Graham Swift
Ostatnia kolejka
Last Orders
Tłum. Krzysztof Filip Rudolf
Dom Wydawniczy REBIS, seria Salamandra
Poznań 1998, str. 272

Pytanie o to, kiedy kończy się ludzkie życie nurtuje i fascynuje ludzkość od zawsze. Dla jednych śmierć staje się oczywistym kresem naszej ziemskiej wędrówki, po której nie ma już nic, dla drugich stanowi jedynie wrota przeprowadzające w inny wymiar, nowy świat czy królestwo boże. Ile religii i doktryn filozoficznych, tyle prób zdefiniowania śmierci i określenia tego, co dzieje się z człowiekiem tuż po, kiedy fizycznie przestaje funkcjonować, a jego duch przechodzi w nowe, często wyczekiwane, życie wieczne.

Z problemem odejścia z tego świata, radykalnym zerwaniem z naszym ziemskim życiem od dawna borykają się też artyści. Można śmiało powiedzieć, że śmierć to jeden z ulubionych tematów powieści, filmów, obrazów czy zdjęć. Fascynuje w równym stopniu co miłość, którą można pokazywać na tysiące sposobów, wieloma głosami. Także Ostatnia kolejka brytyjskiego prozaika Grahama Swifta (ur. 1949) próbuje dać Czytelnikowi podpowiedź mogącą pomóc w zrozumieniu śmierci. Istotne jest w tym przypadku to, że autor wyłącznie podpowiada, a nie narzuca nam określonej wizji. Zarysowywanie i sugerowanie określonych myśli i odczuć zdaje się tutaj dowodem na to, że pisarz sam nie jest do końca pewien, co towarzyszy tak ważnej chwili, równie istotnej, co narodziny nowego życia. Swift w kilkunastu rozdziałach oswaja nas z trudnym momentem zerwania ostatniej cienkiej nici życia, ale, co najważniejsze, opowiada również o tym, co dzieje się między ludźmi, którzy zostali by żyć dalej, a utracili kogoś ważnego. To oni odczuwają pustkę, jaka pojawia się zazwyczaj niespodziewanie, i nie potrafią jej niczym wypełnić.

Jednocześnie powieść ta działa kojąco jak podanie dłoni przyjaciela, życzliwe poklepanie po plecach, przytulenie i danie nadziei. Pozwala na pogodzenie się z nieuchronnością ludzkiego żywota, który zawsze – bez względu na to czego dokonamy – kończy się w jeden, niezmienny sposób.
Każdy człowiek uczestniczy w swojej osobistej podróży przez życie. Nie ma cofania się wstecz. Są tylko kolejne uciekające godziny, dni, lata. Można coś naprawiać, można ulepszyć, ale nie wróci się nigdy do punktu, w którym się już było.

Podróż sama w sobie ma w tej książce istotne znaczenie i może być zrozumiana i odczytywana na kilku poziomach. Tak jak są filmy drogi, tak Czytelnicy mają odpowiadające im w literaturze powieści drogi. Do nich zdecydowanie można zaliczyć uhonorowaną w 1996 roku Booker Prize Ostatnią kolejkę, w której opisana została podróż czterech przyjaciół (mieszkańców Londynu) do nadmorskiej miejscowości Margate w hrabstwie Kent. Nie jest to niestety radosna wakacyjna wyprawa, ale wyprawa w celu spełnienia ostatniej woli piątego przyjaciela czwórki, Jacka Doddsa. Jack zapowiedział oficjalnie przed śmiercią, że życzy sobie skremowania zwłok i rozsypania prochów nad morzem z mola w Margate. W ostatnią podróż z przyjacielem wyrusza czwórka mężczyzn: Vince, Vic, Roy i Lenny. Jest to ich tytułowa ostatnia kolejka, określenie trafnie nawiązujące do stałego od lat rytuału wspólnych spotkań w pubie „Pod dyliżansem”, gdzie wraz z Jackiem wypijali po kilka piw, dzieląc się radościami i kłopotami dnia codziennego.

Konstrukcja powieści jest prosta. Kolejne rozdziały, nazywane od miejsc odwiedzanych na trasie ku Margate lub opatrzone imieniem jednego z czwórki bohaterów i ich żon, prowadzą nas ku zdarzeniom z przeszłości lub przedstawiają chwilę obecną. W zależności od tego, czyje imię figuruje na początku rozdziału, wchodzimy w świat wspomnień danej osoby, momentów związanych mocniej lub luźniej ze zmarłym niedawno Jackiem. Jego postać scala w jedno opowieść z przeszłości z teraźniejszością, dzięki czemu możemy złożyć w całość rozsypaną dotąd układankę życia każdego z czwórki przyjaciół. Im dalej zagłębiamy się w treść, tym pełniejszy jest obraz ich wspólnej historii, gdyż ich losy w znaczny sposób zazębiały się ze sobą na różnych etapach życia.

