David Lodge
Autor, autor
(Author, Author)
tłum. Jerzy Kozłowski
Dom Wydawniczy Rebis 2004
Seria: Salamandra,
Poznań, str. 432

Nie poszłam na łatwiznę, decydując się napisać o ostatniej powieści Davida Lodge’a. Łatwizną byłoby wziąć pod lupę jedno z wcześniejszych dzieł brytyjskiego pisarza (rocznik 1935). Dlaczego? Bo jeśli ktoś wie o kim mowa, to z jego nazwiskiem skojarzy dwa charakterystyczne nurty, wokół których rozbudowywał akcję tworzonych przez siebie powieści. Była to albo tzw. proza uniwersytecka (ang. campus novels), czyli historia ukazująca często w zabawny i prześmiewczy sposób codzienne życie społeczności akademickiej (np. Zamiana, Mały światek, Fajna robota, Myśląc), albo próba przedstawienia problemów, z jakimi borykają się (nie tylko w Wielkiej Brytanii) młodzi katolicy, którym trudno odnaleźć się i wiernie przestrzegać zasad Kościoła w społeczeństwie o silnych i prężnych ruchach feministycznych, licznej społeczności homoseksualnej i rzeszy pacyfistów, wyznających zasady wolności w miłości do bliźniego (np. Gdzie leży granica?, British Museum w posadach drży, Terapia).

Jego pierwsze powieści: Kinomani (Picturegoers, 1960) i Rudy wariat (Ginger, You’re Barmy, 1962) zapowiadały już kierunki, w których podąży w kolejnych latach młody, stawiający pierwsze pisarskie kroki autor. Obydwie były najbliższe prozie autobiograficznej, ale problemy, jakich dotykały, znalazły szersze odbicie w całej twórczości Lodge’a.
W Kinomanach, pisanych w wieku zaledwie 21 lat, przyszły mistrz powieści uniwersyteckiej od razu wskakuje na głębokie wody zmagania się ze swoją wiarą i kłopotami, jakie wynikają z poświęcenia się religii. Sam Lodge był w młodości bardzo gorliwym i praktykującym katolikiem, toteż przeżycia w sferze wiary musiały znaleźć swoje odbicie w pierwszej, dopiero co powstającej książce. Zaczytywał się wtedy powieściami Grahama Greene’a czy Evelyna Waugha, w których twórczości aspekt religijny miał ważne miejsce.
W Rudym wariacie Lodge pozostał nadal w kręgu osobistych doświadczeń, wplatując w książkę pełen satyry obraz brytyjskiej armii. Przeżycia, które los zgotował mu w wojsku, przeniósł na barki głównego bohatera, dla którego dwuletni okres „niewoli” był zejściem do piekła, rządzonego bezsensownymi alarmami i ćwiczeniami.

W latach późniejszych w jego twórczości na zmianę przeplatały się wątki akademickie i rozterki religijne bohaterów, rozdartych pomiędzy życiem zgodnym z nakazami wiary, a własnym sumieniem, krzyczącym często przeciwko tym wytycznym. Za wierne oddawanie tego, jakże często egzotycznego dla odbiorców, świata uniwersyteckich kampusów pokochały go rzesze czytelników, spragnionych przyjrzenia się przez dziurkę od klucza zapleczu wielowiekowych uczelni z tradycjami.
Sam Lodge, po latach wykładów na uczelniach amerykańskich i angielskich, osiadł jako wykładowca literatury na uniwersytecie w Birmingham – trudno więc byłoby mu zarzucić, iż w swych często bardzo zabawnych opowieściach nie wie, o czym pisze. Podobnie, jak jego kolega po fachu i długoletni przyjaciel Malcolm Bradbury (1932-2000; pisarz angielski, krytyk i teoretyk literatury), po mistrzowsku oddawał ducha rywalizacji i walki o posady, panującego pośród pracowników naukowych, porozrzucanych po całym świecie.
Jego świat akademicki, to niemal tytułowy Mały światek (Small World), który jest bardzo hermetyczny i stanowi zwartą strukturę, rządzącą się własnymi prawami. W kategorii państwa czy kontynentu uczelnie stały się w lodge’owskiej wizji swoistymi mikrokosmosami o stałej liczbie żyjących w nich istot, które na różnych płaszczyznach mieszały się nieustannie ze sobą w walce o lepsze stanowiska, dobre recenzje, wzajemne uczucia i udział w liczących się międzynarodowych konferencjach.

