Żyć w strachu znaczy żyć połowicznie…

Strictly Ballroom (1992)
(reż. Baz Luhrman)

O czym pisać w ten zimny, adwentowy czas, gdy jesień ustępuje miejsca zimie, gdy nadchodzą pierwsze śniegi, a koło ratunkowe w postaci gorącej herbaty nie wystarcza, by stawić czoła fali przygnębienia? Choć od karnawału dzielą nas jeszcze całe tygodnie, czas to chyba najlepszy, by przedstawić utwór, który już teraz da nam przedsmak nadchodzącego sezonu i zalśniwszy ciepłym blaskiem cekinów, omiecie strusimi piórami przykurzony nieco kącik Grzesznych Przyjemności. To małe arcydzieło rodem z antypodów, powiew lata z południowej półkuli, które dla nas zdaje się już tylko bladym wspomnieniem – Strictly Ballroom Baza Luhrmana.

Film, znany w Polsce pod tytułami Roztańczony buntownik i Na parkiecie, pierwszy z tzw. Red Curtain Trilogy, w skład której wchodzą także Romeo + Juliet i Moulin Rouge, to na pozór prosta komedyjka o burzy w szklance wody. Opowiada ona historię utalentowanego tancerza Scotta Hastingsa (Paul Mercurio), który znudzony tradycyjną choreografią, postanawia forsować nowatorskie kroki. Rzuca w ten sposób wyzwanie zapowietrzonemu światkowi amatorskich tańców towarzyskich w osobie bezwzględnego prezesa Barry’ego Fife’a (Bill Hunter). Nieoczekiwanym sprzymierzeńcem młodego buntownika, prześladowanego przez władze federacji tańca i nie rozumianego przez najbliższych, zostaje niepozorna brzydula Fran (Tara Morice). To za jej sprawą Scott zrealizuje swoje marzenia, ale przede wszystkim pozna, czym jest prawdziwa odwaga, odnajdzie miłość i nauczy się patrzeć na świat bez uprzedzeń.

W tym filmie wszystko zdaje się tandetne i przejaskrawione, począwszy od papuzich kolorów i blasku brokatu, a skończywszy na konstrukcji bohaterów i schematyczności fabuły. W ramach filmu muzycznego mamy bowiem opowieść o dojrzewaniu bohatera, baśniowy motyw brzydkiego kaczątka przeobrażającego się w łabędzia oraz romans popularny z typowymi dla niego elementami budzącej się miłosnej fascynacji, sprzeciwu rodziny wobec „mezaliansu” czy zmagania młodego protagonisty z czarnym charakterem. Jest tu również ciągle aktualny konflikt między starym i nowym, między postawą zachowawczą a buntem młodzieńczym, który wywraca zastaną rzeczywistość do góry nogami w poszukiwaniu własnych oryginalnych środków wyrazu.

Doskonali są aktorzy, wspomniany już Bill Hunter jako demoniczny Fife, Pat Thompson jako Shirley Hastings, matka Scotta, czy John Hannan jako podstarzały zapijaczony mistrz amatorski Ken Railings. Ale to cicha kreacja Barry’ego Otto w roli Douga, ojca Scotta, przejmuje i wzrusza do łez. Zahukany przez własną żonę, pogardzany w środowisku tanecznym, po kryjomu kolekcjonuje filmy ze starych turniejów i wycinki prasowe z czasów, gdy sam był mistrzem. Ostatecznie Doug ocknie się z otępienia i stanie murem za własnym synem, który zrealizuje nie tylko swoje, ale i ojca plany zrewolucjonizowania tańców towarzyskich.

Dzięki zaskakującym zbliżeniom i filmowaniu ujęć pod niezwykłym kątem, a także genialnemu montażowi rozgrywających się równolegle scen, Luhrman osiąga efekt zamierzonej satyry. Konserwatywne środowisko taneczne cechuje karykaturalna mimika i gestykulacja, a definiująca je fasada wszechobecnego kiczu przeciwstawiona zostaje ognistej autentyczności hiszpańskiej diaspory, z której pochodzi Fran. Przewodnikami dwojga młodych zostają Rico (Antonio Vargas) i doña Ya Ya (Armonia Benedito), ojciec i babcia dziewczyny, którzy uczą Scotta i Fran nie tylko słuchać rytmu, ale i własnych serc, czego zwieńczeniem jest oszałamiające finałowe paso doble z moją ulubioną sceną, w której Paul Mercurio ślizgiem na kolanach wjeżdża na środek parkietu.

Strictly Ballroom to nie tylko doskonały film, ale również ścieżka dźwiękowa, którą można wykorzystać jako idealne tło zarówno do karnawałowych imprez, jak i samotnych zimowych wieczorów. Walc, tango, samba czy rumba, które tu znajdziemy, to prawdziwe, bo przetestowane, panaceum na zimową chandrę. Sprawią, że krew zagra w żyłach i stopnieją grudniowe śniegi, a my tanecznym krokiem wkroczymy w upragniony Nowy Rok.