The Who było dziwnym zespołem. Wystartowali w 1965 roku na fali beatlemanii, początkowo niemal idealnie wpisując się w stylistykę big beatu i brzmienia à la Liverpool. Z ich debiutanckiej płyty być może tylko My generation – stanowiące wizytówkę porównywalną z House of the rising sun The Animals – było piosenką zwiastującą rychły odwrót od bitelsowskich brzmień.

Oczywiście było ich czterech, oczywiście byli niegrzeczni, oczywiście mieli dziwne fryzury, oczywiście rozrabiali na koncertach.    Wszystko było oczywiste – do pewnego momentu. Nie wiem, czy rok 1973 może być uznany za przełom, faktem jednak jest, że to właśnie wtedy The Who potwierdzili swój niezależny status. Potwierdzili, gdyż już w 1969 roku wydali jeden dziwny album – rock operę nazwaną Tommy. Cztery lata później pojawił się dwupłytowy album będący istnym labiryntem – interpretacyjnym i kompozycyjnym. Quadrophenia.

Quadrophenia to złożenie słów kwadrofonia i schizofrenia. Przedrostek kwadro oznacza cztery, podobnie jak czterech było członków zespołu. Tworzenie muzyki przez kwartet nieustannie pozostający ze sobą w konflikcie – głównie przez wodzowskie zapędy Peta Townshenda – rzeczywiście mogło powodować swoistą schizofrenię. To tylko jedna z interpretacji, bohater płyty (czy może podmiot liryczny, wszak mamy do czynienia z mową wiązaną) też doświadcza swoistej schizofrenii.

II.

Quadrophenia to opowieść o zniewoleniu i wyzwoleniu. Mniej więcej zresztą w taki sposób zostały podzielone piosenki na ten dwupłytowy album. Pierwsza z nich opowiada o mieście, życiu w nim, poszukiwaniu autorytetów, by zakończyć się stwierdzeniemmam dość. Druga płyta, w której utwory płynnie przechodzą z jednego w drugi, opowiada głównie o morzu. Deszczu. Wietrze. Lataniu. Słowem o wszystkim tym, co człowiekowi nie odnajdującemu sensu w otaczającym go świecie pozwala się wyrwać.

