Anna Kościelecka, Paweł Dzianisz
Nadbałtyckie spotkania
Instytut Kaszubski w Gdańsku
Gdańsk 2004, str. 360
Wydanie II – poprawione i poszerzone

 

Pomorze jest nie tylko prześliczne, ale tak rozmaite, że każda próba określenia w kilku słowach jego krajobrazu czy jego stosunków w jakiejkolwiek dziedzinie, byłaby tylko nic nie mówiącym ogólnikiem [1].

Jest taka zależność na księgarskim rynku, że literaturę górską najłatwiej kupić na południu Polski, a szeroki wybór książek marynistycznych bez trudu odnajdziemy na półkach księgarń na wybrzeżu. Mieszkając mniej więcej pośrodku drogi z gór nad morze, człowiek skazany jest na zamówienia internetowe, bowiem lokalne media nie informują o nowościach wydawnictw regionalnych, traktując je jako towar niszowy i mało chodliwy. Tak było również w przypadku tej książki, która wpadła mi w ręce po zapoznaniu się ze szczegółową informacją o niej w zaprzyjaźnionej gdańskiej księgarni internetowej, kładącej spory nacisk na historię regionu i całego Pomorza. Wystawione w witrynie pozycje to literatura o jakiej w Poznaniu mogę tylko pomarzyć. Na szczęście mamy XXI wiek i jedną z wielu zalet naszych czasów jest globalna sieć, w której dostępność interesujących nas informacji nie jest żadnym problemem. Nie trzeba nawet wychodzić z domu, aby znaleźć odpowiedź na nurtujące nas kwestie.

W życiu już tak bywa, że gusta są różne i ilu ludzi, tyle opinii. Jedni lubią rybki, inni kwiatki, a jeszcze inni z pasją zbierają starocie. Preferencje turystyczne rodaków dzielą się z grubsza na dwie zasadnicze grupy. Albo jesteśmy górskimi piechurami, albo nadmorskimi spacerowiczami. Każda ze stron przy byle okazji z ogromnym zaangażowaniem próbuje przekonać przeciwnika, że ich ukochane rejony na wakacyjne wypady to istny raj na ziemi. O gustach, jak wiadomo, nie dyskutuje się. I chociaż kocham górskie pejzaże, chętnie powracam do Tatr i Zakopanego, podziwiam Karkonosze i przyrodę Pienin – zachwyty i niemal mistyczne uniesienia duszy dopadają mnie zawsze nad rodzimym Bałtykiem. Toteż jakże bliskie są mi słowa Marii Dąbrowskiej o jej odczuciach z pobytów na wybrzeżu, dokonanych jeszcze przed II wojną światową. W swych zapiskach, nazwanych z czasem Notatkami wakacyjnymi, zanotowała: Morze i znowu morze i zawsze morze. […] Przynajmniej co do mnie wyznaję, że ilekroć znajdę się na wybrzeżu naszem, dostaję się pod ciśnienie olbrzymiego wzruszenia. Dobrze wiem co miała na myśli Dąbrowska, gdyż stając nad brzegiem niekończącej się w zasięgu wzroku wody, odczuwam wielkość i niezwykłość otaczającego nas świata. I wiem również to, że podobnie czują miłośnicy gór, stając na wierzchołku dopiero co zdobytej góry.

O znanych ludziach sztuki, dla których morze i nasze polskie wybrzeże było pasją życia, opowiada książka Kościeleckiej i Dzianisza Nadbałtyckie spotkania. Nie jest to powieść ani biografia, choć temu drugiemu gatunkowi zdecydowanie najbliższa. Autorzy w popularnonaukowy sposób snują gawędy o twórcach (poetach, pisarzach, malarzach, kompozytorach), którzy nad Bałtykiem (w Helu, na Rozewiu, w Świnoujściu, Gdańsku, Gdyni, Chałupach, Kuźnicy) odnaleźli natchnienie, pochwycili w ramiona Muzę a efektem tych spotkań stały się wielkie i cenione do dziś dzieła artystyczne. Jako czytelnicy tych opowieści przespacerujemy się po wielu czasoprzestrzeniach, bo wybrane osobistości żyły w różnych epokach. Wszystkie postacie łączy jedno – zachwyt nad pejzażem i przyrodą nadmorskich miejscowości. Miał Kochanowski ukochaną lipę, miał również – jak się dowiadujemy od autorów – Żeromski swoją sosnę na Helu, pod którą siadywał z notatkami i tworzył. Pisarz z Kielecczyzny jest wybitnie kojarzony z morzem i walką o przyłączenie ziem z dostępem do Bałtyku do Polski. Do dziś mówi się, że swoim słowem poruszył wiatr od morza, który wzburzoną falą przeszedł przez kraj zarażając innych ludzi kultury, nauki i sztuki pasją wypoczywania nad rodzimym wybrzeżu.

