Zespół „a perfect circle” urodził się w głowie Billy’ego Howerdela i, gdyby nie przypadek, miałby duże szanse tam właśnie pozostać. Billy nie był bowiem muzykiem, co wydatnie utrudniało założenie zespołu. Pracując jako spec od kabelków i czystego brzmienia (czyli tak zwany techniczny) grupy Tool, zaraził jednak swym pomysłem frontmana tej ostatniej, Jamesa Maynarda Keenana.

Maynard dysponował (dysponuje zresztą nadal) nieprzeciętnym głosem, Billy, jak miało się wkrótce okazać, miał istną biegunkę pomysłów. W pierwszym składzie perfekcyjnego cyrkla znaleźli się także Paz Lechantin (bas, wiolonczela), Josh Frese (perkusja i pochodne) oraz Troy van Leouven (gitara). Ta trójka to tak zwani muzycy sesyjni, wynajmowani przez innych muzyków do grania na ich płytach. Całość inwencji twórczej pochodziła od zgranego tandemu Billy-Maynard.

Debiutancki album, zatytułowany „Mer de Noms”, ujrzał światło dzienne w wakacje 2000 roku i z miejsca stał się wydarzeniem. Niektórzy próbowali porównywać go do macierzystej grupy Maynarda (ten głos!), jednak perfekcyjny cyrkiel z narzędziem niewiele ma wspólnego (co boleśnie miał udowodnić drugi album grupy, lecz o tym za chwilę).

„Mer de Noms” składa się z 12 piosenek Włączając tę płytę zostajemy złapani przez piosenkę „Hollow” i wypuszczeni przez piosenkę „Over” (kończącą płytę). Ten album po prostu płynie: czasem ostrym, gitarowym i przesterowanym nurtem, porywając nas w wiry „Judith” czy wspomnianego „Hollow”. Płynie czystym i wciągającym głosem Maynarda, czasami brzmiącym wręcz lirycznie, jak w przypadku „3 libras” (najpiękniejszy chyba moment płyty) czy wyszeptanym „Thinking of you”. Kiedy kończy się „Over”, zupełnie spokojnie można dać zaczarować się na nowo.

Gdzieś w początkach roku 2001, razem z moim przyjacielem założyliśmy dwuosobowe i nieformalne stowarzyszenie, które nazwane zostało „Zabić Maynarda”. Uznaliśmy, że człowiek o tak niesamowitych zdolnościach wokalnych zasługuje na to, by być zapamiętanym jako wielki wokalista, bez żadnej wpadki na koncie. Tak więc zabójstwo byłoby czynem humanitarnym i pozwoliłoby opuścić Maynardowi ten świat nie tylko honorowo, ale i w pełnej krasie. Zanim nagra coś, czego my, jego fani, będziemy się musieli potem wstydzić.

Okazja do popełnienia tej miłosiernej zbrodni nie nadeszła, miast tego pojawił się drugi album grupy – „Thirteenth step” (2003). Firmowany dość obleśnym obrazkiem pierwszego singla („weak and powerless”), potwierdził niestety nasze (moje i przyjaciela) słuszne obawy. Ten album bowiem nie płynie, jak poprzedni. Zacina się. Przerywa. Zachowuje się trochę jak podróbka markowego sprzętu. Niby wszystko jest w porządku, a coś nie gra. A konkretnie muzyka.
Z początku nic nie zapowiada katastrofy, dwie pierwsze piosenki na rozgrzewkę i pojawia się „the noose”. „The noose” jest perłą wśród wieprzy i przy okazji najlepszą chyba piosenką perfekcyjnego cyrkla. Zagłębiając się dalej w płytę, okazuje się, że jest ona wyjątkiem. Dalej bowiem daje się słuchać mniej więcej co druga piosenka, aż w końcu nadchodzi „the nurse who loves me”, czyli katastrofa, dla której warto było zawczasu załatwić Maynarda.

Jedno „the noose” nie usprawiedliwia dwuletniego czekania na płytę. Być może perfekcyjni cyrklowie zrozumieli, że zbyt długa praca nad materiałem nie czyni niczego dobrego, na nową bowiem płytę nie kazali już tak długo czekać.

Trzeci album czyli eMOTIVe trafił na półki sklepów pierwszego listopada tego roku, zaś z sieci można go było zamawiać bodaj od połowy października. To dziwny album, nie pod względem muzycznym, lecz konceptualnym. Składa się prawie wyłącznie z coverów (prócz dwu piosenek) mniej bądź bardziej znanych wykonawców. Niemniej jednak jest albumem spójnym i… ciekawym.
W przeważającej większości jest zadziwiająco łagodny, prócz kilku momentów, gdy Maynard pozwala swojemu głosowi trochę poszaleć po gitarowo-perkusyjnych pasażach. Takie jest „Passive”, jeden z najlepszych momentów płyty (a przy okazji jedna z dwu autorskich kompozycji na albumie), takie jest „counties bodies like sheep to the rhytm of the war drums”… Ta ostatnia pozycja jest zresztą szczególnie ciekawa, gdyż linię melodyczną i słowa słyszeliśmy już w piosence „pet” pochodzącej z „Thirteenth step”.

” eMOTIVe”, już graficznie nawiązująca do debiutu, również płynie. I jakoś nie przeszkadza zestawienie „Imagine” Johna Lennona, z kompozycją „Black Flag” czy utworem Joni Mitchell. Być może nie ma tu mocy, jaką posiadał debiut, ale jest coś, co sprawia, że jest dobrze: znów czuję pozytywne wibracje bijące z tej muzyki. Gdy dochodzę do „countig bodies”, pytam sam siebie, czy nie można było tak od razu? Po co nijaka piosenka „pet”, skoro można z tego zrobić „counting bodies…”?

Najwyraźniej jednak nie można było tak od razu. Wsłuchując się w „eMOTIVe”, dochodzę do wniosku, że może jednak nie będziemy jeszcze mordować Maynarda. Najwyraźniej i on uczy się na błędach.