Patti Smith

W 1975 roku Patti Smith, zbuntowana, wychudzona kobieta przed trzydziestką zadebiutowała płytą, która niemal od razu stała się klasykiem. Podobnie jak płyty Iggy’ego Popa nie była ona stricte punkowa, na punk trzeba było jeszcze chwilę poczekać. Ale siła zaangażowania, tematyka i złość utorowały drogę anarchistycznej rewolcie końca lat 70. A Patti Smith została jej matką chrzestną.

Patti Smith nie wydaje swoich płyt regularnie. Bywa, że milknie na całą dekadę, jak to miało miejsce po wydaniu Wave, czy Dream of life. Dlatego, gdy w 2004 ukazało się Trampin, nie spodziewałem się, że prędko doczekam nowości ze stajni Patti. Myliłem się, na wydanej w tym roku Twelve Patti mierzy się z utworami klasyków, by wymienić tylko Jimmiego Hendrixa, Rolling Stones, Boba Dylana czy Nirvanę. I rzeczywiście nadaje im własnego sznytu: spokojna wersja „smells like teen spirit” (to jedyna znana mi wersja, w której naprawdę słychać słowa), czy „gimme shelter” noszą znamiona oryginalności – trudno tu mówić o kowerowaniu artystów: jest to raczej smithowanie.

    Mało tego, że Patti wydała świetną płytę, postanowiła nawiedzić nas osobiście. Na dziedzińcu różanym w poznańskim CK Zamek 22 czerwca dała jedyny koncert. Ale za to jaki!

Dziedziniec różany nie jest specjalnie dużą przestrzenią. Nie był jednak, jak można się było spodziewać, wypełniony po brzegi. Można było spokojnie opuścić swoje miejsce i bez problemu do niego wrócić, co wykorzystywali miłośnicy piwa i bardziej zielonych używek. Publiczność była zróżnicowana. W pewnej chwili po mojej prawicy stała dziewięcioletnia dziewczynka z ojcem, zaś po prawej pani pod czterdziestkę próbowała uratować torebkę od nadmiernego wygniecenia. Prócz tego panowie z długimi włosami, nastolatki, bizneswomen oraz dwóch łysych napakowanych panów, jakby prosto z siłowni (z których jeden, natchniony najwyraźniej transcendentnie, co i rusz krzyczał „Gloria!” – kronikarski obowiązek nakazuje dodać, że owej glorii się doczekał).

Nie wiem czemu to należy zawdzięczać – czy temu, że niewielka w sumie publiczność złożona była z zagorzałych fanów, czy temu, że koncerty pod gołym niebem mają w sobie niezaprzeczalną magię, czy temu, że większość piosenek śpiewanych była na dwa głosy: jeden, indywidualny, ze sceny i drugi, kolektywny, spod niej – w każdym razie był to wspaniały koncert. Ci, którzy spodziewali się promocji Twelve, nie zawiedli się – było i „smells like teen spirit”, i „are you experienced?”, i „soul kitchen”. Ci, którzy przyszli, by usłyszeć na żywo „Glorię”, „Rock’n’roll nigger” czy „Because the night”- również wyszli zadowoleni i oszołomieni. A kiedy na sam koniec prawie Patti zaśpiewała nam ze sceny „perfect day” z repertuaru Lou Reeda,  my zaś spod sceny zaśpiewaliśmy jej w odpowiedzi „perfect day” z repertuaru Lou Reeda – to daję głowę, że nie tylko my mieliśmy łzy w oczach.

Piękne, oszałamiające, warte każdej złotówki, autentyczne przeżycie.
Such a perfect day, I’m glad I spend it with you.

Zdjęcie Patti Smith pochodzi ze strony rockrgrl.com