Tori Amos
American Doll Posse
Sony BMG, 2007

Po ich pierwszej wizycie miałam serdecznie dosyć i mocno postanowiłam nie zapraszać ich już więcej. Siedziały stanowczo za długo, nie zwracając uwagi na moje coraz mniej dyskretne ziewanie.

Isabel agitowała jak na wiecu pacyfistycznym nie zauważając zupełnie, że nie jestem republikanką (Dark Side of the Sun), Pip – miałam wrażenie, że zaraz komuś przyłoży; jej agresja nie wybuchła tylko dlatego, że nie było między nami osoby płci męskiej (Smokey Joe), z tejże samej przyczyny i ku swemu wielkiemu rozczarowaniu Santa nikogo nie uwiodła (Dragon). Nie miałam najmniejszych szans pojąć o co chodzi w zawiłych wypowiedziach Tori (Code Red). Zaś Clyde, jedyna z którą chętnie bym pogadała, wrzuciła crack i zamarła wpatrzona w ścianę (Beauty of Speed).

Idźcie sobie całą paczką do diabła, pomyślałam zamykając za nimi drzwi. By po trzech dniach znów je do siebie zaprosić.

Wydana na początku maja American Doll Posse Tori Amos nie jest płytą łatwą nawet dla kogoś, kto uważa się za toriphile (jak zwykli się określać fani Tori). Nie miałam konkretnych oczekiwań względem tego krążka, podobnie zresztą jak w przeszłości, zakładając że Tori w zasadzie nie może mnie rozczarować. Towarzyszyła mi (a ja – jej) od pewnego niedzielnego popołudnia na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy w audycji Piotra Kaczkowskiego usłyszałam China. Dzięki jej utworom niejednokrotnie udawało mi się skanalizować własne tragedie i wątpliwości, dziwnym jakimś trafem każda nowa autorska płyta (tym samym abstrahując od Strange Little Girls) trafiała dokładnie w sedno mojego życia.

American Doll Posse jest pierwszą, której nie mogę sobie zawłaszczyć. Pierwszą, której nie jestem adresatką, której nie mogę zinterpretować tak, by do mnie pasowała. Zabolało.

Niemniej po pierwszym przesłuchaniu płyty, które zaowocowało konstatacją, iż jest ona stanowczo za długa i że nie jestem w stanie „kupić” więcej niż dwóch utworów, dałam sobie i amerykańskim lalom drugą i trzecią szansę. Warto było.

   American Doll Posse jest więcej niż tylko zbiorem 23 utworów. To raczej projekt artystyczny, sięgający dużo głębiej i bardzo konsekwentny, choć dla niektórych krytyków trącący schizofrenią. Osoby znające Tori Amos dłużej wiedzą, że zawsze wypowiadała się o swoich piosenkach per „girls”, przypisując im jednocześnie konkretne jednostkowe osobowości. W obliczu tego wystąpienie na American Doll Posse pięciu zupełnie różnych wcieleń tej samej kobiety wydaje się naturalne. Co więcej – każde alter ego zostało wyposażone we własny styl ubierania się, bycia, myślenia i pisania (co można sprawdzić w internetowych blogach każdej), oraz sposób ekspresji muzycznej.

   Płytę otwiera Isabel – opalona blondynka bez makijażu, fotograf i intelektualistka, jest współczesną personifikacją Artemidy. Jej utwory (Yo George, Mr. Bad Man, Devils and Gods, Almost Rosey, Dark Side of The Sun) są zaangażowane politycznie i społecznie, o stosunkowo prostych tekstach i zdystansowanych, chłodnych aranżacjach, w których często słychać akustyczną gitarę.

Kolejna jest Tori, rudowłosa i dynamiczna, moim zdaniem najmniej charakterystyczna osoba na płycie. Pozwala sobie na eksperymenty muzyczne, czasem bywa zajęta sobą, a czasem losami świata (Big Wheel, Digital Ghost, Father’s Son, Code Red, Posse Bonus). Według Tori Amos owa Tori ma być jednocześnie elementem męskim i żeńskim, połączeniem Dionizosa i Demeter. Przyznaję, że ta charakterystyka nie przemawia do mnie zupełnie i uważam, że równie dobrze utwory śpiewane przez Tori można by podzielić między jej koleżanki.

Jako trzecią poznajemy ciemnowłosą introwertyczkę Clyde, będącą wcieleniem Persefony. Clyde jest fanom Tori Amos znana z początków kariery – „girl and the piano”, wykorzystana seksualnie, a jednak wierząca ludziom, czepiająca się nadziei. Clyde bardziej skupia się na przeżyciach wewnętrznych, należy do tych osób, które starają się wszystko wytłumaczyć i zrozumieć. Jej utwory są melancholijne (Bouncing off Clouds, Girl Dissapearing, Roosterspur Bridge, Beauty of Speed), aranżacje opierają się głównie na fortepianie, smyczkach. Clyde w zasadzie nie podnosi głosu śpiewając.

Kolejna to nieokiełznana, agresywna Pip, wywodząca sie od wojowniczej Ateny i będąca modelem tzw. „wojującej feministki”. Pip lubi ciężkie gitary, pozwala sobie krzyczeć i generalnie nie jest zbyt uprzejma. Nie przepada za Kościołem, ani za mężczyznami, winiąc ich za gwałty na ciałach i duszach kobiet (Teenage Hustling, Fat Slut, Body and Soul, Velvet Revolution, Smokey Joe).

Ostatnią z piątki jest Santa, zmysłowa blondynka w typie MM, będąca oczywiście wcieleniem Afrodyty. Santa bardzo lubi mężczyzn, lubi kochać, jest ciepła – zupełne przeciwieństwo Pip. Jej utwory są pogodne, lekkie jak bańki mydlane, niemal taneczne (You Can Bring Your Dog, Secret Spell, Programmable Soda, Dragon). Santa używa rzadko spotykanych instrumentów (np. mandoliny), jej głos jest niski i gardłowy. W tekstach zwraca uwagę na uzdrawiającą i niedocenianą moc miłości.

Sama Tori podkreśla, że i ona – jako artystka i jako kobieta – nie jest jednowymiarowa: nie jest tylko dziewczyną przy fortepianie, ani tylko matką,  kochanką, czy też kobietą pracującą. Właśnie tę wielopoziomowość i głębię kobiecej istoty starała się przekazać. American Doll Posse powstała jako list otwarty do młodych Amerykanek (co tłumaczy, dlaczego nie jest to płyta dla mnie) usiłujący otworzyć im oczy, zmusić do myślenia, rozszerzyć horyzonty, wyzwolić z dybów dulszczyzny. Na tyle, na ile jestem w stanie to ocenić, nie będąc młodą Amerykanką – płyta wywiązuje się z tego zadania całkiem nieźle. Mieszanka zupełnie różnych stylistycznie utworów tworzy harmonijną całość, jednocześnie nie nużąc. Chyba, że słucha się jej jako muzyki w tle, ale do tego celu ta (i żadna inna) płyta Tori Amos się nie nadaje.