Opinie o filmach, które goszczą w naszych kinach, a z różnych względów powinny być zauważone

Polak potrzebny od zaraz (It’s a Free World…)
Wielka Brytania, Niemcy, Hiszpania, Włochy, Polska, 2007
Reżyseria: Ken Loach
Występują: Kierston Wareing, Juliet Ellis, Lesław Żurek, Radosław Kaim, Faruk Pruti

Moja ocena: 4/6

Ken Loach ma niesamowity i bardzo rzadki dar wnikliwej obserwacji rzeczywistości, którą następnie przenosi wprost na ekran. Tematy jego filmów są, zdawałoby się, proste – jednak bardziej wnikając w zagadnienie widzimy, że podejmowane przez bohaterów decyzje tak naprawdę nie należą do łatwych i jednoznacznych.

W It’s a Free World (bardzo przewrotny tytuł) Loach skupia się na zagadnieniu wykorzystywania pracy emigrantów przez nieuczciwych pracodawców i pośredników. Ze względu na ilość Polaków, którzy wyjechali do pracy w krajach zachodniej Europy, w filmie tym grupa naszych krajanów przedstawiana jest najczęściej.

Angie, pracująca w firmie pośredniczącej w zatrudnianiu pracowników z Europy Środkowo-Wschodniej w Anglii (oczywiście za odpowiednim „zwrotem kosztów”), z dnia na dzień zostaje zwolniona. Razem z przyjaciółką postanawiają same założyć firmę o podobnym profilu działalności i szukają pracy dla przyjezdnych w „zaprzyjaźnionych firmach”. Pierwszy sukces i szybkie pieniądze sprawiają, iż kobiety zachłystują się swoją przedsiębiorczością, nie opłacają podatków i zaczynają zatrudniać również nielegalnych emigrantów. Z czasem jednak pojawiają się problemy – brak wypłat od pracodawców, bunt pracowników, co prowadzi do gróźb wobec Angie i jej syna.
Film jest bardzo niejednoznaczny i stawia pytania, na które trzeba odpowiedzieć sobie samemu. Z jednej strony widzimy jawne wykorzystywanie emigrantów, często nieznających języka i tak biednych, że podejmą się każdej pracy, nawet zamieniając się w niewolników, z drugiej strony na początku staramy się kibicować Angie, samotnej matce, w której powodzenie nie wierzy nikt z rodziny, nawet syn. Jednak, gdy z czasem metody przez nią stosowane stają się już nieludzkie (jak np. wydanie władzom miejsca pobytu nielegalnych uchodźców), wszelka sympatia wobec tej postaci kończy się definitywnie.

Uwielbiam filmy Loacha właśnie z powodu odnajdywania w nich fragmentu prawdziwego życia, którego inni reżyserzy tak dobrze nie umieją przedstawić, często spłycając bardzo temat, jakby bojąc się pokazać ludzi szczerze, aż do bólu.

Na koniec chciałabym „pogratulować” autorowi polskiego tytułu filmu – należy mu się pierwsze miejsce w konkursie na najgorszy przekład! Wydaje się, że tłumacz ze strzępków informacji o treści filmu ułożył sobie, tak zupełnie przy okazji, kilka słów kojarzących się z pracą Polaków w Anglii. Szkoda, gdyż przez te kilka słów do kina mogą trafić ludzie szukający taniej rozrywki, czego Loach nigdy nie serwował.

Zgon na pogrzebie (Death at a Funeral)
Wielka Brytania, USA, 2007
Reżyseria: Frank Oz
Występują: Matthew Macfadyen, Rupert Graves, Alan Tudyk, Daisy Donovan, Kris Marshall

Moja ocena: 3/6

Fran Oz, po genialnej roli Świnki Piggy w Muppet Show, od ok. 17 lat (mniej więcej od śmierci Jima Hensona) jest twórcą komedii, najczęściej zabarwionych czarnym humorem. Pierwszym filmem, jaki wyreżyserował, był Sklepik z okropnościami (o roślince, dla której najlepszym pokarmem były ludzkie zwłoki), następne były m.in.: Dzika lokatorka (całkiem przyjemna komedia z Stevem Martinem i Goldie Hawn), Indianin w kredensie (bardzo nudna bajka), a ostatnio Żony ze Stepford – słaby remake filmu z lat 70 ubiegłego wieku. Na podstawie tych filmów zauważyłam pewną prawidłowość – w każdym przypadku punktem wyjściowym całej opowieści był niebanalny pomysł, np. strach ludzi przed mutacją roślin czy żony-roboty usługujące mężczyznom. Za każdym razem jednak pomysł ten w późniejszej realizacji nie został dobrze pokazany, pojawiały się gagi jak z najprymitywniejszych filmów i całość, choć miło się oglądało, pozostawiała poczucie niedosytu.

