okładkaLouis Ferdinand Céline
Podróż do kresu nocy
Voyage au bout de la nuit
tłum. Oskar Hedemann
Świat Literacki, 2006, s. 560

Tytuł jest żartem bazującym na jednej z piosenek taty Kazika Staszewskiego, lecz chciałem właściwie rozpocząć od innego muzyka. Jacek Kleyff śpiewał kiedyś w piosence o Brunonie Schulzu: „W końcu sztuka jest ważniejsza niż biografia”. Słowa te, które usłyszałem będąc jeszcze zupełnie larwalnym człowiekiem, dostarczyły mi w życiu dorosłym wielu rozterek.
Ostatecznie przecież spotykamy się z osobistościami na rozmaite sposoby „szemranymi”, których wkład w rozwój sztuk piękny pozostaje bezsporny, a przynajmniej nie do pominięcia. Pół biedy, jeśli rzecz dotyczy artystów, których działalność za specjalnie do nas nie trafia. Mnie na przykład nie interesują prosowieckie filipiki Jeana Paula Sartre’a, bo i twórczość tego pana jest mi dość odległa. Boleję nad postawą Heideggera w czasie II wojny światowej, lecz na tyle słabo znam się na jego filozofii, że nie zakłóca mi to snu na co dzień (czy też co noc).

Ale od czasu do czasu trafiam na takich twórców, którzy zachowali się paskudnie (albo wręcz trwali w swoim paskudnym zachowaniu), zaś ich twórczość do mnie trafia i – co więcej – wbija się prosto w trzewia. Do takich ludzi – jeśli chodzi o pisarzy – należą Knut Hamsun oraz Louis Ferdinand Céline. Tego pierwszego na razie zostawię w spokoju, chciałbym opowiedzieć o drugiej ze wspomnianych postaci.
W 1932 roku ukazała się pierwsza książka Louisa Ferdinanda Destouchesa, ukrywającego się pod pseudonimem Céline (to po babci). Nosiła tytuł Podróż do kresu nocy. Autor miał się zresztą przed czym ukrywać, wywołał bowiem tą książką istną burzę. Pierwszy nakład rozszedł się w ekspresowym tempie. Czytelnicy byli zachwyceni, krytycy oburzeni. Nie zdarzyło się bowiem do tej pory w – długiej przecież – historii francuskiej literatury, by ktoś pisał o sprawach poważnych w tak obrazoburczy sposób.

Książka ta składa się z kilku części, w kolejności chronologicznej przedstawiona jest pierwsza wojna światowa, wyjazd głównego bohatera do francuskich kolonii, wycieczka do Stanów Zjednoczonych oraz powrót do Francji. Każde z tych zdarzeń przedstawione w groteskowy i naturalistyczny sposób.

Podróż do kresu nocy to podróż w kierunku śmierci, wyzwalającej nas od konieczności obrony własnego życia. To podróż do kresu tej nocy, którą nazywamy życiem. Czy to w okopach pierwszej wojny światowej, czy we francuskich koloniach, czy wreszcie w zepsutym do szpiku kości, rozkładającym się powojennym Paryżu – wszędzie życie broni się przed śmiercią tak, jakby stanowiło coś od niej jakościowo lepszego. A śmierć przecież towarzyszy nam stale. Nie tylko w postaci umierających kompanów czy pacjentów. Żyjemy z wyrokiem na karku, każdego z nas w końcu to czeka. Céline pisze o tym właśnie: że choć strach jest ogromny, to czy naprawdę mamy czego się tak kurczowo trzymać?
Głównemu bohaterowi Podróży do kresu nocy towarzyszy, niczym Piętaszek czy cień, człowiek przewrotnie nazwany Robinsonem. Robinson zawsze jest pół kroku przed swoim towarzyszem. W czasie wojny czeka na niego, w koloniach przekazuje mu placówkę, w Stanach Zjednoczonych wałęsa się po ulicach, zanim nasz bohater w ogóle tam dotrze.
Trudno jest opisać książkę zawierającą takie bogactwo szczegółów. Prócz fabuły znajdziemy w niej poglądy Céline’a na człowieka i ludzkość. Nie trzeba dodawać, że nie są to poglądy specjalnie optymistyczne.
Podróż do kresu nocy była moim pierwszym zetknięciem z Célinem. Na pytanie czy poleciłbym tę książkę, powiedziałbym: zdecydowanie tak. Rzadko kiedy zdarza się czytać rzecz tak bezkompromisową i okrutną, a jednak zabawną i miejscami porażająco celną.

A co z tą biografią, od której należałoby abstrahować? Louis Ferdinand Céline w 1936 roku wyjechał do Stanów Zjednoczonych i przywiózł stamtąd materiał do pracy zatytułowanej Bagatelle pour un massacre. Głównie za jej przyczyną nazwisko Céline’a kojarzy się nie tylko ze świetnymi i brawurowo pisanymi książkami. Bagatelle jest tekstem zajadle antysemickim, co w 1937 miało podwójnie wysoką rangę. Studiując pisarstwo Céline’a można dojść do wniosku, że ogólnie nie przejawiał specjalnego szacunku do człowieka. Uważał ludzi za rodzaj robactwa, zaś Żydów za najgorszy tego robactwa gatunek. W czasie wojny Céline wykazał się dużym zrozumieniem dla niemieckiego drylu, będącego nadzieją na „poprawę” ludzkiego gatunku poprzez pozbycie się najmniej pożądanych elementów społeczeństwa. Niesława, na którą sam zapracował, stała się przyczyną jego upadku. Sądzony po wojnie, do kraju wrócił na dziesięć lat przed śmiercią. Zmarł w infamii, pozostawiając jednak po sobie książki o niesłychanej sile wyrazu.