W Nadbałtyckich spotkaniach odnalazłam również akcenty bliskie mieszkańcom Wielkopolski. Poznań, w którym mieszkam, niestety wciąż zbyt mało szczyci się sylwetką i popularyzuje działalność Bernarda Chrzanowskiego (1861-1944) – mecenasa, polityka, publicysty i krajoznawcy, który na początku XX wieku ogłosił cykl klasycznych i bardzo dziś poszukiwanych przewodników po Kaszubach i wybrzeżu. To dzięki jego pionierskiej – jak na owe czasy – pracy zatytułowanej Na kaszubskim brzegu (1910) nawiązała się intensywna korespondencja autora z Żeromskim. Twórca Przedwiośnia i Wiernej rzeki, zafascynowany nieznaną sobie jeszcze wtedy ziemią, przyjechał do Orłowa (wtedy jeszcze malutkiej wsi, dziś dzielnicy Gdyni), gdzie stworzył podwaliny swego marynistycznego dzieła Wiatr od morza.
Chrzanowski potrafił zarażać ludzi swoją pasją. Nie tylko wysyłał wybitnym osobistościom epoki swoje przewodniki krajoznawcze, ale nakłonił nawet samego Henryka Sienkiewicza, by dostrzegł i wykorzystał Kaszubów w swej nowej powieści. Niestety, mistrzowi nie udało się już jej ukończyć [2].

Takich ludzi jak Chrzanowski czy Żeromski wydała nasza ojczyzna więcej. Na kartach Nadbałtyckich spotkań zapoznamy się z morskimi epizodami z życia m.in. Fryderyka Chopina, Józefa Wybickiego, Jana Matejki, Oskara Kolberga, Jana Kasprowicza, Leona Wyczółkowskiego, Wojciecha Kossaka, Feliksa Nowowiejskiego czy Karola Szymanowskiego. Kto czytał, ten pamięta, jak niezwykle barwnie opisane zostały wakacyjne sezony spędzane przez rodzinę Kossaków w ich własnym domku w modnej przed wojną Juracie [3]. Dziś czytając trylogię Żeromskiego (Międzymorze, Wiatr od morza, Wisła) odnajdujemy na kartach tych książek fascynacje samego autora. Wystarczy prześledzić szlak jego wędrówek wybrzeżem, aby obraz ułożył się w klarowną całość.
Nadbałtyckie spotkania to prawie 30 rozdziałów mówiących o wybitnych postaciach kultury. Ale opowiadających wybiórczo, bo tylko o tych okresach ich życia, które spędzili na wybrzeżu, bądź o nim tworzyli.
Autorzy książki, wydanej staraniem Instytutu Kaszubskiego, pragną zachować dla kolejnych pokoleń miejsca i garść wspomnień o ludziach, którzy serce zostawili nad polskim morzem. Czynią to znakomicie, z pełnym oddaniem odnotowując najdrobniejsze zdarzenia, które udało się w czasie wieloletnich badań ustalić. Biogramy przepełnione są faktami, jakich nie spotka się w innych opracowaniach i wspomnieniach. Obszerna bibliografia skłania do własnych poszukiwań, a przytaczane cytaty – z często trudnych do zdobycia źródeł – czynią tę lekturę jeszcze pożywniejszą i pożyteczniejszą. Kto połknie bakcyla będzie mógł śmiało na własną rękę poszukiwać w życiorysach innych wybitnych Polaków epizodów typowo morskich. Warto również, podczas letnich wędrówek, poszukać miejsc – często oznaczonych tablicami pamiątkowymi, informującymi nas w jakich latach przebywali w okolicy pisarze i artyści.
Drugie wydanie tej książki, które trafiło w moje ręce (2004), jest poprawioną wersją z 1989 roku. Teraz uzupełniono je także o kilka zupełnie nowych rozdziałów. Atutem tego wydawnictwa jest też szata graficzna; wiele rozdziałów ozdabia grafika Wiesława Matuszka o tematyce morskiej, odpowiedniej do omawianej właśnie postaci.