Podobne wrażenie towarzyszyło mi podczas seansu Zgonu na pogrzebie. Początek jest bardzo obiecujący – na pogrzebie seniora rodu zbiera się jego rodzina: żona (bardziej zajęta sobą niż bolejąca nad stratą męża), jego synowie, z których jeden jest znanym pisarzem, a drugi żyje w cieniu brata, wujkowie, siostrzenica itp, pojawia się jeszcze jeden gość, nieznany przez nikogo, karzeł, który podaje się za… kochanka zmarłego mężczyzny.
Pomysł bardzo ciekawy, jednak natłok wątków pobocznych (jeden z mężczyzn przez pomyłkę połyka narkotyki i próbuje się zabić, stary wujek nie umie sam usiąść na toalecie, walka między braćmi o przygarnięcie matki itp.) powodują, że historia kilku godzin pogrzebu bardzo się dłuży, a jednocześnie nie możemy podążyć żadnym tropem, gdyż wszystkie sceny są krótkie i niedopowiedziane do końca. Osobiście najbardziej było mi żal, iż z komedii, która zapowiadała się być utrzymaną w duchu angielskich scenek Monty Phytona, zrobiono coś bardziej pasującego klimatem do American Pie i innych filmów ze średniej półki, gdzie głównym zadaniem aktorów było wydawanie dźwięków naśladujących najbardziej biologiczne zachowanie człowieka. Podobnie aktorzy Zgonu na pogrzebie chyba nie wiedzieli kompletnie, jak mają grać – czy w konwencji komedii angielskiej, czy też chować swoją sztywność i stać się „wyluzowanymi kolesiami”.
Z tego powodu Zgon na pogrzebie oceniam jako bardzo przeciętny film, a pasjonatom nekro-komedii polecam nasz rodzimy produkt – Ciało z 2003r.

Wpadka (Knocked Up)
USA, 2007
Reżyseria: Judd Apatow
Występują: Katherine Heigl, Seth Rogen, Leslie Mann, Paul Rudd, Tim Bagley

Moja ocena: 3/6

Temat stary jak świat – jedna upojna noc zmienia całe życie dwojga ludzi. Tej właśnie nocy, po imprezie mocno zakrapianej alkoholem, Ben zapładnia Alison. Rankiem Alison patrzy z obrzydzeniem na niezbyt przystojnego Bena, a on nie może uwierzyć swojemu szczęściu – udało mu się zdobyć taką laskę. Różni ich właściwie wszystko: Alison jest młodą, ambitną i świetnie zapowiadającą się prezenterką, a Ben spędza czas wyłącznie na piciu piwa i paleniu trawki z równie niefrasobliwymi jak on kolegami.
Alison postanawia, że ciąży nie usunie, Ben postanawia spróbować być ojcem.

Film w pierwszych scenach przypomina serię American Pie, ale jeżeli przebrniemy przez początkowy niesmak, może nas spotkać miła niespodzianka. Choć wiadomo, że po tym filmie nie można spodziewać się żadnego artyzmu, wybitnych kreacji aktorskich i zawiłych meandrów losu głównej pary, to nastawiając się na czystą i prostą rozrywkę przyjemnie można spędzić półtorej godziny w kinie. Zasługa to chyba wyłącznie aktorów, którzy budzą sympatię już od pierwszych minut i nieważne, że scenariusz jest przewidywalny i od razu wiadomo, że całość skończy się happy-endem, a wszyscy będą żyć długo i szczęśliwie. Czasem warto jest odciąć się od problemów dnia codziennego i po prostu pośmiać się, oglądając niby-problemy innych.

Nigdy nie będę twoja (I Could Never Be Your Woman)
USA, 2006
Reżyseria: Amy Heckerling
Występują: Michelle Pfeiffer, Tracey Ullman, Paul Rudd, Fred Willard, Sarah Alexander

Moja ocena: 2/6

Film absolutnie o niczym, przeznaczony nie wiadomo dla kogo. Otóż 40-letnia kobieta zakochuje się ze wzajemnością w 28-latku. Temat, zdawałoby się, ma potencjał i nie został jeszcze całkowicie wyeksploatowany, szczególnie w konwencji komedii. Dodatkowo zatrudniono, jak się wydaje, idealnych aktorów – Michelle Pfeiffer (po której nareszcie widać mijające lata i pozytywne jest, że się z tym nie kryje) oraz Paula Rudd, przyjemnego, przeciętnego mężczyznę pasującego do każdej komedii.

Niestety, w filmie zawiodło wszystko – począwszy od aktorstwa (Pfeiffer zachowuje się jak nastolatka w okresie burzy hormonalnej, na przemian histerycznie się śmieje i smuci, Rudd jest przekombinowany, zamiast wrzucić na luz, starał się za wszelką cenę być zabawny), poprzez scenariusz (a właściwie jego brak, gdyż wydaje się, że teksty i kolejne sceny były na bieżąco wymyślane w czasie kręcenia), nie wiadomo również po co pojawia się w formie narratora Matka Natura (której komentarze w ogóle nie pasują do tego, co wyczyniają pozostałe postacie), aż po reżyserię – również jej nie widać.

Z przedstawionych powodów uważam, że film można spokojnie wyrzucić do śmieci i nie tracić na niego ani jednej minuty.

Skala ocen:
6 – wybitny (wiem, że do niego wrócę)
5 – bardzo dobry
4 – dobry
3 – całkowicie przeciętny
2 – oj, źle jest
1 – nie zbliżać się do kina! (gorzej być nie może)