gdyż wysadzono ją już (dopiero) w roku 1962.

Historia pomnika nadaje się na farsę o wysokiej oglądalności: w ogłoszonym konkursie na pomnik Stalina – jak na stalinizm w apogeum przystało – udział biorą wszyscy żyjący i sprawni fizycznie czescy mistrzowie dłuta, a ściślej ci, którzy mają kaprys nadal trudnić się rzeźbiarstwem, a nie choćby czyszczeniem systemów kanalizacyjnych. Otokar Švec również staje w blokach startowych. Stymulując wenę litrem wódki, plagiatuje przedwojenny projekt pomnika postaci w socjalizmie arcytrefnej, w przekonaniu, że choćby z tego powodu jego Stalin zostanie odrzucony. Sprytny artysta ma jednak pecha i wygrywa. Zabawne, nieprawdaż? Prawdaż. I do tego – chciałoby się rzec – typowo czeskie.

Opowieść o pomniku zaczerpnąłem z reportażu Mariusza Szczygła Dowód miłości zamieszczonego w zbiorze Gottland wydanym przez „Czarne”. Na szczęście nie jest to książka „Na każdy temat”. Nie istnieje związek między nią a polsatowskim, pożal się Boże, talk showem, w którym drażniącym pięściakiem sztuczności i doborem tematów w stylu „cielę z pięcioma głowami” zwiastował Szczygieł nadejście ponurej epoki kamienia tabloidalnego. Książka jest po prostu velmi dobra, a kupiłem ją, gdyż traktuje o Czechach chlubiących się stolicą, w której tworzył Kafka. Pisarz rodem z CK paranoi, ale znający też rzeczywistość czeskiej „pierwszej republiki”. Socjalizmu, szczęściarz, nie doczekał, lecz mimo iż nawet dziś mało przez Czechów czytany (sic!) – duchem zawsze był (i jest) obecny. Już po śmierci autora Procesu ukuli prażanie termin kafkárna i słowo to – noblesse oblige – doskonale opisywało nadwełtawską rzeczywistość – nie tyle „również”, co raczej – przede wszystkim pod rządami KPCz. Wspomniany termin był w powszechnym użytku, lecz w druku nikt go nie uświadczył, a rozpytywani na ulicach Pragi przechodnie „nie wiedzieli”, w czym rzecz, gdyż „to słowo nie istniało”. A przecież jest kafkárna wiecznie żywa, moim zdaniem nie tylko w realnym socjalizmie i nie tylko po jednej stronie Karkonoszy. Istnieje wszędzie tam, gdzie rozpycha się łokciami świat groteski i absurdu. Realność, której nie da się do końca zrozumieć. Jedynym wyjściem – według Czechów – jest akceptacja jej istnienia i dostosowanie się.
Czy można to lepiej zdefiniować, niż zrobił to Szczygieł przytaczając anegdotę o Amerykance, której czeski literaturoznawca zupełnie serio sugerował, iżby pisząc o Wielkim Franzu, nie używała personaliów, lecz wytrychu „ten pisarz”? Unikanie nazwiska autora Procesu w pracy o nim właśnie, zdaniem profesora było świetnym wybiegiem wobec władzy na praojca kafkárny szczególnie uczulonej. No, bo jakżeby w CSRS mogły się absurd i groteska panoszyć, skoro niepodzielnie panowała husakovska „normalizacja” – sam szczyt powszechnej szczęśliwości.

Duch Franza Kafki wzbogacony o iście hrabalowskie akcenty szczerzy w Gottlandzie zęby z każdej stronicy, ale uwaga! Reportaże Szczygła nie przedstawiają większej wartości dla kogoś, kto z uporem maniaka buduje swoje zainteresowanie sąsiadami z południa tylko i wyłącznie na zazdrosnym podziwie dla ich wzniesionej (rzekomo jedynie) na chmielowym fundamencie kultury. Niech lepiej zrezygnuje z lektury Gottlandu ten, kto w każdym Czechu widzi tylko Szwejkowego kuzyna, postać z filmów Menzla, aż po kufel grzęznącą w pustyni pogodnego gadulstwa, osobnika opowiadającego w knajpie kecane historyjki, których ani sensu, ani końca nie widać. Czeska twarz wyłaniająca się z książki Mariusza Szczygła wcale nie jest rozrechotana i piwnej piany nie ma na wąsach. Naszkicowana sprawnym piórem, jest nieco zakłopotana, czasem zafrasowana czy zażenowana (lecz bez afektacji!) narodowym konformizmem. Często wykrzywia się w grymasie cierpienia, na siłę skrywanym pod maską samozadowolenia i obojętności. Kto pił, ten wie – Pilzner, owszem, rozweselający bywa, ale gorzki jest oczywiście zawsze.

