Peter Ackroyd
Sprzysiężenie Dominus
(The Clerkenwell Tales)
Zysk i S-ka 2006
Tłum. Tomasz Bieroń

Powieści Ackroyda można czytać dwojako: bawiąc się w erudytę i tropiąc aluzje historyczno-literackie albo koncentrując się na samej frajdzie czytania. Niewielu jest bowiem równie giętkich artystów pióra, którzy z małpią zręcznością faszerują swoją prozę fragmentami podpatrzonymi u innych literackich tuzów.

Niekiedy są to odniesienia oczywiste dla czytelnika mającego choćby blade pojęcie o kanonie światowej literatury, a czasem są to starannie zamaskowane cytaty, anagramy lub stylizacje. Niezależnie którą szkołę czytania preferujemy, Ackroyd zazwyczaj nie zawodzi, jeśli chodzi o przytrzymanie uwagi czytelnika.

Sprzysiężenie Dominus wyjątkiem od tej reguły nie jest, chociaż należy od razu uprzedzić fanów Hawksmoore’a czy Domu Doktora Dee tego samego autora: fajerwerków nie będzie. Mamy natomiast intrygę rozgrywającą się w czternastowiecznym Londynie. Scena polityczna trzęsie się w posadach, Ryszard II gwałtownie traci wpływy, pojawia się Henryk Bolingbroke,  niebezpieczny konkurent do tronu, a możnowładcy angielscy nurzają się w spiskach. Zawsze kiedy układ sił zaczyna zachowywać się turbulentnie, powstaje oczywiste pytanie, po której stronie płotu należy stanąć i komu obiecać swoją lojalność. Chaos polityczny potęgują niepokoje religijne, a dla niektórych postaci czas zamętu jest wymarzonym momentem sięgnięcia po władzę.

Powieść podzielona jest na 23 opowieści, które w miarę czytania zespalają się dzięki efektownym zakrętom fabularnym. Sprzysiężenie obfituje ponadto w ciekawe i, jak zwykle u Ackroyda, sugestywnie nakreślone postacie – jest więc m.in. zagadkowa siostra Clarice, zakonnica uznawana za szaloną/świętą, Hamo, iluminator pracujący dla zakonników, makiawieliczny William Exmewe czy też przeorysza Agnes de Mordaunt z nieodłączną małpką na ramieniu. Nie zdradzając niuansów fabuły, rzeknę tylko, że całość wpisuje się w jakże dobrze znajome nam ostatnio kody, tajemne pakty, z cieniem złowieszczego Układu padającym na Ackroydowskich bohaterów.

Jedyne co mnie uwiera, to tłumaczenie tytułu. Co takiego szpetnego jest w Opowieściach z Clerkenwell, że zastąpiono je Sprzysiężeniem Dominus? Konstrukcja powieści odzwierciedla oczywiście tę z Opowieści kanterberyjskich Chaucera i można tylko ubolewać nad pozorną chwytliwością nowego tytułu. Zastanawiające jest również przywiązanie tłumacza do słowa „atoli”, które użyte po raz kolejny zaczęło działać na mnie rozweselająco. Atoli mogłam się zirytować.