Czy młody Fryderyk Chopin dotarł do Gdańska podczas letnich wakacji spędzanych w domu Dziewanowskich w Szafarni? Kto jest autorem nazwy Wisła Śmiała? Gdzie znajduje się budynek z okienkiem słynny z powieści Deotymy Panienka z okienka? Jak doszło do zamieszczenia na obrazie Bitwa pod Grunwaldem Matejki ciekawego siodła z rzędem przywiezionego z Gdańska? Czyje wernisaże odbywały się w domu z widokiem na morze położonym w wąwozie Lisi Jar koło Jastrzębiej Góry? Dlaczego latarnia morska na Rozewiu nosi imię Stefana Żeromskiego? Jak Maria Konopnicka wspięła się na cokół pomnika na gdańskim Targu Siennym? Jaki poeta był wprawnym piechurem i przemierzał plażą odcinek z Rozewia do Jastarni? O tym, a także o wielu innych faktach, opowiadają twórcy Nadbałtyckich spotkań.

Nie byłoby pełnego sukcesu tej publikacji, gdyby książka pozostawiała Czytelnika niewzruszonym wobec spraw morza i polskiego wybrzeża. Ja bałtycki haczyk połknęłam już wiele lat temu, toteż z pełnym zrozumieniem i niemal współodczuwaniem czytałam o miejscach, które znam osobiście, a które stawały się natchnieniem do tworzenia dzieł ponadczasowych. Zapewne autorzy mają nadzieję, że dzięki przypomnieniu bałtyckich epizodów z życia wybitnych Polaków, również dziś wybrzeże może dawać poczucie obcowania z pejzażem pobudzającym do pracy twórczej. Jest coś takiego magicznego w rodzimym paśmie złotych plaż i malowniczych wydm z ciemną linią karłowatych sosen za nimi, co każe rokrocznie przybywać na te tereny i odnajdywać w nich ukojenie. Wielu artystów zjeżdżało nad Bałtyk, aby podreperować wątłe zdrowie. Nie wszystkim wychodziło to na dobre z racji różnych schorzeń, ale każdy opuszczał to miejsce z uczuciem żalu i tęsknoty. Helski Kurhaus z charakterystycznymi wieżyczkami i łazienkami do kąpieli leczniczych, położony niegdyś na samym cyplu (poźniej Hotel „Polonja”) był świadkiem wizyt wielu osobistości. To tam na pięterku był pokój Żeromskiego, tam przybywały na zabawy i tańce córki Kossaka, tam mistrz Nowowiejski zapisywał pierwsze nuty rodzącej się dopiero kompozycji.

Tak jak sto lat temu, tak i dziś chętnie wpatrujemy się z wysokiego klifu w daleki, zamglony horyzont wypełniony zmienną kolorystycznie morską wodą, poprzecinaną białymi bałwanami fal. Jest w takich chwilach coś z doświadczeń mistycznych i religijnych, obcowania z ogromem wszechświata. Część tych odczuć udało się autorom zawrzeć na kartach tej fascynującej książki. Aby móc poczuć osobiście to o czym pisali, należy udać się na północ Polski. Najlepiej poza sezonem, kiedy możliwe jest spotkanie z morzem niemal sam na sam, kiedy znikają prowizoryczne stragany i budki, a w pejzażu pozostaje charakterystyczna zabudowa i na plan pierwszy wychodzi codzienne życie mieszkańców nadmorskich wsi i miasteczek. Pośród szumu wiatru, huku fal i pisku mew nietrudno będzie odnaleźć swoją Juratę czy swój Hel, Rozewie, Gdynię, Puck albo Karwię.
Maria Dąbrowska użyła kiedyś w wakacyjnych notatkach określenia „moja Kuźnica”. Pisarka rzeczywiście najchętniej spędzała wolny czas w tej malutkiej rybackiej wsi. Dziś nikt już z jej mieszkańców nie pamięta tych pobytów, ale miejscowości położone na helskiej kosie bywają nadal chętnie odwiedzane przez artystów. Życie pokazuje, że mogą nawet stać się natchnieniem dla osób, które nigdy ich nie widziały – jak było w przypadku omawianej kiedyś przeze mnie książki Kawiarnia Saratoga Malin Schwerdtfeger, której udało się odmalować słowami Chałupy takie, jakimi naprawdę do dziś są. Wielka więc siła i magia tkwi w morskim piasku i wodach Bałtyku. Odkrywajmy je i nie bądźmy na nie obojętni.

—-
1. Maria Dąbrowska, Notatki wakacyjne, Wiadomości Literackie, nr 47, 1938
2. Chodzi o rozpoczętą powieść Na polu chwały
3. Magdalena Samozwaniec, Maria i Magdalena