I taki jest Lodge, którego znamy. Jeśli przeczyta się kilka jego książek, wiadomo, czego można oczekiwać w następnej, choć w przypadku tego pisarza nie ma mowy o nudzie czy schematycznej powtarzalności. Dla mnie każda jego powieść była mimo wszystko wyprawą w nieznane i zawsze pozytywnie zaskakiwała. Owszem, dekoracje bywały znajome i tego chyba pragnęli jego czytelnicy, ale komediodramat i przebieg akcji opowiadał całkiem odmienne historie.

W swoim najnowszym dziele autor na pewno zaskoczy wszystkich, którzy po raz kolejny chcieli odwiedzić z nim alkowy dużego uniwersytetu i pośmiać się pod nosem z losów kadry, miotającej się między naukowym bełkotem a powinnościami towarzysko-rodzinnymi.
Powieść Autor, autor to fabularyzowana biografia Henry’ego Jamesa, amerykańskiego pisarza urodzonego w 1843 w Nowym Jorku, który z wyboru został Brytyjczykiem i dla swej nowej ojczyzny stworzył najwybitniejsze dzieła. Zanim na stałe osiadł w Anglii, mieszkał czasowo w Paryżu i Rzymie. Czytelnik zaczyna swoją przygodę z prozaikiem w roku 1915, stając od razu oko w oko z kończącym się życiem nietuzinkowej osobowości i będąc niemym świadkiem jego ostatnich dni, spędzonych w ponurym mieszkaniu w Chelsea w Londynie.
Henry James to postać smutna i przepełniona uczuciem dotkliwej porażki. Mimo olbrzymiego talentu, nie zdobył uznania wśród sobie współczesnych. Jest to jednak osobowość zasługująca na uznanie, imponująca siłą i hartem ducha. Porażki nie tylko nie zniechęciły go do pisarstwa, ale bywało i tak, że podsycały płomień pasji, jaką było ujmowanie rzeczywistości w słowa. A robił to przepięknie i z charakterystyczną dla niego dbałością o szczegóły. Dziś encyklopedie i podręczniki historii literatury mówią o Jamesie jako pisarzu, będącym przedstawicielem realizmu psychologicznego.

Niestety, mimo iż dzieła takie jak Portret damy, Ambasadorowie czy Dom na Placu Waszyngtona weszły na stałe do historii światowej literatury, James był za życia twórcą ignorowanym i niedocenionym, stłamszonym sukcesem swoich licznych przyjaciół. Sprzedawane nakłady jego książek nie pokrywały często nawet kosztów i zaliczek ponoszonych przez wydawców. Mimo ciosów, których życie nie szczędziło jego twórczości, i tym samym osobie samego pisarza, parł dzielnie do przodu, nie ulegając pokusom i ówczesnym trendom.
Jedynie teatr wydał mu się na tyle magiczny i dający szanse na przebicie się do szerokiego grona odbiorców, że postanowił zostać również wybitnym dramaturgiem. Ta wieloletnia przygoda, okupiona pracą ponad siły, spotkaniami z aktorami, rozmowami negocjacyjnymi z dyrektorami teatrów, odciągająca od powstawania nowych powieści, zakończyła się totalnym fiaskiem. Podobnie, jak w przypadku prozy, sukces odnieśli przyjaciele, a James wciąż pozostawał o krok w tyle, drepcząc w cieniu ich sławy. Pisarz zdawał się czekać na dzień, kiedy publiczność skandowaniem słów „autor, autor!” odda mu uwielbienie i należną cześć. Realne życie postawiło go jednak w odmiennej sytuacji, a wywołanie na scenę było okazją do obrzucenia błotem twórcy mizernej sztuki scenicznej.

