Opinie o filmach, które goszczą w naszych kinach, a z różnych względów powinny być zauważone

American Gangster
USA, 2008
Reżyseria: Ridley Scott
Występują: Denzel Washington, Russell Crowe, Cuba Gooding Jr., Josh Brolin, RZA

Moja ocena: 5/6

Film przedstawia życie dwóch bohaterów stojących po przeciwnych stronach barykady. Franc Lucas przez wiele lat był kierowcą i ochroniarzem bossa narkotykowego z Nowego Jorku. Po jego śmierci przejął interes i dzięki sprowadzaniu idealnie czystej heroiny z Wietnamu (w bagażach wracających żołnierzy) i sprzedawaniu jej po znacznie niższych cenach niż konkurencja stał się nowym królem półświatka. Richie Roberts jest detektywem, który zawsze i wszędzie postępuje zgodnie z prawem, a jednocześnie nie umie się pogodzić z odejściem żony i brakiem możliwości opieki nad synem. W kolejnych scenach obserwujemy proces tworzenia imperium narkotykowego, swoistej rodziny mafijnej dookoła Lucasa, a także działania podejmowane przez Robertsa prowadzące do zamknięcia tego „interesu”.

Bardzo się cieszę z powrotu Ridleya Scotta do najlepszej formy. American Gangster w odróżnieniu od ostatnich filmów tego, jakby nie było, znakomitego reżysera, jest bardzo ciekawy i, mimo że trwa ponad dwie godziny, ani jedna minuta nie sprawia wrażenia zbędnej, ani jedna scena nie jest nużąca. Jeżeli do tego dołożyć świetnego jak zawsze Denzela Washingtona (który w końcu zrywa z wizerunkiem zawsze wzorowego amerykańskiego policjanta/prawnika/męża/ojca i równie dobrze, ale na pewno bardziej interesująco, wypada w roli gangstera) oraz równie dobrego Russella Crowe’a (ulubionego aktora Scotta, który, mimo że gra zgodnie ze swoim wizerunkiem twardziela i jedynego prawego i sprawiedliwego, jest w tym bardzo wiarygodny) całość sprawia wrażenie bardzo przemyślanej i idealnie zrealizowanej historii.

Gorąco polecam.

Pokuta (Atonement)
Wielka Brytania, 2007
Reżyseria: Joe Wright
Występują: Keira Knightley, James McAvoy, Brenda Blethyn, Saoirse Ronan, Vanessa Redgrave, Juno Temple

Moja ocena: 5/6

Zanim książka Ian McEwana trafiła na ekrany było o niej głośno zarówno ze względu na liczne nagrody, nadanie jej określenia „największego angielskiego wydarzenia literackiego ostatnich lat”, jak również ze względu na oskarżenia autora o plagiat pamiętnika Lucilli Andrews No Time For Romance.

Książka przedstawia historię swoistego trójkąta pomiędzy Cecylią Tallis – młodą arystokratką, Robbiem Turnerem – ogrodnikiem, który skończył studia dzięki finansowej pomocy ojca Cecylii oraz trzynastoletnią Briony Tallis, siostrą Cecylii, dziewczyną o bardzo bujnej wyobraźni i marzącą o karierze pisarki. Pewnego upalnego dnia Briony zauważa fascynację ogrodnika swoją siostrą, jednocześnie staje się posłańcem wiadomości, w której ten ostatni chciał przeprosić Cecylię za swoje zachowanie. Na skutek pomyłki Robbiego Briony dostarcza (a wcześniej sama czyta) wiadomość, która odkrywa najgłębsze uczucia, niekoniecznie platoniczne, Robbiego wobec Cecylii. Wyobraźnia Briony podsuwa jej coraz to straszniejsze wizje i kiedy kuzynka sióstr zostaje zgwałcona, Briony oskarża o ten czyn Robbiego. Jeszcze tej samej nocy mężczyzna zostaje pojmany, a niebawem wysłany na wojnę. Wraz z upływem lat Briony zdaje sobie sprawę co tak naprawdę widziała i zaczyna rozumieć uczucie jakie łączyło jej siostrę i Robbiego.

Film, zgodnie z książką, podzielony jest na cztery etapy: w pierwszym przedstawione jest sielankowe życie na wsi, rodzące się uczucie pomiędzy Robbim i Cecyllią, a także wydarzenia wieczoru, który zmienił życie wszystkich bohaterów, w drugim obserwujemy Robbiego na wojnie oraz pięknie sfotografowaną scenę ewakuacji żołnierzy, pracę dorosłej już Briony w szpitalu wojennym i ostatnią… niech to pozostanie tajemnicą aż do obejrzenia filmu.

