Zatoichi
Japonia, 2003
Reżyseria: Takeshi Kitano
Wykonawcy: Takeshi Kitano, Tadanobu Asano, Michiyo Ogusu, Yui Natsukawa, Taka Guadalcanal

 

Fajny film widziałem. Momenty były. Co prawda bardziej dla wyobraźni. Najlepiej jak są prawie zasłonięci schodami, ale widać, że on na niej siedzi i pyta, czy nie za mocno, a ona, że w sam raz. Po chwili okazuje się, że on jej robi masaż, solidny japoński masaż pleców, dłońmi i łokciem. On – to niewidomy masażysta, a naprawdę wędrowny samuraj, piechur znikąd. W lasce ma ukryty miecz.

Film Zatoichi Takeshi Kitano obejrzałem m.in. dla treningu w japońskim. Jeden z poprzednich filmów Kitano, Hanabi, był pod tym względem dużym rozczarowaniem. Bohaterem był niesłychanie małomówny policjant – zbliżyli się do niego źli, prawdopodobnie w złych zamiarach, podczas gdy konsumował coś w sushi-barze; zamiast psuć język wsadził swojemu kontrahentowi (przecież nie rozmówcy) pałeczki w oko. Nie pamiętam, czy dokończył swoje danie.
Pod względem dialogów Zatoichi jest bogatszy. Również pod względem krwi. Obejrzałem film drugi raz, prowadząc statystyki. Doliczyłem się 68 zasiekanych i jednego harakiri. W klasyfikacji indywidualnej wygrywa Zatoichi (38), na drugim miejscu plasuje się Hattori, ochroniarz gangsterów (20). Jakieś małe punkty, podania, posiadanie piłki nie grają roli, rozgrywki są pucharowe, przegrywający odpada. Krew leje się więc obficie, miecz po walce trzeba porządnie otrzepać. Latają w powietrzu odrąbane kończyny. To ostatnie jest dla mnie wiarygodne. Szatkowałem kiedyś jarzyny japońskim nożem kuchennym, przy chwili nieuwagi wpadały do miski ścinki paznokci. W temacie przebijania brzuchów brakuje mi doświadczenia, co do realizmu scen muszę wierzyć Kitano na słowo.

Zarzynani są głównie źli, ale najpierw spora liczba dobrych, bo źli, by stać się złymi, muszą przedtem zrobić coś złego, najlepiej strasznie złego. Źli zabijają 9 dobrych i 16 innych złych, dobrzy (Zatoichi solo) eliminują 32 złych. Ginie też 10 trudnych do zakwalifikowania, dość przypadkowych, na przykład paru, którzy sobie z Zatoichi zadrwili, myśląc, że im to da tanią rozrywkę. Wymowa moralna filmu jest więc pozytywna, dobrzy są górą, do nich też należy końcówka meczu.

Zastanawiałem się, jak przy takiej śmiertelności ludność Japonii dotrwała do naszych czasów. Ludzie giną jak w Bagdadzie, po kilku, kilkunastu dziennie (a głównie w nocy). Przy ówczesnej gęstości zaludnienia po roku nie będzie komu robić w polu. A robić trzeba, bo poza okresami wzmożonej walki band o dominację, aktualnie dominujący ściągają od ludności haracz za zabezpieczenie przed zabezpieczającymi. Giną oczywiście głównie bandyci, ale i plebs, na przykład nowy miecz testuje się na przechodzącym ślepcu. Jeżeli ślepcem tym okaże się Zatoichi, ze strachem uciekają testujący. Uciekają, bo widząc ich brak doświadczenia w zabijaniu, przecina im tylko rękojeść miecza w ramach demonstracji swoich umiejętności i w celach wychowawczych. Inni już nie uciekają.

W Making of… widać prawdziwego Takeshi Kitano. Wszyscy podkreślają jego serdeczność i umiejętność budowania przyjaznej atmosfery. Wygląda rzeczywiście sympatycznie i wcale nie jest małomówny. Widać można pogodzić serdeczność na planie z siekaniną w filmie. Film zresztą zrealizowany jest dobrze, zawiera odpowiednią porcję japońskiej egzotyki. Nie do końca jednak – w końcowej scenie uwolnieni od gangu chłopi stepują w takt starojapońskiej muzyki disco (techno?) i ognistego rytmu wybijanego na tradycyjnych bębnach (taiko). Trzeba przyznać, scena jest prawdziwie brawurowa.

Oprócz tłuczonych masowo pajacyków występuje paru ludzi. Ludźmi są dobrzy. Człowiekiem jest też Hattori, a zwłaszcza jego żona. On czasem ma mniej kamienną twarz, ona ma (schorowane) ciało i martwi się o przyszłość dalszą niż następny cios. Romantyczna jest scena, gdy ona kaszląc nieśmiało pyta, czy znów dzisiaj paru zabił, i sugeruje, że nie musi zajmować się taką pracą dla niej. On mówi, że potrzebuje pieniędzy na podreperowanie jej zdrowia, a co do robótki, to z jego wzroku wynika, że owszem-owszem. My wiemy, że zarżnął ważnego pasażera lektyki i wysiekł całą jego ekipę. Zleceniodawcy z kamienną twarzą oceniali jakość roboty. Zaliczył.