W tym kontekście tytuł powieści Lodge’a może przepajać smutkiem każdego twórcę. Niedocenienie i ostra krytyka jest trudnym do przełknięcia faktem, zwłaszcza kiedy osoby nam bliskie, nie mające żadnego doświadczenia w pisaniu, zostają wyniesione na piedestał. Przyjaźnie z brytyjskimi artystami były dla Jamesa ostrą szkołą życia.
W swoją przejmującą powieść Lodge wkomponował mądry cytat, który określa niełatwy problem akceptacji sukcesu – w sposób bardzo obrazowy i przemawiający do każdego z nas. Bowiem łatwo jest pocieszać przyjaciela w obliczu jego klęski, kiedy sami jesteśmy dokładnie na tej samej pozycji pokonanego. Wtedy bez trudu przechodzą nam przez gardło słowa otuchy, zrzucanie winy na nic nie rozumiejących odbiorców. Ale jakże trudno jest słyszeć o triumfach kogoś bliskiego i karmić się jego sukcesem. Tylko ktoś, kto potrafi godnie zaakceptować powodzenie bliskiej osoby, może jawić się prawdziwym przyjacielem. Henry James nie do końca radził sobie z tą sytuacją. Ale trwanie przy sukcesie innych było stałym elementem jego życia. Nadwyrężało to nieraz jego znajomości i osłabiało kontakty.
Na kartach książki Lodge’a pojawiają się liczne znane postacie londyńskiej bohemy artystycznej przełomu XIX i XX wieku. Spotkamy tam Edith Wharton, Oscara Wilde’a, Thomasa Hardy’ego, Guya de Maupassanta, pięcioletnią Agathę Christie, Constance Fenimore Woolson, George’a du Mauriera czy twórcę Piotrusia Pana – J.M. Barriego. Wszyscy ci artyści byli dla Jamesa pożywką i dodatkową porcją tlenu dla jego płuc.

Przyjaciele! Przyjaciele! Henry wiecznie z kimś się zaprzyjaźniał. Krążyli między sobą, niby ściegi w hafcie i Henry miał wrażenie, że znajduje się pośrodku wiecznie powiększającego się gobelinu, którego konserwacja – albo poprzez kontakty towarzyskie, albo poprzez korespondencję – pochłania przerażająco dużo czasu. Był jednak od przyjaciół uzależniony, dawali mu kontakt z życiem i inspiracją, stymulowali umysł i od czasu do czasu podrzucali anegdotę, która mogła się stać zalążkiem nowej powieści lub opowiadania, a w jego kawalerskim stanie stanowili również antidotum na samotność.

Właściwie książka ta jest również, a może nawet przede wszystkim, historią niezwykłej przyjaźni Jamesa z cenionym rysownikiem brytyjskiego Puncha, Georgem du Maurierem. Ich znajomość wielokrotnie była wystawiana na próby, a sukcesy przyjaciela w dziedzinie literatury, do pisania której sam go zachęcał, przygnębiały Henry’ego i pogrążały w narastającej latami depresji. Bardzo trudno było mu momentami zaakceptować bogactwo, jakie spadło na George’a, oraz sprzedaż wielonakładowych edycji jego powieści, nie tylko w samej Anglii. Do końca życia utrzymywali jednak ze sobą ożywione kontakty, wyjeżdżając często razem na wakacje czy spacerując po londyńskich ulicach. Ich długie rozmowy inspirowały obu. Czytelnik Autora… śledzi pasjonujące dysputy o sztuce, idąc z nimi krok w krok parkowymi alejami czy klifowym wybrzeżem południowej Anglii.
Rozmowy te, napisane wprawną ręką Lodge’a, zdają się tak realne, że z zainteresowaniem, niczym widmowi spacerowicze i podróżnicy w czasie, przysłuchujemy się płynącemu obok dialogowi. Akcja książki rozgrywa się bowiem w różnych częściach Wielkiej Brytanii. Obok artystycznej bohemy stolicy poznajemy także letnie rezydencje wybitnych twórców tamtej epoki. George du Maurier i Henry James byli tak bliskimi sobie ludźmi, że mieli w Londynie swoją „ławeczkę zwierzeń”, gdzie chętnie przesiadywali, otoczeni dziećmi i psami, aby przedyskutować swoje pasje i odczucia wobec odbioru sztuk jakie uprawiali.
Oczywiście Lodge bazował na bogatych, zachowanych do dziś źródłach, dotyczących całego życia amerykańskiego pisarza (zdjęcia, listy, książki, recenzje). Wszystkie je zresztą dokładnie wymienia w części, będącej podziękowaniami dla osób i instytucji, bez których nie dałoby się tak wiernie odtworzyć literackiej drogi Jamesa. Niektóre sytuacje są natomiast całkowitą fikcją, podobnie jak drobne szczegóły czy losy postaci, pojawiających się epizodycznie.