Do zmierzenia się z głośnym dziełem został nominowany młody reżyser, Joe Wright, który za sobą miał realizację  dopiero jednej produkcji – Rozważną i romantyczną z 2006 r.
Muszę przyznać, że reżyser sprostał zadaniu w 90 procentach. Gratuluję świetnego doboru aktorów, choć może nie jestem w pełni obiektywna, gdyż lubię Keirę Knightley, która w roli znudzonej arystokratki, zmieniającej się zarówno pod wpływem uczucia, jak i pracy w szpitalu wojennym, wypada bardzo wiarygodnie. Również James McAvoy, mimo moich wcześniejszych obiekcji, spisał się na medal, nie mówiąc już o młodziutkiej Saiorse Ronan, która mimo swojego wieku nie jest już debiutantką filmową i gra na równi z dorosłymi aktorami.

W filmie bardzo istotną rolę odgrywa pewne niedopowiedzenie oraz niejednoznaczność każdej sceny. Odbierałam film bardziej jako marzenie senne, niż zbiór faktów… i jak się okazało, bardzo słusznie (kto widział, ten zrozumie, kto jeszcze nie – mam nadzieję, że zachęcę). Piękne, jakby zza woalu zrealizowane zdjęcia, niebanalnie przeprowadzona scena na plaży przed ewakuacją żołnierzy (nakręcona jednym ujęciem), opowiadanie historii z punktu widzenia poszczególnych bohaterów, cofanie się w chronologii zdarzeń – wszystkie te efekty mają sprawić, iż w pewnym momencie sami nie wiemy co zdarzyło się naprawdę, a co było wytworem wyobraźni Briony.

Muszę jednak przyznać, że czułam mały niedosyt – w kilku momentach sceny są zbyt długie, co znacznie zwalnia tempo filmu i powoduje, że z niecierpliwością oczekuje się na przejście do następnego etapu. Z tego powodu (choć filmowi wystawiłam 5/6) uważam, że powinien przy tej ocenie pojawić się mały minus. Mimo tego wrażenia radzę jednak wybrać się do kina i samemu rozsmakować się w przyjemności szukania prawdy pomiędzy wspomnieniami.

Niania w Nowym Jorku (The Nanny Diaries)
USA, 2007
Reżyseria: Shari Springer Berman, Robert Pulchni
Występują: Scarlett Johansson, Laura Linney, Paul Giamatti, Donna Murphy, Brande Roderick

Moja ocena: 3/6

Pamiętniki Niani (oparte na wspomnieniach dwóch amerykańskich dziennikarek, które spędziły kilka lat opiekując się dziećmi bogaczy) były bestsellerem, tak więc tylko kwestią czasu było przeniesienie tej książki na wielki ekran.

Początek filmu był bardzo obiecujący – Annie, studentka antropologii w momencie decydującym o dalszym życiu, czyli po zakończeniu studiów i zaraz przed rozpoczęciem pracy zawodowej, postanawia „odnaleźć siebie”, czyli z jednej strony popracować w strefie zupełnie niezwiązanej ze swoim zawodem i spróbować wychowywać nie swoje dziecko, a z drugiej, zgodnie z wykształceniem, przyjrzeć się naukowo ludziom z klasy nowojorskich bogaczy. W tym momencie właściwie kończy się ciekawa historia, a zaczyna gra schematami, gdyż: oczywiście, jej podopieczny na początku nienawidzi swojej niani, a z czasem ją pokochuje; oczywiście, matka jest zabiegana i poświęca czas wszystkim, ale nie swojemu dziecku; oczywiście, tatuś chłopca jest wiecznie nieobecny, nie dotrzymuje obietnic, a dodatkowo z czasem zauważa, że niania jest dość atrakcyjna (w co akurat raczę wątpić), no i oczywiście pojawia się jeszcze przystojny sąsiad w wieku studenckim… Hmm, nie wydaje się to znajome? Ciekawe studium ludzkich zachowań, jakiego można się było spodziewać na początku, ustępuje miejsca bardzo nieciekawej i banalnej historyjce.