Pokazani przez Swifta Londyńczycy to prości ludzie, reprezentujący profesje przedsiębiorcy pogrzebowego, agenta ubezpieczeniowego, właściciela sklepu warzywnego i sprzedawcy samochodów. Najlepiej oddaje to język jakim się posługują: potoczny, o nieskomplikowanym słownictwie i mało wyszukanej formie. To właśnie narracja bohaterów tak bardzo zachwyciła krytykę, decydując o wyróżnieniu Ostatniej kolejki najbardziej prestiżową brytyjską nagrodą literacką. Snute pomiędzy kolejnymi opisami miejsc wspomnienia to obraz powojennego pokolenia Anglików, pamiętającego wciąż trudne lata po zakończeniu walk i próbującego znaleźć sobie trwałe miejsce w społeczeństwie. Właśnie ludziom takim jak Vic, Lenny, Roy i Vince zależy najbardziej na zakotwiczeniu w jednym miejscu, na zatrzymaniu swego okrętu przy bezpiecznym nabrzeżu, gdzie będą mogli w spokoju żyć, a ich dzieci przejmą rodzinne interesy z pokolenia na pokolenie. Ale w życiu – jak wiadomo – nic nie jest proste i przewidywalne do końca. Młodzi mają już odmienne cele i marzenia. Dotyka ich rewolucja kulturowa lat 60. Ona sprawia, że odcinają się od swych korzeni, wolą tułaczkę z miejsca do miejsca, nie przywiązują wagi do przeszłości, zmieniają bez skrupułów partnerów, pracę i miejsca zamieszkania.

Wszystkie opowieści z przeszłości kontrastują z tą najważniejszą przewodnią myślą, która towarzyszy uczestnikom podróży odbywanej samochodem. Wioząc ze sobą słój z prochami Jacka bohaterowie próbują rozgryźć – każdy na własny rachunek – czym jest śmierć, kiedy kończy się życie i czy samo wspominanie zmarłego jest pewną formą przywracania go do świata żywych i daje nieśmiertelność. Czwórką przyjaciół szarpią sprzeczne odczucia. Nie potrafią do końca określić co czują odwożąc w ostatnią podróż prochy przyjaciela i czym tak naprawdę w chwili obecnej jest ten pył – czy jeszcze Jackiem, czy może zupełnie czymś innym. Kolejne strony ujawnią nam coraz przejrzyściej relacje jakie ich łączą i zdarzenia, które stały się początkiem sporych zawirowań w ich życiu.

Język powieści jest typowy dla Swifta: bogaty, obrazowy, dotykający całej gamy uczuć. Bogactwo stylu i opisów potrafił wpleść nawet w proste dialogi przeciętnych mieszkańców stolicy. Podobnie jak we wcześniejszych jego powieściach, z retrospektyw w początkowych rozdziałach wyłania się chaos. Wielość wątków i postaci atakuje Czytelnika, który bezskutecznie próbuje wszystko sensownie poustawiać. Dopiero z czasem wszystkie rozdane przez pisarza karty zaczynają układać się w klarowny obraz losów grupy ludzi, którzy na różnych etapach życia byli sobie bardziej lub mniej bliscy. Symboliczna i poruszająca końcowa scena przypomina bardziej ceremoniał rodzinny niż obrządek w grupie niespokrewnionych ze sobą osób. Podróż ku morzu to także droga ku przemijaniu, ku zrozumieniu tego, co czeka każdego z nas u kresu życia. Poprzez przywracanie do życia pojedynczych zdarzeń, sytuacji znaczących dla jednostek, ale nie mających wpływu na losy świata, Swift pokazuje nam tylko pewien wycinek rzeczywistości nie odnosząc się do historii Anglii. W Ostatniej kolejce skupił się zdecydowanie na rozpatrywaniu konfliktów w skali małych domowych wojen, nie pozostając jednak obojętnym na chwile wielkiego szczęścia. Oddaniem hołdu krajowi i jego historii są zapewne celowo wplecione w opowieść dwa miejsca odwiedzone przez przyjaciół w trakcie podróży z prochami Jacka. Pierwsze to pomnik poległych marynarzy w Chatham, a drugie katedra w Canterbury. Podróż nad morze staje się więc, obok wędrówki w przestrzeni, także rodzajem duchowej pielgrzymki, w której jednoczą się z pokoleniami przeszłymi przywracając im czasowo życie.