Sam Henry wierzył, że z każdą powieścią wkracza na drogę prowadzącą ku szczytom kariery. Życie jednak bardzo szybko rewidowało te przekonania. Mimo wielu klęsk na polu literatury i dramatu nie poddawał się i nadal z pasją oddawał cały swój czas pisaniu i realizacji kolejnych pomysłów. Przypłacił to samotnością, nieudanym życiem osobistym oraz niespełnioną nigdy miłością do Fenimore, któremu to uczuciu nigdy nawet nie pozwolił się ujawnić. Dopiero po jej nagłej, prawdopodobnie samobójczej śmierci zrozumiał, że stracił kogoś bardzo ważnego. Jednak sam nigdy nie zdecydował się na związek z jakąkolwiek kobietą. Nasuwa się tu od razu pytanie: czy pisarz może kreować wybitne powieści nie zaznawszy nigdy prawdziwej miłości? Można by długo debatować na ten temat i znaleźć argumenty pozwalające odpowiedzieć na to pytanie tak pozytywnie, jak negatywnie.

Jedno pozostaje niezmienne. Lodge pokazał czytelnikom Henry’ego Jamesa nie jako postać odpowiadającą opisowi hasła z jednej z wielu encyklopedii, z którego można wywnioskować tylko tyle, jak wielkim był literatem. Lodge dał nam obraz twórcy z całym bagażem jego wad, niedoskonałości i wewnętrznych rozterek, człowieka, którego prześladowało poczucie klęski i niedocenienia, a który mimo to wciąż znajdował inspirację, aby tworzyć nowe, przepiękne językowo i kunsztownie skonstruowane opowieści.
Prawdziwa sława Jamesa nadeszła wiele lat po jego śmierci. Wartość tych dzieł doceniono dopiero w latach 50. XX wieku, a sam schyłek ubiegłego stulecia przyniósł pierwsze opinie, w których zaczęto mówić i pisać o Jamesie jako o jednym z najwybitniejszych powieściopisarzy. Dobrze, że dziś skandując (w kontekście tytułu) słowa „autor, autor!”, mamy poczucie wartości jego dorobku. Klęska Henry’ego jako twórcy budowana była na opiniach współczesnych mu widzów i czytelników. Niezadowolona publika szybko wydawała wyroki, poszukując kolejnych obiektów westchnień i nie myśląc dłużej o bohaterach przegranych.

Pięknie napisał Lodge w ostatnim rozdziale książki o swoich odczuciach wobec niekwestionowanego dziś talentu Henry’ego Jamesa. Niezwykłe jest również to, że sam jako pisarz potrafi zadumać się nad wagą i kunsztem kolegi po piórze. Te ubrane we współczesne atrybuty słowa poruszają mnie do głębi i w ujmujący sposób zamykają opowieść o zaprzepaszczonym talencie i życiu. Niechaj stanowią więc zwieńczenie emocji jakie – jestem przekonana – prawie każdy z nas odczuwał podczas lektury tej fascynującej biografii.

[…] Oto duch Henry’ego Jamesa egzystuje gdzieś w kosmosie i wie to wszystko, o czym chciałem mu rzec przed śmiercią, obserwuje z uzasadnionym zadowoleniem sposób, w jaki rośnie jego sława, sumuje pieczołowicie dane dotyczące sprzedaży jego książek, czyta recenzje, ogląda filmy i seriale telewizyjne na jakimś niebiańskim magnetowidzie lub laptopie z DVD i słucha gwaru naszych rozmów o nim i jego dziełach, rozbrzmiewających w eterze jak przedłużająca się owacja.
Henry, gdziekolwiek jesteś – możesz się ukłonić.

Można by jeszcze spróbować pokusić się o kilka podsumowań czy opinii. Ja jednak czuję, że wobec powyższych słów są one zupełnie zbędne i utraciłyby jakąkolwiek wartość. Natomiast z przyjemnością przyklasnę widmowym owacjom i szepnę raz jeszcze do siebie, powtarzając słowa jego biografa: Henry, gdziekolwiek jesteś – możesz się ukłonić. Współcześni od lat naprawdę wciąż biją Ci brawo, a odgłos klaskania nie milknie w konfrontacji z Twoim kunsztem pisarskim.

————-
* Tytuł jest cytatem z powieści Henry’ego Jamesa Wiek średni w tłumaczeniu Marii Skroczyńskiej