W Niani… postawiono na pewne aktorstwo – główną rolę zagrała Scarlett Johansson, a ponadto zawsze rewelacyjna Laura Linney (Pani X, matka malucha) oraz znany m.in. z Bezdroży Paul Giamatti, jako Pan X – mąż marnotrawny. W tym momencie jednak popełniono największy błąd, gdyż niania w wykonaniu Johansson jest zupełnie bez wyrazu, to chyba jej najgorsza rola i największa porażka. Nie wiem czym zachwycają się fani jej urody, jednak zawsze ceniłam jej aktorstwo, gdyż każda dotychczasowa rola (przynajmniej w filmach, które widziałam) była małym dziełem. Jak widać, każdy może mieć gorszy dzień (lub miesiące) przy pracy nad filmem. Linney jest jak zawsze świetna, jednak nie ona gra tu pierwsze skrzypce, natomiast Giammatti łącznie pojawia się w filmie przez 10 minut, więc pożytek z niego żaden.

Podsumowując – można tę pozycję obejrzeć, ale czy warto skazywać się na ponad półtorej godziny kiepskiego filmu, skoro można czas ten spędzić znacznie przyjemniej, na przykład oglądając filmy polecane powyżej?

Dziewczyna moich koszmarów (The Heartbreak Kid)
USA, 2007
Reżyseria: Bobby Farrelly, Peter Farrelly
Występują: Ben Stiller, Michelle Monaghan, Jerry Stiller, Malin Akerman, Carlos Mencia

Moja ocena: 2/6

Po ostatnich filmach braci Farrelly, którzy zaczęli odchodzić od produkcji typu Głupi i głupszy czy Sposób na blondynkę w stronę inteligentniejszych i naprawdę zabawnych filmów (jak Skazani na siebie), miałam nadzieję, że nie obniżą poziomu – a nawet, że z Bena Stillera (który nota bene zaczynał swoją karierę od reżyserowania Orbitowania bez cukru i, niestety, to był jego jedyny dobry film) uda im się wykrzesać grę wyższych lotów. Jednak zamiast tego w kinach pojawiła się kolejna bardzo głupia komedia, w której Stiller żeni się w desperacji z pierwszą lepszą napotkaną kobietą, a w czasie miesiąca miodowego odkrywa, że kobieta ta jest koszmarna i jeszcze głupsza od niego samego.

Właściwie nic więcej, poza skwitowaniem: głupi, o tym filmie powiedzieć nie można. Oczywiście, takie filmy też mają swoich fanów, więc jeżeli się do nich zaliczasz (czytaj: dobrze bawiłeś się oglądając Poznaj moich rodziców, czy Starsza pani musi zginąć), to film idealny dla ciebie.

1408
USA, 2007,
Reżyseria: Mikael Hafström
Wystepują: John Cusack, Samuel L. Jackson, Mary McCormack, Jasmine Jessica Anthony, Andrew Lee Potts

Moja ocena: 2/6

Adaptacja opowiadania Stephena Kinga pod tym samym tytułem. King jest jednym z najczęściej filmowanych pisarzy, jednak tak jak nie wszystkie jego książki są wybitne, tak i filmy na ich podstawie najczęściej znacznie odbiegają od ideału. Na mojej liście ulubionych filmów opartych o jego książki znajduje się na miejscu pierwszym Skazani na Shawshank, następnie długo, długo nic; potem Misery, Stand by me.
1408 jest wyraźnie słabszym filmem i ustawiam go w moim rankingu na ostatnim miejscu (jednakże nie widziałam wszystkich filmów z serii „Kinga”, więc może mam szanse zobaczyć coś jeszcze słabszego).

W filmie tym strach widza oparto na dosłowności w pokazywaniu okropieństw – duchy przechadzają się jawnie po ekranie; gdy rytm muzyki przyśpiesza, wiadomo że zaraz coś strasznego się stanie, itp. Na późno szukać tu wielkiej tajemnicy (jak np. w Innych), czy wieńczącej film niespodzianki. Reguły od początku są jasne – oni pokazują cuda charakteryzacji i efektów specjalnych, my z nerwów gryziemy pazury. I choć przyznaję, że czasem odwracałam wzrok, bardziej jednak pamiętam uczucie znudzenia i wielkiej ulgi, że już się skończyło, wreszcie mogę opuścić kino i przestać oglądać głupoty.

Stanowczo bardziej preferuję horrory z gatunku filmów Nighta Shyamalana (nawet tych najsłabszych) niż 1408.

Skala ocen:
6 – wybitny (wiem, że do niego wrócę)
5 – bardzo dobry
4 – dobry
3 – całkowicie przeciętny
2 – oj, źle jest
1 – nie zbliżać się do kina! (gorzej być nie może)

 

Zdjęcia pochodzą z portalu www.filmweb.pl