Na pierwszą płytę składa się dziesięć piosenek, zaś otwiera ją I am the sea, będące zapowiedzią i jednym z kilku powracających motywów całej płyty. Słychać tu morze, fale rozbijają się o brzeg. Wiejący wiatr sprawia, że wyobraźnia podpowiada wietrzne i chmurne (być może jesienne) popołudnie nad morzem. Na tle tego słychać delikatną zapowiedź Helpless dancer, która rozbrzmi w pełni dopiero za jakieś pół godziny. Potem zdziwiony głos pyta: is it me for a moment?, choć trudno powiedzieć, czy jest to tylko złudzenie, czy może głos zza horyzontu. Wciąż słychać morze, gdy pojawia się refren piosenki Bell boy a następnie zapowiedź The real me, w końcu przeradzające się w piosenkę z krwi i kości.
   The real me to pierwszy kamień milowy na drodze ku poszukiwaniu autorytetu i sensu. Podmiot liryczny odkrywa swoją schizo-quadrofenię. Rozmawia z lekarzem i matką: wiem jak to jest, synu, bo cała rodzina to ma. Trochę później odkryje, że ‚rodzina’ to swoisty eufemizm – wszyscy jesteśmy zarażeni quadrofenią.
Utwór tytułowy, następujący po The real me, niesie ze sobą zapowiedź – choć słuchając tego pierwszy raz, trudno to stwierdzić – wyzwolenia. Love reign o’er me pojawia się tu po raz pierwszy, lecz na pewno nie ostatni.
   Cut my hair, I am the one oraz The dirty jobs to próby odnalezienia trwałych wartości w samym sobie (w I had enough, wieńczącej tę płytę – zwieńczone ostateczną porażką, o czym za chwilę). Może obcięcie włosów coś zmieni? W I am the one podmiot stwierdza: każdy rok taki sam i znów to czuję: jestem śmieciem. Ale przynajmniej jestem sobą. Pocieszające, ale niestety, w obliczu zmasowanego ataku rzeczywistości może nie wystarczyć. Jeszcze jedna próba, podjęta w The dirty jobs:jestem zagubiony, ale przynajmniej wiem, co jest w porządku. Czyżby? Przeskakując na koniec pierwszej płyty, do I’ve had enough słyszymy: mam dość życia, mam dość umierania, mam dość uśmiechania się, mam dość płaczu. Tak raczej nie wygląda stan ducha kogoś, kto odnalazł w sobie spokój.
The punk and the godfather to kolejne próby odnalezienia jakiegoś trwałego fundamentu, na którym młody (gniewny, zagubiony etc.) człowiek mógłby się oprzeć. Trudno jest go znaleźć w samym sobie, również ‚bóg ojciec’ (a nie, jak mogłoby się zdawać, ‚ojciec chrzestny’) okazuje się być złym adresatem, przyznając w pewnym momencie: muszę się powstrzymywać, by nie wygłaszać kazań, nie mogę udawać, że potrafię nauczać.
Helpless dancer wybijane jednym palcem na pianinie punktuje rzeczywistość: głód, mróz, ubóstwo, wojna, śmierć, nieuczciwa praca i nieuczciwi ludzie. Coś w nas poszło źle. Przestań tańczyć. Nic dziwnego, że po takim ciosie trudno jest odnaleźć samego siebie. Cała ta piosenka jest wyliczanką, ale i oskarżeniem. Spróbuj zaprotestować, a znikniesz jak odmieńcy. Na zakończenie pojawia się fragment The kids are alright – przeboju The Who z 1965 roku. I znów, zadane we wstępie pytanie – is it me, for a moment?. Czyżby minęło zbyt wiele lat od czasów beztroski?
   Is it in my head to kolejna wyliczanka. Widziałem człowieka bez zmartwień, spacerowałem wśród śmiejących się ludzi. Czy widziała to moja głowa, czy też było to tylko złudzenie? Najwyraźniej to ostatnie, skoro wspomniane już I’ve had enough nie brzmi specjalnie optymistycznie kończąc się bluźnierczym mam dość próbować kochać. Ponownie pojawia się love reign o’er me, lecz tym razem nie zapowiada wyzwolenia.

III.