W końcowej scenie Graham Swift niemal parafrazuje zdanie „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”. Kiedy prochy Jacka zgodnie z jego wolą zostają rzucone na wiatr i umykają ku otwartemu morzu, pisarz podchwytuje ten wzruszający moment słowami: „[…] popiół staje się wiatrem, a wiatr staje się Jackiem, z którego żeśmy powstali”. Momentem ostatecznego rozstania z przyjacielem, którego obecność przez całą drogę czują, trzymając na przemian pieczę nad słojem z prochami, wywołuje dziwne, niezrozumiałe zupełnie uczucia. Dotychczas jego popioły traktowali jak fizyczną osobę. Przemawiali do nich, poklepywali wieko słoja, otulali go płaszczem chroniąc od zimna, wiatru i deszczu. „[…] Milczymy. Nie potrafimy mówić, oddaleni od siebie, ale pewnie i tak nie mógłbym mówić. Bo coś we mnie rośnie, pęcznieje mi w piersiach, tam, gdzie trzymam Jacka, pod płaszczem, tak jakby tam jakieś fale uderzały w mój własny mur nadbrzeżny. Nie spodziewałem się tego, nie przewidziałem. Jakby jakaś część mnie brała nade mną górę, mówiła mi, co ma robić, jak mam się zachować”.

Końcówka molo w Margate staje się wrotami do innego wymiaru. Podchodzą do nich z wahaniem, jakby mogli jeszcze odmienić swój los, cofnąć czas i nie oddać Jacka nieznanemu. Kończący powieść rozdział to majstersztyk szarpiący za serce, potrząsający nami tak silnie, jak śmierć Jacka grupą bliskich mu osób. I jakoś nietrudno nawet poczuć, że zmarły mężczyzna to także ktoś bliski nam, którego osoba odżywała we wspomnieniach, której brak zaczynamy w tej kulminacyjnej scenie odczuwać.

W moim prywatnym rankingu pisarzy brytyjskich Graham Swift jest jednym z najlepszych. Zdecydowanie plasuje się w czołówce, a ogromną klasę pokazał już wcześniej w takich opublikowanych powieściach jak Kraina wód czy Raz na zawsze. Jego książki bywają pełne niedopowiedzeń i zostawiają Czytelnikowi wiele wątków do przemyślenia. Pisarz nie podsuwa gotowych rozwiązań, nie wyjaśnia do końca, jakby zawsze to, co niewidoczne miało większą siłę oddziaływania, a wszystkie ukryte tajemnice mobilizowały do intensywniejszych osobistych poszukiwań. Swift nie pisze tak, aby Czytelnik poczuł, że nic nie można już dopisać. Jego proza jest emocjonalna i daje ten rodzaj wzruszeń, jaki nie tylko wyciśnie łzy, ale pozostawi nas z pytaniami zawieszonymi między jawą a światem czytanej książki. A one z kolei pchają nas ku pozyskaniu odpowiedzi na sprawy najważniejsze.

Nie wiem, czy oceniłabym Ostatnią kolejkę tak wysoko, gdyby nie poruszający końcowy rozdział, rozgrywający się u celu podróży w Margate. Na tych kilku stronach Swift – dowodząc swego kunsztu pisarskiego – porusza najczulsze struny, próbując na swój sposób pokazać trudny moment rozstania – ostatecznego rozstania, podobny do emocji towarzyszących rzucaniu grud ziemi na zamknięte wieko trumny. Ostatnia kolejka, jaką ofiarowali mu najbliżsi, stała się dla Jacka Doddsa wymarzonym sposobem na pośmiertne wypowiedzenie słów: „Żegnajcie”. Ale nie mogłoby się to wydarzyć, gdyby zmarły nie miał garstki przyjaciół od kufla piwa. Opisując hołd, jaki Jackowi oddają koledzy, pisarz miał okazję wpleść w tę scenę swoje prywatne przemyślenia o roli przyjaźni i pielęgnowaniu więzi międzyludzkich. I za poruszanie tych wszystkich ważnych tematów w niezmiennym od lat stylu bardzo – a chwilami wręcz kultowo – cenię prozę Swifta. Można się do niej przekonać bądź nie. To zrozumiałe. Ale na pewno warto spróbować, tym bardziej, że jest w czym wybierać, a Ostatnia kolejka to tylko jeden ze sposobów znalezienia się w świecie jego wyobraźni.