Utarło się uważać (w wielkiej mierze słusznie), że podstawowym elementem czeskiej mentalności (z przerwami na czas wizyt armii zaprzyjaźnionych jak w 1938 i 1968) jest słynna pohoda. Coś, czego nam Polakom brakuje od zawsze chyba, a co tak zniewala tych z nas, których nie tyle śmieszy język stosowany na południe od Sudetów, co fascynuje tamtejsza kultura i obyczajowość. Pohoda to – jak Szczygieł twierdzi – epikurejski prozac kulturowy. Można (powinno się) go Czechom zazdrościć, gdyż równoznaczny jest z bezkonfliktowością w relacjach międzyludzkich, swoistą dobrodusznością, ironiczno-jowialnym humorem, którym doskonale służy piwo, a nie jak na północ od Śnieżki – wóda przyprawiająca do kufajek husarskie skrzydła, a ostrogi nawet do ufajdanych krowim łajnem gumiaków. Pohoda to odnajdywanie radości życia nawet w jego szarej monotonii. Nic dziwnego, że nikt tak jak Czesi nie potrafi napisać powieści czy nakręcić filmu „o niczym”, uczynić to tak, że oczarowują. Dzięki pohodzie właśnie, tej doskonałej treserce wszelkich tragedii, która z powodzeniem oswaja je tak, że nigdy nie mogą zdominować człowieka, gdyż są trzymane na smyczy humoru i przekonania o tym, że kiedyś koniunktura przyjść musi i kropka.
Z drugiej jednak strony, tej ciemnej, pohoda wydaje się niejednokrotnie uniemożliwiać refleksję, utrudniać uczciwe zrozumienie własnych postaw, grzeszyć świadomą powierzchownością sądów i pomagać we wznoszeniu gmaszyska samozadowolenia – a są to przecież występki. Choć w przypadku Czechów mocno uzasadnione, to jednak ciężkie. W makabrycznych okolicznościach przyrody (np. po roku 1968) pohoda stanowiła od nich samych ucieczkę, ale zdaniem niektórych (nielicznych) zbyt daleko idącą. Czy dzięki pogodnemu eskapizmowi zawsze da się bessę przeczekać? Czy nie zdrowiej, rezygnując ze świętego spokoju, dopomóc hossie? Gdzie zaczyna się konformistyczny marazm i ile kosztuje? Czy cena nie przekracza możliwości nabywcy? O to właśnie pyta Szczygieł w swoich reportażach.

Zabawna opowieść o pomniku Stalina przestaje śmieszyć, kiedy dotrze się prawie do pointy. Otokar Švec, triumfator konkursu, na własną zgubę lepi kolejne modele monumentu. Tworzy Stalina przeogromnego, a towarzyszące mu postaci dużo mniejsze, choć i tak zbyt wielkie jak na wymagania „krytyków sztuki” z KC KPCz, którzy regularnie besztają artystę, wpędzając go w depresję. Partia pryncypialnie stwierdza, że postaci symbolizujące czeski i słowacki lud pracujący miast i wsi są zbyt wielkie w stosunku do Wodza Narodów. Tłumaczenia zdesperowanego Šveca nic nie pomagają – towarzysze własnoręcznie dokonują poprawek. Scyzorykami zmniejszają figury kobiety-partyzantki oraz krasnoarmiejca podążających na końcu korowodu. Tuż przed odsłonięciem pomnika rzeźbiarz jedzie praską taksówką. Uprzejmy taryfiarz (nie wiedząc, z kim ma do czynienia) w zaufaniu dzieli się z artystą cenną refleksją: Przecież ta nasza partyzantka łapie tego ruskiego za rozporek. Nie chciałbym być w skórze tego rzeźbiarza, kiedy pomnik odsłonią. Zamkną nieszczęśnika i z miejsca rozstrzelają.
Skąd taki pomysł? Taksówkarz wiedział, co się w jego kraju dzieje w podobnych wypadkach?

Czeska kafkárna doby nierealnego socjalizmu bez ludzkiej twarzy wywołuje chichot, ale histeryczny. Po prostu przeraża. I tak jest na każdej stronicy: ilekroć ma się człowiek ochotę uśmiechnąć, zaraz poważnieje. Niby to samo było u nas, niby i w Polsce profesorów trzymano czasami z dala od katedr, ale nie słyszałem, by im jeszcze w późnych latach sześćdziesiątych „po czesku” dawano wybór: albo pokorna akceptacja linii partii, albo cmentarz z ewentualną zamianą na szpital psychiatryczny. W PRL zamknięto wprawdzie prymasa Wyszyńskiego w klasztorze, ale nie musiał on jeszcze w latach siedemdziesiątych (!!!) w ramach reedukacji myć okien sklepowych, jak czeski kardynał Vlk. Nie przypominam sobie też, żeby gierkowska milicja buldożerami niszczyła prywatne domy, w których wcześniej koncertował niepoprawny zespół rockowy i radiowozami rozjeżdżała uciekającą w popłochu publiczność.
Opisywana przez Szczygła maestria czechosłowackiej bezpieki w szykanowaniu opornych przekracza niejednokrotnie możliwości percepcyjne czytelnika. Podobnie jak dla – odmiennie zaprogramowanego kulturowo i historycznie – Polaka trudna do pojęcia jest skala czeskiego konformizmu i, często nie tylko bierna, akceptacja husakowskiej „normalizacji”. Warto jednak zgasić ewentualny uśmieszek pogardy i zastanowić się, czy mimo słabiej dokręcanej śruby opozycja w PRL faktycznie zawsze liczyła miliony aktywistów, czy może jednak ledwie dziesiątki w połowie lat 70-tych. Czytając o braku społecznego oporu wobec rządzących w CSRS, wypada też zapytać, czy bez krachu ekonomicznego, a jedynie pod presją społeczną nasze reżimy upadłyby już wtedy, kiedy je diabli wzięli, czy może jednak dużo później? Uczciwa odpowiedź na to pytanie może kazać nieco inaczej postrzegać mieszkańców Gottlandu – kraju Karela Gotta.