Co do krwi, to wiem, że może niewłaściwe jest traktowanie tych lalek jak ludzi. Ktoś pewnie powie, że nic nie zrozumiałem z filmu, nie wyczułem konwencji. Mnie jednak tłuczono do głowy, jak politycznie niepoprawny jest Longinus Podbipięta pragnący ściąć trzy wraże głowy jednym ciosem. Że niby to przecież też ludzie, a Kozacy to nasi sąsiedzi, przyszli partnerzy w Europie, więc o tych głowach to gadać hadko. Ale może coś przeoczyłem, może teraz właśnie takie skrupuły są nienowoczesne? Może ścinanie głów pohańców to sport jak każdy?

Na kopercie DVD była też uwaga, że kto lubił KillaBilla, powinien obejrzeć Zatoichi. Osobiście KillaBilla nie widziałem. Jeżeli trailer miał mnie do tego zachęcić, to nie muszę patrzeć dalej.
To, że KillaBilla nie widziałem, ma dalszy podtekst. Onego czasu rozgorzała wielka dyskusja nad filmem Pasja. Że niby potwornie brutalny, niezdrowo podniecający się krwią. Tyle o tym mówiono, że chciałem się sam przekonać. Pasja faktycznie wcisnęła mnie w fotel. Były tam oczywiste przegięcia, przy pewnych torturach nie wierzę, żeby dało się je przeżyć. Ale czy przekroczona została hollywoodzka norma brutalności?

Wiele dała mi do myślenia reakcja na pokazanego kilka miesięcy później KillaBilla. Dziennikarze zdegustowani uprzednio Pasją zachwycali się widowiskową techniką siekania. Co się zmieniło? Fronty obróciły się o 180 stopni, bo dla porządku dodam, że z kolei wrogowie przemocy na ekranie zalecali Pasję dla rodzin z dziećmi. Tu krew, tam krew, gdzie różnica?
Według mnie podstawowa różnica polega na tym, że w Pasji to cierpienie, ta krew, ta śmierć coś znaczą. Nie mówimy o kukłach wypełnionych czerwoną farbą, lecz mamy do czynienia z prawdziwym człowiekiem, jak ja i ty. No może nie całkiem takim samym, ale to inna sprawa. Ważne jest to, że każdy cios, to nie jakieś pang-pang, po czym się podnosi i poprawia krawat, lecz prawdziwy cios łamiący żebra, odbijający nerki. I człowiek (człowiek?) ten nie jest nam obojętny. A nawet niewierzący przyzna, że jego cierpienie wpłynęło decydująco na losy świata.

Można zadać pytanie, co jest lepsze (gorsze) – wesoła zabawa w zabijanie, czy realistyczne ukazanie cierpienia i bólu. Jeżeli ktoś dobrze potrafi odróżnić real od wirtualu, to mu zabawa nie zaszkodzi, przynajmniej nie bardzo. Oczywiście oswajanie się z widokiem zarzynania może mieć i dla niego późne skutki. Wielu jednak myli te sfery. Coraz częściej zdarza się, że niewyżyci młodzieńcy kogoś leją lub gwałcą filmując całe zajście. Według staroświeckiej logiki produkują dowody rzeczowe przeciwko sobie, za „moich czasów” przestępcy starali się zacierać ślady. Ale do tego trzeba mieć świadomość przestępstwa. Dziś, zanim nie wejdzie do akcji policja, lub się zgwałcona koleżanka nie powiesi, wszystko jest tylko cool i fun.

Zabijanie w Zatoichi ma w sobie coś z pornografii. Nie jest to żadne imperium namiętności, przypomina raczej niemieckie filmy w rodzaju „Sześć Szwedek na hali”. Wiem – do tego się można przyzwyczaić, wiem – sam oglądam kryminały, wiem – byłem raz na corridzie i po chwili analizowałem technikę banderilleros i czystość ostatniego pchnięcia. Jako chłopak poszedłem drugi raz na Rio Bravo, by liczyć trupy – zostało mi widać do dziś. Zgubiłem się, gdy dobrzy wrzucili do szopy ze złymi laskę dynamitu. Nie zostałem od tego seryjnym mordercą. Ale dziś nie mogłem się powstrzymać od myśli o wdowach po tych facetach goniących się z bronią po ekranie.
W filmie biega też po wsi wiejski wariatuńcio z dzidą, marzący o zostaniu samurajem. Inni się z niego śmieją. I z kogo się śmieją? Śmieją się z siebie.