Druga płyta, jak wspomniałem powyżej, jest bardziej spójna. O ile na pierwszym krążku zazwyczaj dało się wyróżnić poszczególne utwory, o tyle tutaj przechodzą one płynnie.5.15 jeszcze jest końcówką zmagania się, lecz pierwszy raz pojawia się motyw ‚zewnątrz’: w środku, poza, zostawcie mnie, w środku, poza, nie mam nigdzie domu. Pojawiają się też ostatnie echa szarpaniny z samym sobą: dwukrotnie powraca why should I care – refren Cut my hair z pierwszej płyty.
   Sea and sand nawiązuje z kolei do początku, znów jesteśmy nad morzem, tym razem jednak zostajemy zabrani na spacer po plaży. Może nawet tu zostaniemy: chodź spać na plaży. Tu też nic nie idzie tak, jak było zaplanowane. To dobrze, czy źle? Jeszcze nie wiadomo.
   Drowned w końcu zmienia perspektywę, to piosenka, której bohaterem jest woda. Czysta, płynąca, źródlana, deszczowa, oceaniczna, morska woda. Pozwól mi być burzową i pozwól mi uspokoić się. Na zakończenie znów słyszymy chodź, pójdziemy spać na plażę. Teraz już jednak bez wątpliwości, podśpiewuje ktoś idąc po piasku, czyżby był to ten sam człowiek, który jeszcze niedawno miał wszystkiego dość?
   Bell boy to pierwsza z dwóch wycieczek w przeszłość (być może już zaczął się sen). Miałem w zwyczaju podążać za tobą w sześćdziesiątym trzecim. Dziesięć lat temu. Strasznie dużo czasu minęło, zważywszy na to, że narratorowi trudno się rozpoznać we wcieleniu z roku 1965… Ale może jest to potrzebne. Widzimy jakiś hotel (czyżby praca boya hotelowego?), jakaś niezbyt trzeźwa kreatura opowiada o hotelowym życiu. Aż chciałoby się usłyszeć is it me for a moment?.
Słyszymy to chwilę później, gdy już jesteśmy w piosence Doctor Jimmy. To przerobiona na potrzeby własnej biografii wersja doktora Jeckyla i mistera Hyde’a. Druga po Bell boy wycieczka w przeszłość, tym razem ostrzej niż poprzednio:Co to jest? Nieważne, biorę to. Kto to jest? Nieważne, biorę ją i znów na koniec pytanie: czy to kiedyś byłem ja? Najwyraźniej tak. Doktor Jimmy i mister Jim. Mister Jim wychodził tylko gdy nadużywało się ginu, ale za to kiedy grasował, działy się straszne rzeczy. Sen na plaży, przeszedł płynnie ze wspomnień bell boya do koszmarów mr Jima. Ale nawet mr Jim, skoro odnalazł już miejsce, w którym może odpocząć zasługuje na wyzwolenie.
   Love reign o’er me przewija się przez całą płytę. Motyw przewodni tej piosenki słyszymy w kilku miejscach – jako zapowiedź, przestrogę, a w I’ve had enough nawet jako zapowiedź przegranej. Cóż, I’ve had enough wciąż jeszcze dzieje się w mieście. Podczas snu na plażyLove reign o’er me brzmi już pełnym głosem: tylko miłość, może przynieść deszcz i sprawić byś szybował w chmurach. Nie mogę spać, nie mogę myśleć, potrzebuję drinka – z czystego deszczu.
Między I am the sea a Love reign o’er me jest 80 minut muzyki. Słuchając ponownie Quadrophenii staje się jasne, że pierwsza piosenka pierwszej płyty logicznie wynika z ostatniej piosenki płyty drugiej.

IV.

Zarysowana powyżej zagmatwana koncepcja przeradzania się motywu zniechęcenia i marazmu w optymizm i – być może zawsze konieczny – eskapizm, nie jest oczywiście jedyną zaletą tej płyty. To, co opisałem powyżej (wcale zresztą nie roszcząc sobie pretensji do bycia nieomylnym) sprawia tylko, że Quadrophenia jest dziełem wielowymiarowym i nie poddającym się prostej narracji. Ścieżki, które zostały powyżej wytyczone, są zapewne jeszcze bardziej zagmatwane, a właściwe odczytanie tego muzycznego labiryntu zapewne na zawsze pozostanie wyłącznie w zamysłach twórcy.

Podstawową zaletą tej płyty jest zaś sama muzyka. Jest na tym albumie kilka rasowych, rockowych numerów, zagranych i zaśpiewanych z pasją (jak choćby finałowe Love reign o’er me czy porywające Helpless dancer), jest też parę piosenek, które po prostu wpadają w ucho, czy to brzmieniem gitary (I’m the one) czy też pianina (5.15). Zaletą The Who, oprócz umiejętności konstruowania interesujących fabuł była również – a może przede wszystkim – umiejętność konstruowania muzyki. Dlatego też Quadrophenia da się słuchać także wtedy, gdy ma się ochotę na muzykę, a niekoniecznie na filozofowanie.


tracklista:

CD1:
1. I am the sea
2. The real me
3. Quadrophenia
4. Cut my hair
5. The punk and the godfather
6. I’m the one
7. The dirty jobs
8. Helpless dancer
9. Is it in my head
10. I’ve had enough

CD2:
1. 5.15
2. Sea and sand
3. Drowned
4. Bell boy
5. Doctor Jimmy
6. The rock
7. Love reign o’er me