Poszukując dopuszczalnych granic czeskiego konformizmu, Szczygieł zastanawia się, na ile szwejkowska zdolność genialnej mimikry to opłacalna i uzasadniona konieczność, a na ile po prostu ułatwienie reżimowi zadania. Czy czeska uporczywa dążność do przeczekania, to błogosławiona zaleta narodowa, czy wada? Naganny oportunizm to, czy może jednak racjonalnie ostrożne szafowanie narodową krwią, gdy jej niewiele, bo nacja nieliczna, a sojusznicy i sąsiedzi (z nami na czele) wielekroć pokazali, ile są warci? Jednoznacznych odpowiedzi Mariusz Szczygieł nie podaje. Ciężko orzec, czy istnieją. Gottland ani nie gloryfikuje, ani nie potępia w czambuł Czechów i ich pohody. Pokazuje natomiast, że choć jednym pomagała trwać, to jednak zawsze działo się to kosztem jej braku u innych. W tych samych latach jasno błyszczały kariery Vondračkovej i złotoustego Karela, a ciemnymi barwami los malował życiową tragedię niemniej od nich uzdolnionej sygnatariuszki Karty 77 Marty Kubišovej. Kiedy w CTV stepował, niezatapialny jak Maryla Rodowicz, Jiři Korn, Jaromír Nohavica błąkał się gdzieś po marginesie. Kiedy Václav Neckář „czarował” w sopockiej Operze Leśnej, Karela Kryla (czeskiego Kaczmarskiego) ledwo było słychać w RWE, a rockowy Plastic People of the Universe zasiadał na ławie oskarżonych. Pohoda jasna i ciemna: na tej samej dziś półce wspaniała proza Hrabala (sygnatariusza Antykarty) przenoszona na ekran przez Menzla oraz emigracyjne tomy Kundery, Skvorecky’ego, tuż obok nich dzieła Miloša Formana, ale też i Dom na Sojczym Wzgórzu.

Czy przed Aksamitną Rewolucją pohoda mogła istnieć pozbawiona swej ciemnej strony? Czy rezygnując ze świętego spokoju tak, by nie mógł istnieć jego ponury rewers, dałoby się w ogóle żyć pod Husakiem? A może ciemna strona pohody jest po prostu jej samej logiczną ceną, którą musiano zapłacić? Otwarta pozostaje kwestia – czy w sklepiku z kafkárną na szyldzie i półkach nie było przypadkiem zbyt drogo.

Pytania te Gottland stawia równie intensywnie, co ukazuje powszechną niemal u Czechów niechęć do tychże refleksji. Polski czytelnik może na to pokręcić bohaterskim biało-czerwonym nosem, bo sam przecież nigdy, nikomu i niczym nie dał się kupić. Wcale też gremialnie nie klaskał Gierkowi otwierającemu Pewexy i granice, a  za węgłami wszystkich peerelowskich bloków z wielkiej płyty czaił się masowy ruchu oporu zbrojny w granatniki z ukoronowanymi orłami zamiast celowników. Można jednak pójść inną drogą i na koniec lektury Gottlandu nie czuć się od Czechów ani gorszym, ani lepszym – za to w pełni usatysfakcjonowanym, bogatszym o inną, głębszą wiedzę o naszych sąsiadach zza południowej miedzy. O ludziach mówiących tak podobnym do naszego językiem, a tak od nas różniących się – jakżeby inaczej – wspaniałą pohodą posiadającą jednak i stronę ciemną, którą w swej książce Mariusz Szczygieł w poruszający sposób przybliżył, nalewając do czytelniczych szklanek smakowitego pilznera. Można go wychylić kilkoma gorączkowymi haustami, można też pieścić podniebienie małymi łyczkami – delektować się każdą stronicą. Jednakże – kto pił najsłynniejsze z czeskich piw albo czytał Gottland ten wie, że pilzner rozweselić degustującego potrafi, gorycz jednak pozostanie zawsze. Nawet kiedy się człowiek rozrechocze, czytając o „partyzantce chwytającej ruska za rozporek”, to po następnej linijce świetnej książki Szczygła ma już kaca. Okazuje się bowiem, że Otokar Švec prosto z taksówki udał się do swej praskiej pracowni, gdzie popełnił samobójstwo, idąc w ślady swej żony, która presji ciemnej strony pohody nie wytrzymała kilka lat wcześniej.

Mariusz Szczygieł
Gottland
wydawnictwo „Czarne”
Wołowiec 2006

Zobacz też: Średnie kraje